sobota, 18 lipca 2015
Informacyjnie!
No i jest szablon! Naprawdę dziękuję Nat x za zrobienie mi go! Piszcie czy wszystko jest przejrzyste i jak wam się podoba :3 Mi baaardzo, bardzo ^-^
Jak już tworzę dodatkowego posta, to dodam coś od siebie.
Notowania lecą w górę! XD Kiedy mnie nie było, zobaczyłam, że blog nadal osiągał wystarczające wyświetlenia, co mnie baaardzo cieszy :3 Teraz też jest dobrze, nawet świetnie. Mogę ponarzekać na niekomentujących, ale co tam, może kiedyś się odważą ze mną pogadać xD
Chciałam powitać w gronie czytających Sajdi! Dziękuję za pochwały :3 Ja wcale nie gadam aż tak mądrze w realu XD
Chciałam także zmotywować Alexdi Angelo do ciągłego pisania. God damn it, nie każ mi czekać tyle na rozdział ;___: Ale cóż, twój wybór. Jak będziesz chciała to dodasz posta, jak nie, to jakoś muszę wytrzymać wraz z innymi ;--;
Boże, teraz poczytałam komentarze i się śmieję do monitora XD Umiecie zmotywować ludzi - nie ma co.
Napomknę jeszcze o ankiecie - Rośniemy w siłę. Pamiętam jak było z 10 głosów... Później 15... 20... A teraz kurwa 43 *-* Kooocham was. *cyberlonghug* (pewnie zrobiłam błąd w ingliszu XD) Okey, powiem tylko, że pozytywnych ocen dostałam 40, a negatywnych 3. Yeah, mam swoich hejterów, co oznacza, że jestem już prawdziwą gwiazdą xD [Jeśli nie zagłosowałeś/aś, a nie chcesz komentować - to proszę chociaż o tą jedną rzecz :) Przynajmniej wtedy wiem, ile osób czyta mego bloga]
Dobra, teraz komentarze. Mam ich ogółem 211 *-* A pamiętam, jak czekałam na 100 ^-^ Z czego 36 to moje odpowiedzi. 211-36= 175. Wowowowowoo *-* Tyle komentarzy wenodajnych, z krytyką i dających do myślenia (bardzo rzadko, ale chyba były XD). Kurde, zaraz moje ego wzrośnie aż do księżyca :3 Jak to już powtarzałam - Koocham was <3
Jeszcze raz muszę wspomnieć o wyświetleniach. Jesteście zajebiści! Ponad miesiąc temu cieszyłam się z 10 000 wyświetleń, a teraz jest ich już 12720 *-* 2 tysiące w miesiąc? Pff... co to dla was! Jak to się stało? Zaczęłam lepiej pisać? Ktoś zaczął mnie reklamować? Proszę, odpowiedzcie mi ;__; :3
Kolejny raz to powiem: Jestem dumna. Nie z matki, chłopaka, przyjaciółki - z Siebie. Coś mi się jednak w życiu udaje i jest to coś, co lubię. Prę do przodu. Nie pozbędziecie się mnie z blogosfery na długi czas. Jak nie ten blog, to mam jeszcze dwa B|
Może jeszcze kiedyś zrobię listę fajnych blogów przeze mnie czytanych, bo to coś obok się jebie xD I nie ma tam wszystkich Zajebistych bogów, wartych zainteresowania :3
Co do Łan Szota o Jasico. Tia... będą szekszy. Nie wiem, kiedy notka się z nim pojawi. Dzisiaj chyba idę do kina, mam 4 książki (tia, tak naprawdę to chyba z 12 ;-; Nie chcę was zasmucać xD) do przeczytania. Ale znajdę czas w nocy zapewne. A i kolejne pytanie z mojej strony: Podobało wam się, że był napisany w czasie teraźniejszym? Coraz częściej piszę w tym czasie i zaczęłam mieć wprawę. Jeszcze chcę poznać wasze opinie.
Nie będę dziękować kolejnym osobom za to, że są. Zrobiłam to z miesiąc temu >tutaj<. Kiedy będzie z 20 000 wyświetleń (jeżeli będzie ;__;) to znów to zrobię :3
Ehh, to chyba koniec. Zapraszam na moje pozostałe dwa blogi, w których udzielam się troszeczkę mniej, ale się udzielam.
Michaś - Ucieczka mą jedyną nadzieją
Torren - Bezdusznicy
Dziękuję za to, że jesteście i mnie wspieracie ^-^ Głównie dzięki wam zaczęłam być pewniejsza siebie, jeśli chodzi o to co napisałam. Jeżeli wiem, że zrobiłam to dobrze, to tak powiem.
Pozdrawiam wszystkich czytających, komentujących i w ankiecie udział biorących :3
Do niedługo, być może teraz w Percico :3
Baaj :3
piątek, 17 lipca 2015
One - Shot! Jasico! 1/3
Kawiarnia
* Jason *
Idę sobie spokojnie ulicą na spotkanie, które ma odbyć się za dwadzieścia minut. Chcę przyjść wcześniej, by zająć najlepsze miejsce w kawiarni, tuż obok okna, przedstawiającego kwitnące liście starych drzew. Wchodzę i zajmuję wcześniej chciane miejsce. Odwieszam swój szary, długi płaszcz, chroniący mnie zwyczajowo przed deszczem, którego dzisiaj się nie doczekałem. Oznaczało to dobrą wiadomość – mój tata jest w dobrym humorze. Dziękuję mu w myślach za ładną pogodę i zasiadam na miejscu. Wzdycham cicho, napawając się zapachem świeżych ciasteczek oblanych czekoladą, kawy od której jestem uzależniony oraz samego miejsca, przepełnionego starymi bibelotami, przywołującymi początki dzieciństwa.
W takiej chwili i w takim miejscu nie mam ochoty wyciągać telefonu, bezużytecznego dziadostwa, niestety potrzebnego w dzisiejszym zabieganym życiu. Opieram się wygodnie o krzesło z ciemnobrązowego drewna i kolejny raz wodzę wzrokiem po dobrze mi znanym pomieszczeniu.
Oczywiście, po mojej lewej znajduje się wielkie okno z widokiem na ulicę. Widoczny z mego miejsca jest wielki dąb, rosnący po drugiej stronie jezdni, ale także kwitnące przy nim kwiaty, jakich nie umiem rozpoznać. Narzekam w myślach na swe niedouczenie i odwracam głowę. Po prawej widzę długi rząd ciastek, ciast, ciasteczek i wszystkiego innego z początkiem cias-. W kącie dostrzegam także słodycze takiego rodzaju jak lizaki czy (mój ulubiony słodycz) żelki. Nawilżam usta nadmiarem śliny. Na końcu szyku stoi pani sprzedawczyni i uśmiecha się do mnie, gdy na nią patrzę. Odwzajemniam uśmiech i kiwam głową na powitanie.
Znam ją. To pani Agnieszka, zawsze jak tu jestem, podaje mi najświeższe ciasteczka, nie jak Grażyna. Ta druga jest pięćdziesięcioletnią babą z problemami dotyczącymi mojego braku wychowania. Myśli o mnie, jak o zbuntowanym osiemnastolatku, który ma na celu zniszczenie tego wszechświata. Bo raz, nie powiedziałem jej dzień dobry. Wzdycham z myślą na to wspomnienie, gdy oburzona podchodzi do mojego stolika i wściekłym tonem pyta: ,,Co podać?!". Cóż, niektórym ludziom wystarczy taka błahostka, by cię znienawidzili.
Patrzę na zegar wiszący na ścianie, przede mną. Za około dziesięć minut powinien zjawić się mój kompan. Wstaję, by wykorzystać wolny czas i pójść do toalety. Omijam obraz owoców w koszyku i wchodzę do pomieszczenia. Jasnoniebieskie kafelki, białe umywalki i szare kabiny, w ogóle nie pasują do reszty kawiarni. Załatwiam się, a następnie myję ręce. W pomieszczeniu nie ma szczególnej rzeczy, która zwróciłaby moją uwagę, prócz lustra. Jemu przyglądam się najdłużej.
Poprawiam swe blond włosy zarzucone do góry. Niebieskie oczy, niegdyś stalowe i niewyrażające uczuć, po dwóch latach po wojnie, złagodniały. Zerkam na swą bliznę przy górnej wardze i uśmiecham się na myśl o wspomnieniu z zszywaczem. Dochodzę po raz kolejny do wniosku, iż byłem dziwnym dzieckiem.
Poprawiam też muszkę, którą nałożyłem specjalnie na dziś dzień. Białej koszuli nie włożyłem w spodnie dziś rano, przez co zasłania mi kawałek tyłka. Ciemnoniebieskie spodnie i czarne buty typu trampki, zdecydowanie nie pasują do górnej części stroju, ale nie przejmuje się tym. Zamiast tego uśmiecham się sam do siebie w lustrze i wychodzę z pomieszczenia.
Unoszę głowę wysoko do góry i patrzę na zajmowane miejsce. Zaproszona przeze mnie osoba jeszcze nie dotarła na miejsce, a ma tylko pięć minut. Kiwam niezauważalnie głową i staram się odrzucić myśl, iż osoba zaproszona zapomniała o spotkaniu albo postanowiła na nie po prostu nie przyjść. Siadam na krześle i odwracam głowę w kierunku okna. Nagle, spostrzegam go. Wychodzi zza drzewa i idzie w moim kierunku z parasolką; zapewne myślał, że się przyda. Uśmiecham się, kiedy omija kwiatki z ostrożnością, by nie nadeptać na żadnego z nich. To właśnie on - Nico di Angelo. Przechodzi przez jezdnię, rozglądając się wcześniej w prawo i w lewo, jak na przyzwoitego mieszkańca przystało. Wchodzi do kawiarenki i nerwowo rozgląda się w poszukiwaniu mnie. W końcu, kieruje swą głowę na lewą stronę i kąciki jego ust lekko unoszą się na mój widok. Odwdzięczam się uśmiechem i wstaję, by móc należycie przywitać czarnowłosego. On odwiesza swą czarną, wiosenną kurtkę i patrzy na mnie przez chwilę.
- Hej. - witam się ochrypłym głosem
Zamiast normalnym powitaniem, Nico odpowiada uściskiem. Zaskoczony, dopiero po chwili przyłączam się do przytulania i chowam jego głowę w swój obojczyk. Nagle poczuwam niewyobrażalnie wielką potrzebę chronienie go przed złem teraźniejszego świata i zaciskam bardziej swe ramiona. Brodą dotykam jego włosów, a nosem wciągam ich zapach. Mmm... jabłko. Aż nabieram ochoty na zjedzenie tego owocku. Po czasie około trzydziestu sekund, puszczam Nica wolno i zaczynam patrzeć mu w oczy. Widzę w nich... tęsknotę?
- Tęskniłem. - wyznał.
Czyli jednak to prawda, iż oczy są odzwierciedleniem duszy. Kiwam wolno głową i sam odpowiadam:
- Ja również. Siadaj, mamy sobie wiele do opowiedzenia. - mówię już bardziej optymistycznym tonem.
Zasiadamy przy stoliku. Wtedy dopiero zaczyna się do nas zbliżać pani Agnieszka z uśmiechem na ustach. Dziękujemy jej zgodnie, gdy podaje nam karty menu i oddala się. Zastanawiam się wraz z Nico, na co mam ochotę, prowadząc przy tym luźną konwersację na temat dzisiejszej pogody. Wiem, nic przebojowego. Dalej, temat przechodzi na Zeusa. Jesteśmy w środku konwersacji, kiedy to do naszego znów podchodzi Agnieszka i zbiera zamówienia. Ja wybieram zwykłą kawę z mlekiem, z ciastkiem i do tego torcik czekoladowy. Żelków nie muszę wymieniać - to oczywiste, że je także zamówiłem. Nico zamawia mrożoną kawę, a do tego ciasto karmelowe. Pani odchodzi z uśmiechem i znów zostajemy sami.
- Na czym to skończyliśmy... - zamyślam się - A, no tak, Zeus i jego dobry humor. - niezauważalnie się uśmiecham.
Nie wiem czemu. Czuję szczęście, gdy po latach mogę spotkać się ze swym najlepszym przyjacielem.
- Tia... Już to widzę. Zeus i dobry humor... To prawie tak samo niemożliwe jak miła Gaja - rzuca niedbale.
Cicho śmieję się pod nosem.
- Nie przesadzaj. Przecież on się kiedyś tam uśmiechnął... - myślę nad taką sytuacją, gdy Nico patrzy na mnie nieprzekonany - Eee... Yyy... Dobra, masz rację. - unoszę ręce i kapituluję.
Mój przyjaciel wysyła mi kolejny lekki uśmieszek i poprawia swoje rękawy od swetra. Założył dziś kremową koszulę, a na nią niebieski sweter i do tego dobrał czarne spodnie. Na buty nawet nie patrzę. Bardziej interesują mnie jego piękne, ciemnobrązowe oczy, które nie zmieniły się po tych dwóch latach od walki z Gają. Teraz, ten chłopak ma prawie siedemnaście lat! Przeżył tyle w swoim życiu, co niejeden by chciał. Gapię się na niego, przez co czarnowłosy zadaje pytanie:
- Mam coś na twarzy? - I zaczyna przecierać swoją twarz dłońmi.
Kilka razy kręcę głową, by się otrząsnąć.
- Nie, nie - zaprzeczam - Po prostu... można powiedzieć, że zatopiłem się w twych oczach.
Patrzy na mnie wpierw podejrzliwie, a później z uniesionymi kącikami i ledwo widocznym rumieńcem. Śmieję się z jego tak zwanej słodkości, gdy podchodzi do nas kelnerka. Znów dziękujemy jej zgodnie, kiedy odstawia nasze zamówienia na stolik i z każdym z nas nawiązuje kontakt wzrokowy. Następnie odchodzi, a my kontynuujemy temat.
- W jakim sensie... zatopiłeś? - pyta niepewnie Nico.
Zastanawiam się, jak sensownie wytłumaczyć to stwierdzenie. Cóż, chyba najlepiej będzie powiedzieć prawdę.
- Ehh... - wzdycham ciężko na myśl, co zaraz powiem - Nico, powiedz mi, dlaczego się spotkaliśmy?
Chłopak udaje zamyślenie. Bierze łyk swojej kawy i odpowiada.
- W sumie, to nie wiem. Wczoraj zakończyłem terapię u psychologa i mówiłeś, że będziemy to dzisiaj świętować. Nie wiem, jakie masz inne zamiary... - ostatnie zdanie wręcz mruczy.
Nie potrafię się nie uśmiechnąć na te słowa.
- Gdybyś wiedział, jakie naprawdę mam zamiary, uciekłbyś w podskokach. - pochylam się nad stolikiem i patrzę mu w oczy wyzywająco.
Na jego policzki wskakuje rumieniec, który próbuje zakryć dłońmi. Uśmiecham się zadziornie i czekam na odpowiedź.
- Taa... jasne. - rzuca, niby niedbale - To powiedz mi o swoich zamiarach, Panie Grace. - on również przybliża swą twarz do mojej.
Dzielą je tylko kilka centymetrów. Jeszcze trochę i mój plan wypali.
- Jesteś tak daleko, Aniele. Przybliż się do mnie, proszę.
Słucha się mnie. Po około dziesięciu sekundach nasze twarze dzieli już nie kilka centymetrów, a minimetrów. Lekko otwieram usta i wypowiadam tuż przed jego wargami:
- Kocham Cię, di Angelo.
Następnie składam na jego ustach delikatny pocałunek. Chłopak nie oddala się, a wręcz przybliża. Zamykam oczy, by jeszcze bardziej poczuć rozkosz i przyjemność z wykonywanej czynności. Po kilku sekundach oddalamy się od siebie i patrzymy sobie w oczy.
- Ja też Cię kocham, Grace. Dobrze jednak było przyjść na to spotkanie. - uznaje z uśmiechem.
Mnie również kąciki ust unoszą się, kiedy nagle podchodzi do naszego stolika Pani Aghata. Ma w ręce butelkę szampana i dwa kieliszki.
- Na koszt firmy. - oznajmia z pozytywnym wyrazem twarzy.
Kładzie należycie kieliszki i zaczyna otwierać szampana, specjalnym urządzeniem. Widać, że ma wprawę, ponieważ idzie jej to szybko i już po kilkunastu sekundach nalewa nam napój. Dziękujemy jej, każdy z osobna, a gdy odchodzi, zaczynam mówić:
- Cóż za zrządzenie losu...
Unoszę kieliszek i czekam, aż mój partner również to zrobi. Trzymam swą rękę w powietrzu, tuż obok jego dłoni z pełnym naczyniem.
- Za nas. - szepczę i jednocześnie uderzamy w swoje kieliszki.
- Za nas. - powtarza.
Biorę małego łyka szampana i delektuje się smakiem. Następnie uśmiecham się do Nica i ruszam jedną brwią, by go zachęcić na ciąg dalszy po kawiarni. Śmieje się cicho i również upija łyka napoju.
- Ani o tym nie myśl, Jason. - moje imię wypowiada z taką władczością, iż mam ochotę się schować.
Na szczęście, po sekundzie mi przechodzi i nabieram chęci na dominowanie. Ruszam - tym razem dwoma - brwiami i dopijam szampana. Oblizuję po tym wargi, co wprawia Anioła w niezłe zadowolenie.
- No, ale... - staram się wymyślić jakąś dobrą wymówkę, ale widząc minę Nico wiem, że będzie ciężko - Tyle się postarałem, a z seksu nici... - mruczę już sam do siebie.
Jednak, ten skubaniec, Syn Hadesa, musiał wszystko słyszeć i teraz chichocze sobie pod nosem. Nalewam sobie kolejną porcję, przy okazji robiąc to samo z kieliszkiem Nica. Po chwili znów pijemy i patrzymy na siebie flirtującym wzrokiem. To jest jak gra - kto pierwszy odpuści, w sypialni zostanie podwładnym. Cóż, zawsze lubiłem hazard...
Kolejne minuty mijają, a my nadal patrzymy na siebie, popijając szampana. Nie musimy mówić nic, rozumiemy się bez słów. No, prawie. Gdy picie i jedzenie się kończy, idziemy do kasy. Dziękuje w naszym imieniu za tak miły gest ze strony kawiarni i płacę za zamówione jedzenie. Ubieramy się i kierujemy w stronę mojego domu.
- Gdzie ty mnie prowadzisz? - nagle pyta czarnowłosy.
Uśmiecham się skrycie, a następnie przybieram obojętny wyraz twarzy.
- Czy musisz wszystko wiedzieć? - odpowiadam retorycznym tonem.
Kiedy chce coś powiedzieć, zasłaniam mu usta swoimi wargami i chwytam za rękę. Ten, cały zaczerwieniony, chce ją wyrwać, a przy tym mówi:
- Ty głupku, ktoś mógł nas zobaczyć! - oburza się.
Przyciągam go kolejny raz do siebie, tym razem mocniej i ofensywniej.
- Niech patrzą. - szepczę mu wprost do ucha. - Najwyżej orgazmu dostaną.
Śmieję się ze swej sprośności i kieruję Nica do domu. Żeby on tylko wiedział, co go tam czeka...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Ha! KABUM, HEDSZOT!
Patrycja umie kończyć w idealnych momentach, prawda? XD
Nabrałam ochoty na Jasico (To przez wyjazd do Grecji i rozmowę z Moniką i Łucją o Jasico XD) to napisałam :3
Ten ,,One - Shot" tak naprawdę będzie ,,Three - Shot'em" :3
Kolejna notka będzie z perspektywy Nica, a kolejna Jasona.
Rozdział też dodam niedługo, a specjal na 10 000 wyświetleń prawdopodobnie będzie specjałem na 15 000 XD
Cóż, zaczekacie, prawda?
A i od was zależy jedna decyzja. Ja nadal się waham, a akurat w tych One - Shot'ach chcę zadowolić głównie Was.
Czy ma pojawić się scenka +18? Daawno takiej nie pisałam i nie wiem, jak by wyszła, ale chyba nawet okey... Od was zależy.
Niedługo także pojawi się szablon ^-^ Widziałam już sam nagłówek - Jest boski i śliczny *-*
Okey, to do napisania! Pozdrawiam :3
Ps. Dziękuję też za 12 000 wyświetleń <3
Oczywiście, po mojej lewej znajduje się wielkie okno z widokiem na ulicę. Widoczny z mego miejsca jest wielki dąb, rosnący po drugiej stronie jezdni, ale także kwitnące przy nim kwiaty, jakich nie umiem rozpoznać. Narzekam w myślach na swe niedouczenie i odwracam głowę. Po prawej widzę długi rząd ciastek, ciast, ciasteczek i wszystkiego innego z początkiem cias-. W kącie dostrzegam także słodycze takiego rodzaju jak lizaki czy (mój ulubiony słodycz) żelki. Nawilżam usta nadmiarem śliny. Na końcu szyku stoi pani sprzedawczyni i uśmiecha się do mnie, gdy na nią patrzę. Odwzajemniam uśmiech i kiwam głową na powitanie.
Znam ją. To pani Agnieszka, zawsze jak tu jestem, podaje mi najświeższe ciasteczka, nie jak Grażyna. Ta druga jest pięćdziesięcioletnią babą z problemami dotyczącymi mojego braku wychowania. Myśli o mnie, jak o zbuntowanym osiemnastolatku, który ma na celu zniszczenie tego wszechświata. Bo raz, nie powiedziałem jej dzień dobry. Wzdycham z myślą na to wspomnienie, gdy oburzona podchodzi do mojego stolika i wściekłym tonem pyta: ,,Co podać?!". Cóż, niektórym ludziom wystarczy taka błahostka, by cię znienawidzili.
Patrzę na zegar wiszący na ścianie, przede mną. Za około dziesięć minut powinien zjawić się mój kompan. Wstaję, by wykorzystać wolny czas i pójść do toalety. Omijam obraz owoców w koszyku i wchodzę do pomieszczenia. Jasnoniebieskie kafelki, białe umywalki i szare kabiny, w ogóle nie pasują do reszty kawiarni. Załatwiam się, a następnie myję ręce. W pomieszczeniu nie ma szczególnej rzeczy, która zwróciłaby moją uwagę, prócz lustra. Jemu przyglądam się najdłużej.
Poprawiam swe blond włosy zarzucone do góry. Niebieskie oczy, niegdyś stalowe i niewyrażające uczuć, po dwóch latach po wojnie, złagodniały. Zerkam na swą bliznę przy górnej wardze i uśmiecham się na myśl o wspomnieniu z zszywaczem. Dochodzę po raz kolejny do wniosku, iż byłem dziwnym dzieckiem.
Poprawiam też muszkę, którą nałożyłem specjalnie na dziś dzień. Białej koszuli nie włożyłem w spodnie dziś rano, przez co zasłania mi kawałek tyłka. Ciemnoniebieskie spodnie i czarne buty typu trampki, zdecydowanie nie pasują do górnej części stroju, ale nie przejmuje się tym. Zamiast tego uśmiecham się sam do siebie w lustrze i wychodzę z pomieszczenia.
Unoszę głowę wysoko do góry i patrzę na zajmowane miejsce. Zaproszona przeze mnie osoba jeszcze nie dotarła na miejsce, a ma tylko pięć minut. Kiwam niezauważalnie głową i staram się odrzucić myśl, iż osoba zaproszona zapomniała o spotkaniu albo postanowiła na nie po prostu nie przyjść. Siadam na krześle i odwracam głowę w kierunku okna. Nagle, spostrzegam go. Wychodzi zza drzewa i idzie w moim kierunku z parasolką; zapewne myślał, że się przyda. Uśmiecham się, kiedy omija kwiatki z ostrożnością, by nie nadeptać na żadnego z nich. To właśnie on - Nico di Angelo. Przechodzi przez jezdnię, rozglądając się wcześniej w prawo i w lewo, jak na przyzwoitego mieszkańca przystało. Wchodzi do kawiarenki i nerwowo rozgląda się w poszukiwaniu mnie. W końcu, kieruje swą głowę na lewą stronę i kąciki jego ust lekko unoszą się na mój widok. Odwdzięczam się uśmiechem i wstaję, by móc należycie przywitać czarnowłosego. On odwiesza swą czarną, wiosenną kurtkę i patrzy na mnie przez chwilę.
- Hej. - witam się ochrypłym głosem
Zamiast normalnym powitaniem, Nico odpowiada uściskiem. Zaskoczony, dopiero po chwili przyłączam się do przytulania i chowam jego głowę w swój obojczyk. Nagle poczuwam niewyobrażalnie wielką potrzebę chronienie go przed złem teraźniejszego świata i zaciskam bardziej swe ramiona. Brodą dotykam jego włosów, a nosem wciągam ich zapach. Mmm... jabłko. Aż nabieram ochoty na zjedzenie tego owocku. Po czasie około trzydziestu sekund, puszczam Nica wolno i zaczynam patrzeć mu w oczy. Widzę w nich... tęsknotę?
- Tęskniłem. - wyznał.
Czyli jednak to prawda, iż oczy są odzwierciedleniem duszy. Kiwam wolno głową i sam odpowiadam:
- Ja również. Siadaj, mamy sobie wiele do opowiedzenia. - mówię już bardziej optymistycznym tonem.
Zasiadamy przy stoliku. Wtedy dopiero zaczyna się do nas zbliżać pani Agnieszka z uśmiechem na ustach. Dziękujemy jej zgodnie, gdy podaje nam karty menu i oddala się. Zastanawiam się wraz z Nico, na co mam ochotę, prowadząc przy tym luźną konwersację na temat dzisiejszej pogody. Wiem, nic przebojowego. Dalej, temat przechodzi na Zeusa. Jesteśmy w środku konwersacji, kiedy to do naszego znów podchodzi Agnieszka i zbiera zamówienia. Ja wybieram zwykłą kawę z mlekiem, z ciastkiem i do tego torcik czekoladowy. Żelków nie muszę wymieniać - to oczywiste, że je także zamówiłem. Nico zamawia mrożoną kawę, a do tego ciasto karmelowe. Pani odchodzi z uśmiechem i znów zostajemy sami.
- Na czym to skończyliśmy... - zamyślam się - A, no tak, Zeus i jego dobry humor. - niezauważalnie się uśmiecham.
Nie wiem czemu. Czuję szczęście, gdy po latach mogę spotkać się ze swym najlepszym przyjacielem.
- Tia... Już to widzę. Zeus i dobry humor... To prawie tak samo niemożliwe jak miła Gaja - rzuca niedbale.
Cicho śmieję się pod nosem.
- Nie przesadzaj. Przecież on się kiedyś tam uśmiechnął... - myślę nad taką sytuacją, gdy Nico patrzy na mnie nieprzekonany - Eee... Yyy... Dobra, masz rację. - unoszę ręce i kapituluję.
Mój przyjaciel wysyła mi kolejny lekki uśmieszek i poprawia swoje rękawy od swetra. Założył dziś kremową koszulę, a na nią niebieski sweter i do tego dobrał czarne spodnie. Na buty nawet nie patrzę. Bardziej interesują mnie jego piękne, ciemnobrązowe oczy, które nie zmieniły się po tych dwóch latach od walki z Gają. Teraz, ten chłopak ma prawie siedemnaście lat! Przeżył tyle w swoim życiu, co niejeden by chciał. Gapię się na niego, przez co czarnowłosy zadaje pytanie:
- Mam coś na twarzy? - I zaczyna przecierać swoją twarz dłońmi.
Kilka razy kręcę głową, by się otrząsnąć.
- Nie, nie - zaprzeczam - Po prostu... można powiedzieć, że zatopiłem się w twych oczach.
Patrzy na mnie wpierw podejrzliwie, a później z uniesionymi kącikami i ledwo widocznym rumieńcem. Śmieję się z jego tak zwanej słodkości, gdy podchodzi do nas kelnerka. Znów dziękujemy jej zgodnie, kiedy odstawia nasze zamówienia na stolik i z każdym z nas nawiązuje kontakt wzrokowy. Następnie odchodzi, a my kontynuujemy temat.
- W jakim sensie... zatopiłeś? - pyta niepewnie Nico.
Zastanawiam się, jak sensownie wytłumaczyć to stwierdzenie. Cóż, chyba najlepiej będzie powiedzieć prawdę.
- Ehh... - wzdycham ciężko na myśl, co zaraz powiem - Nico, powiedz mi, dlaczego się spotkaliśmy?
Chłopak udaje zamyślenie. Bierze łyk swojej kawy i odpowiada.
- W sumie, to nie wiem. Wczoraj zakończyłem terapię u psychologa i mówiłeś, że będziemy to dzisiaj świętować. Nie wiem, jakie masz inne zamiary... - ostatnie zdanie wręcz mruczy.
Nie potrafię się nie uśmiechnąć na te słowa.
- Gdybyś wiedział, jakie naprawdę mam zamiary, uciekłbyś w podskokach. - pochylam się nad stolikiem i patrzę mu w oczy wyzywająco.
Na jego policzki wskakuje rumieniec, który próbuje zakryć dłońmi. Uśmiecham się zadziornie i czekam na odpowiedź.
- Taa... jasne. - rzuca, niby niedbale - To powiedz mi o swoich zamiarach, Panie Grace. - on również przybliża swą twarz do mojej.
Dzielą je tylko kilka centymetrów. Jeszcze trochę i mój plan wypali.
- Jesteś tak daleko, Aniele. Przybliż się do mnie, proszę.
Słucha się mnie. Po około dziesięciu sekundach nasze twarze dzieli już nie kilka centymetrów, a minimetrów. Lekko otwieram usta i wypowiadam tuż przed jego wargami:
- Kocham Cię, di Angelo.
Następnie składam na jego ustach delikatny pocałunek. Chłopak nie oddala się, a wręcz przybliża. Zamykam oczy, by jeszcze bardziej poczuć rozkosz i przyjemność z wykonywanej czynności. Po kilku sekundach oddalamy się od siebie i patrzymy sobie w oczy.
- Ja też Cię kocham, Grace. Dobrze jednak było przyjść na to spotkanie. - uznaje z uśmiechem.
Mnie również kąciki ust unoszą się, kiedy nagle podchodzi do naszego stolika Pani Aghata. Ma w ręce butelkę szampana i dwa kieliszki.
- Na koszt firmy. - oznajmia z pozytywnym wyrazem twarzy.
Kładzie należycie kieliszki i zaczyna otwierać szampana, specjalnym urządzeniem. Widać, że ma wprawę, ponieważ idzie jej to szybko i już po kilkunastu sekundach nalewa nam napój. Dziękujemy jej, każdy z osobna, a gdy odchodzi, zaczynam mówić:
- Cóż za zrządzenie losu...
Unoszę kieliszek i czekam, aż mój partner również to zrobi. Trzymam swą rękę w powietrzu, tuż obok jego dłoni z pełnym naczyniem.
- Za nas. - szepczę i jednocześnie uderzamy w swoje kieliszki.
- Za nas. - powtarza.
Biorę małego łyka szampana i delektuje się smakiem. Następnie uśmiecham się do Nica i ruszam jedną brwią, by go zachęcić na ciąg dalszy po kawiarni. Śmieje się cicho i również upija łyka napoju.
- Ani o tym nie myśl, Jason. - moje imię wypowiada z taką władczością, iż mam ochotę się schować.
Na szczęście, po sekundzie mi przechodzi i nabieram chęci na dominowanie. Ruszam - tym razem dwoma - brwiami i dopijam szampana. Oblizuję po tym wargi, co wprawia Anioła w niezłe zadowolenie.
- No, ale... - staram się wymyślić jakąś dobrą wymówkę, ale widząc minę Nico wiem, że będzie ciężko - Tyle się postarałem, a z seksu nici... - mruczę już sam do siebie.
Jednak, ten skubaniec, Syn Hadesa, musiał wszystko słyszeć i teraz chichocze sobie pod nosem. Nalewam sobie kolejną porcję, przy okazji robiąc to samo z kieliszkiem Nica. Po chwili znów pijemy i patrzymy na siebie flirtującym wzrokiem. To jest jak gra - kto pierwszy odpuści, w sypialni zostanie podwładnym. Cóż, zawsze lubiłem hazard...
Kolejne minuty mijają, a my nadal patrzymy na siebie, popijając szampana. Nie musimy mówić nic, rozumiemy się bez słów. No, prawie. Gdy picie i jedzenie się kończy, idziemy do kasy. Dziękuje w naszym imieniu za tak miły gest ze strony kawiarni i płacę za zamówione jedzenie. Ubieramy się i kierujemy w stronę mojego domu.
- Gdzie ty mnie prowadzisz? - nagle pyta czarnowłosy.
Uśmiecham się skrycie, a następnie przybieram obojętny wyraz twarzy.
- Czy musisz wszystko wiedzieć? - odpowiadam retorycznym tonem.
Kiedy chce coś powiedzieć, zasłaniam mu usta swoimi wargami i chwytam za rękę. Ten, cały zaczerwieniony, chce ją wyrwać, a przy tym mówi:
- Ty głupku, ktoś mógł nas zobaczyć! - oburza się.
Przyciągam go kolejny raz do siebie, tym razem mocniej i ofensywniej.
- Niech patrzą. - szepczę mu wprost do ucha. - Najwyżej orgazmu dostaną.
Śmieję się ze swej sprośności i kieruję Nica do domu. Żeby on tylko wiedział, co go tam czeka...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Ha! KABUM, HEDSZOT!
Patrycja umie kończyć w idealnych momentach, prawda? XD
Nabrałam ochoty na Jasico (To przez wyjazd do Grecji i rozmowę z Moniką i Łucją o Jasico XD) to napisałam :3
Ten ,,One - Shot" tak naprawdę będzie ,,Three - Shot'em" :3
Kolejna notka będzie z perspektywy Nica, a kolejna Jasona.
Rozdział też dodam niedługo, a specjal na 10 000 wyświetleń prawdopodobnie będzie specjałem na 15 000 XD
Cóż, zaczekacie, prawda?
A i od was zależy jedna decyzja. Ja nadal się waham, a akurat w tych One - Shot'ach chcę zadowolić głównie Was.
Czy ma pojawić się scenka +18? Daawno takiej nie pisałam i nie wiem, jak by wyszła, ale chyba nawet okey... Od was zależy.
Niedługo także pojawi się szablon ^-^ Widziałam już sam nagłówek - Jest boski i śliczny *-*
Okey, to do napisania! Pozdrawiam :3
Ps. Dziękuję też za 12 000 wyświetleń <3
wtorek, 7 lipca 2015
Rozdział 12 *-*
Kolejny sen
* Will Solace *
Jestem seryjnym mordercą. Jestem także uczciwy i pomocny. Jestem dwoma postaciami. Jedna z nich jest spokojna, oświetla mi drogę. Druga, burzliwa jak morze. Mam w połowie blond i w połowie czarne włosy. Oczy przedzielone w połowie, jedna z nich jest zielono-morska, a druga niebieska. Biorą mnie za dziwaka, lecz nie dziwię im się. Raz zachowuje się grzecznie, raz buntowniczo. Jestem dwoma osobami, które nie potrafią się dogadać. Nie jestem w pełni sobą.
Idę sobie niedaleko jeziorka i obserwuję otoczenie. Nie widzę nikogo, za to prowadzę ze sobą dialog.
- I tak zginiemy... - szepczę moja gorsza połówka
Przewracam mym jednym okiem, nad którym mam pełną kontrolę i odpowiadam:
- Racja. Każdy kiedyś zginie. Jeden wcześniej, drugi później.
Śmieję się jedną stroną twarzy, a na drugiej gości poważna mina.
- Patrz, ktoś tam idzie. Zabijmy go! - nakazuje mi.
Wbrew swojej woli idę tam, myśląc, iż nie zrobię tego, co nakazuje mi ten debil. Widzę, jak tamta osoba próbuje się przedostać na drugi koniec jeziora, przechodząc po kłodach. Raz prawie spada więc wstrzymuję oddech z przerażenia, jednak moja połówka szybko mnie ocuca i nakazuje iść dalej. Słucham się jej, bacznie obserwując poczynania chłopaka. Udaje mu się podciągnąć do kolejnej gałęzi i idzie dalej. Dziwie się jego sile i ruszam w jego kierunku.
Nagle, on spada. Znów próbuje utrzymać się kolejnej gałęzi, lecz po kilku minutach spada z głośnym pluskiem do wody. Zaczynam biec i zmuszam swą połówkę do tego samego. Zaczynam prowadzić z nią dialog:
- Chodź, trzeba mu pomóc! - mówię
Prycha cicho, lecz zaczyna z własnej woli biec. W końcu odpowiada.
- W sumie, nawet z tamtej odległości, zauważyłem, że był przystojny. Taki sam plan jak zawsze? - pyta.
Odpowiadam potwierdzająco i wraz z nim skaczę do wody. Przez chwilę nic nie widzę, lecz z mojej ręki zaczynają wypływać żółte macki, oświetlając mi drogę. Jako, iż mój towarzysz umie oddychać pod wodą, ja też to potrafię. Płyniemy szybko i sprawnie, widząc jak chłopak się męczy. Próbuje się wydostać, lecz glony blokują mu przejście. Nagle, moja bratnia dusza (dosłownie) się zatrzymuje.
- Na co czekasz? - pytam, szepcząc.
- Poczekaj, poradzi sobie. Wierzę w niego. - mówi
Pływamy już trzy minuty i nic. Chłopak nadal się nie wydostał. Mam wielkie wątpliwości, czy mu się uda, ale nie mogę nic zrobić bez swojej połówki ciała. Patrzę na biednego chłopaka, jak powietrza zaczyna mu brakować i zaczyna się dławić. W pewnym momencie mdleje i szybko opada na dno. Mówię cicho: ,,A nie mówiłem!? Chodź mu pomóc!". Słucha się mnie i już po minucie jesteśmy przy chłopaku.
Ma czarne włosy, bladą cerę i czarne ubrania na sobie... Przypomina mi kogoś, ale nie wiem kogo. Ręką po drugiej stronie ciała go podtrzymuje, a swoją zaczynam go leczyć. Macki zaczynają go oplatać, zaczynają wpływać do jego buzi, nosa i uszu. To wszystko zaczyna sprawiać, iż ta osoba oddycha. Bierze głębokie oddechy, otwiera oczy. Swoje śliczne, duże, o czekoladowym odcieniu, oczy. Zapiera mi wdech w piersi i otumania zmysły. Dobrze, że moja druga połówka jest czujna i szybko wypływa na powierzchnię, zabierając ze sobą topiącego.
Jestem seryjnym mordercą. Jestem także uczciwy i pomocny. Jestem dwoma postaciami. Jedna z nich jest spokojna, oświetla mi drogę. Druga, burzliwa jak morze. Mam w połowie blond i w połowie czarne włosy. Oczy przedzielone w połowie, jedna z nich jest zielono-morska, a druga niebieska. Biorą mnie za dziwaka, lecz nie dziwię im się. Raz zachowuje się grzecznie, raz buntowniczo. Jestem dwoma osobami, które nie potrafią się dogadać. Nie jestem w pełni sobą.
Idę sobie niedaleko jeziorka i obserwuję otoczenie. Nie widzę nikogo, za to prowadzę ze sobą dialog.
- I tak zginiemy... - szepczę moja gorsza połówka
Przewracam mym jednym okiem, nad którym mam pełną kontrolę i odpowiadam:
- Racja. Każdy kiedyś zginie. Jeden wcześniej, drugi później.
Śmieję się jedną stroną twarzy, a na drugiej gości poważna mina.
- Patrz, ktoś tam idzie. Zabijmy go! - nakazuje mi.
Wbrew swojej woli idę tam, myśląc, iż nie zrobię tego, co nakazuje mi ten debil. Widzę, jak tamta osoba próbuje się przedostać na drugi koniec jeziora, przechodząc po kłodach. Raz prawie spada więc wstrzymuję oddech z przerażenia, jednak moja połówka szybko mnie ocuca i nakazuje iść dalej. Słucham się jej, bacznie obserwując poczynania chłopaka. Udaje mu się podciągnąć do kolejnej gałęzi i idzie dalej. Dziwie się jego sile i ruszam w jego kierunku.
Nagle, on spada. Znów próbuje utrzymać się kolejnej gałęzi, lecz po kilku minutach spada z głośnym pluskiem do wody. Zaczynam biec i zmuszam swą połówkę do tego samego. Zaczynam prowadzić z nią dialog:
- Chodź, trzeba mu pomóc! - mówię
Prycha cicho, lecz zaczyna z własnej woli biec. W końcu odpowiada.
- W sumie, nawet z tamtej odległości, zauważyłem, że był przystojny. Taki sam plan jak zawsze? - pyta.
Odpowiadam potwierdzająco i wraz z nim skaczę do wody. Przez chwilę nic nie widzę, lecz z mojej ręki zaczynają wypływać żółte macki, oświetlając mi drogę. Jako, iż mój towarzysz umie oddychać pod wodą, ja też to potrafię. Płyniemy szybko i sprawnie, widząc jak chłopak się męczy. Próbuje się wydostać, lecz glony blokują mu przejście. Nagle, moja bratnia dusza (dosłownie) się zatrzymuje.
- Na co czekasz? - pytam, szepcząc.
- Poczekaj, poradzi sobie. Wierzę w niego. - mówi
Pływamy już trzy minuty i nic. Chłopak nadal się nie wydostał. Mam wielkie wątpliwości, czy mu się uda, ale nie mogę nic zrobić bez swojej połówki ciała. Patrzę na biednego chłopaka, jak powietrza zaczyna mu brakować i zaczyna się dławić. W pewnym momencie mdleje i szybko opada na dno. Mówię cicho: ,,A nie mówiłem!? Chodź mu pomóc!". Słucha się mnie i już po minucie jesteśmy przy chłopaku.
Ma czarne włosy, bladą cerę i czarne ubrania na sobie... Przypomina mi kogoś, ale nie wiem kogo. Ręką po drugiej stronie ciała go podtrzymuje, a swoją zaczynam go leczyć. Macki zaczynają go oplatać, zaczynają wpływać do jego buzi, nosa i uszu. To wszystko zaczyna sprawiać, iż ta osoba oddycha. Bierze głębokie oddechy, otwiera oczy. Swoje śliczne, duże, o czekoladowym odcieniu, oczy. Zapiera mi wdech w piersi i otumania zmysły. Dobrze, że moja druga połówka jest czujna i szybko wypływa na powierzchnię, zabierając ze sobą topiącego.
Biorę głęboki wdech, zupełnie jak chłopak. Gdy chce się on oddalić, łapię go za rękę i patrzę mu w oczy. W jego widnieje strach, ale także ulga i wdzięczność. Kieruje mną silny impuls - tak silny, że nie jestem w stanie mu nie ulec. Przytulam chłopaka i mocno obejmuje go ramieniem. Szczęśliwy, z uśmiechem na twarzy, odwraca się i odchodzi do rodziny. Odwzajemniam uśmiech i patrzę, jak odchodzi. I już prawdopodobnie nigdy nie wróci...
***
Obudziłem się przykryty ciepłym kocem i mając pod głową poduszkę. Dopiero po chwili zorientowałem się, iż mój „koc" to tak naprawdę kurtka Nico, a poduszka to najprawdopodobniej... kamień. Nie otworzyłem oczu, gdyż chciałem najpierw zbadać otoczenie samym zmysłem słuchu. Nie zdziwiło mnie to, iż usłyszałem głosy mojego przyjaciela i... no tego drugiego.
- Naprawdę mi wybaczasz? - zapytał Syn Posejdona.
- Tak. - odparł opanowanym głosem - Tylko... Nie zostawisz mnie już więcej?
Usłyszałem ciche potaknięcie ze strony Percy'ego. Później najprawdopodobniej się przytulili albo coś gorszego. Otworzyłem z ciekawości, którą teraz tak emanowałem.
Zobaczyłem ich. Jeden, młodszy, przytulony do drugiego. Wyglądających jak jedność chłopaków, wydawało się nic nie rozdzielić. Dobrze, że tylko wydawało.
Ja, Will Solace, Syn Apolla, przysięgam na Styks, iż Nico di Angelo będzie mój. Pocałuję go i sprawię, że zapomni o tym głupim Percy'm. Przysięgam na Styks.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Ehhh... Wiem, krócej się nie dało, prawda? Jestem w Grecji i nie miałam internetu i dopiero teraz go dostałam. Napisałam tyle ile napisałam, gdyż stwierdziłam, iż w tym rozdziale dzieje się całkiem dużo.
Pozdrawiam i czekam na komentarze :3
I przepraszam!
(Ps. Nie umiem zmienić czcionki, by się nie pochylała na telefonie więc na razie zostanie taka xD)
czwartek, 2 lipca 2015
Ważne!
Jednak się nie wyrobiłam i nie będzie rozdziałów ;---;
Na chwile dostałam się do internetu i chciałam wam to oznajmić
Dobra, do napisania po trzynastym lipca, papaa :3
sobota, 27 czerwca 2015
Rozdział 11 *-*
Prezenty i pożegnania
* Will Solace *
Percy opowiedział nam przepowiednie w drodze do domku trzeciego. Kilka razy wszyscy pokiwaliśmy głowami, a następnie zaczęliśmy rozmyślać nad znaczeniem wypowiedzianych słów. Nie... Percy miał rację. Wszyscy zginiemy. Cóż, takie życie herosa, przemknęło mi przez myśl. Poszliśmy do domku trzeciego, po rzeczy Nico. Nie miał ich za dużo, ale jednak każdy przedmiot był na wagę złota.
- Do kurtki mogę zmieścić właściwie wszystko - powiedział i schował w jednej z kieszeni włożył ambrozję.
Ogólnie, zabrał ze sobą tylko ambrozję i szczoteczkę do zębów. Lepiej nie pytać. Wyszliśmy z domku i zastanowiliśmy się co dalej.
- Najpierw do mnie, a później chyba czas udać się na misję... - zaczął Percy - Chyba, że chcecie się z kimś pożegnać.
Pokiwaliśmy z Nico twierdząco głowami i ja wraz z nim udałem się do Luny. Próbowałem zacząć rozmowę, ale mój towarzysz mnie zbywał, najwidoczniej pogrążony we własnych myślach. Westchnąłem cicho, schowałem ręce do kieszeni i spuściłem głowę. Ostatnio nie miałem z kim normalnie porozmawiać, wszyscy jakby mnie unikali. Jedyna osoba z którą miałem okazję to zrobić, szła obok mnie, zapatrzona w jeden punkt. Domek Ateny. Luna siedziała przed nim na bujanym krześle i czytała zawzięcie jakąś książkę. Zazdrościłem jej tego stoickiego spokoju. którego brakowało mi w konwersacjach z innymi ludźmi. Uśmiechnąłem się do niej lekko i wyciągnąłem ku niej rękę.
- Hej, co czytasz? - spytałem
Dała mi książkę do ręki i przywitała się z Nico przez ten czas. ,,Powieści z rękawa", taka była nazwa tego dzieła. Na okładce znajdowała się ręka, najprawdopodobniej mężczyzny, odziana w piękną, czerwoną szatę ze złotymi nićmi. Oczywiście wystawała z niego kartka papieru z jakimiś bohomazami. Pokiwałem głową z uznaniem i oddałem właścicielce jej własność. Spojrzałem znacząco na Nica, a on podszedł do Luny i objął ją. Bez wahania, dziewczyna odwzajemniła uścisk i zatopiła się w jego obojczyku.
- Wyjeżdżamy na misję. - szepnął Nico, tak, że nawet ja to usłyszałem
Luna uścisnęła chłopaka mocniej i na pożegnanie cmoknęła go w policzek. Poczułem ukucie zazdrości, ale nie chciałem dać tego po sobie poznać. Puściła go i łapiąc za jedną rękę, powiedziała mu coś na tyle cicho, bym tego nie usłyszał. Następnie wytarła mu małą łzę z policzka i wyciągnęła coś z kieszeni.
- Masz, użyj, kiedy będziesz tego potrzebować. - wyjaśniła i dała mu do ręki malutką książeczkę.
Przyjął ją i skinął głową, robiąc krok w tył. Teraz to ja przytuliłem Lunę i także otrzymałem buziaka w policzek. Dobra, odkupiła swoje grzechy, pomyślałem.
- Dla ciebie Will też mam prezent. Zaraz wracam - zwróciła się do mnie i poszła w kierunku domku.
Zerknąłem na Nico, który zawzięcie obracał swój podarek i przyglądał mu się. Hm, w sumie on prawie nigdy nie dostaje prezentów, więc chyba może się tak cieszyć z tego jednego. Po dwóch minutach wróciła do nas Luna, niosąc dla mnie jakąś fiolkę. Maź w środku była fioletowo-różowa i nie miałem pojęcia do czego mogła służyć.
- Na pewno przyda się wam podczas podróży. Używajcie jej rozważnie i uprzedzam Twoje pytanie, Willu - spojrzała na mnie, uśmiechnięta - Ta mikstura służy do przeobrażania się w zwierzęta. Została zrobiona z krwi, włosów i śliny Franka. Jeśli chcecie jej użyć, możecie albo wetrzeć ją w skórę albo popić. Jeśli użyjecie pierwszego sposobu, przemiana może nastąpić po nieco dłuższym czasie. - wyjaśniła - Starczy wam to na kilka razy. Cóż, wyściskałam was i pocałowałam w policzki, to chyba czas się pożegnać grupowo. - oddała mi prezent, a ja włożyłem go do kieszeni spodni.
Następnie wszyscy się przytuliliśmy, cicho się śmiejąc. Tylko Nico był jakiś niemrawy, ale sądziłem, że niedługo mu przejdzie. Gdy już miałem z nim odchodzić, usłyszałem głos Luny:
- Jeszcze jedno! - kolejny raz cofnęła się do domku i przyniosła kolejny przedmiot - Dajcie to Percy'emu. Powinien po tym otrzeźwieć.
Nico zabrał jego prezent i pożegnawszy się z Luną, poszliśmy do domku numer trzy. Uzgodniliśmy, iż Percy będzie tam na nas czekał i we trójkę pójdziemy na wzgórze i pożegnamy się z Chejronem. Ruszyliśmy więc do jego domku, znów się do siebie nie odzywając. Ta cisza robiła się powoli wkurzająca, jednak nie chciałem być nachalny. Sam także nie lubiłem takich osób.
Weszliśmy do domku bez pukania i zastaliśmy Percy'ego rozmawiającego z kimś przez telefon. A no tak, poprosił Chejrona o swój i o numery telefonu do swoich rodziców. Zapewne gawędził teraz z mamą, a przynajmniej zwroty jakich używał, wskazywały na to.
- Nie martw się. - odrzekł w końcu - Kocham Cię i nic mi się nie stanie, tak? Nie jestem małym chłopcem.
Następnie mama odpowiedziała mu coś miłego, gdyż uśmiechnął się szeroko i zaśmiał. Wow, po raz pierwszy widziałem go z innym uśmiechem niż psychopatycznym i przyznam, wyglądał wtedy całkiem dobrze. Nawet nie miałem ochoty pogruchotać mu kości.
- Okey, skończyłem. Jak tam pożegnania? - zapytał ciekawsko i włożył telefon do tylnej kieszeni.
Uśmiechnąłem się i w tym momencie, Nico wyciągnął prezent Percy'ego zza pleców i podał mu go. Spojrzał na niego niepewnie, ale wziął większą fiolkę z przeźroczystą cieczą i obejrzał ją wokoło.
- To od Luny. - wyjaśniłem - Ma pomóc ci ,,wytrzeźwieć". Użyjesz tego, gdy sytuacja będzie poważna. Każdy z nas dostał taki prezent.
Pokiwał twierdząco głową i schował butelkę do kieszeni. Nie braliśmy żadnych toreb, wszystko zmieściło się nam w spodniach i kurtkach, dzięki czemu mogliśmy szybciej się poruszać.
- Hmm... ciekawe o co jej chodziło. - mruknął Percy, wychodząc z domku - No cóż, dowiemy się na misji.
Zamknąłem drzwi i wszyscy razem ruszyliśmy w stronę wzgórza. Kilkanaście razy musieliśmy się zatrzymać, gdyż jakieś dzieciaki chciały zdjęcie z najlepszym herosem wszech czasów. Percy, choć niechętnie, przystawał na chwilę, rozdawał autografy i robił zdjęcia. Ja przez ten czas stałem obok z Nico, który nadal był jakiś nieswój.
- Co ci jest? - zapytałem wreszcie.
Spojrzał na mnie spod zmęczonych oczu. Wydawał się być zdziwiony pytaniem, jednak jego twarz nie ukazywała żadnych emocji.
- Nic. Myślę, to tyle. - odparł krótko i wrócił do poprzedniego zajęcia.
Westchnąłem ciężko i powróciłem wzrokiem do obserwowania Percy'ego. Właśnie rozdał ostatni autograf i podszedł do nas, i szepnął:
- Spierdalamy...
Wszyscy zrozumieliśmy o co mu chodziło i zaczęliśmy biec na wzgórze. Widziałem Chejrona, który patrzył na nas z rozbawieniem. Był w swoim wcieleniu centaura, na ramieniu miał zawieszony łuk i strzały. Sam rzadko ich używałem, ale coś czułem, że teraz będę musiał.
- Will, a gdzie jest twoja broń? - spytał nagle pół człowiek - pół koń.
Zaśmiałem się cicho i z kolejnej kieszeni wyciągnąłem mikroskopijnej wielkości łuk i jedną strzałę. Dotknąłem ich dwa razy i powróciły do swoich normalnych rozmiarów.
- Jak zawsze, przy mnie - odpowiedziałem, szczerząc się.
Percy zerknął na mnie z uznaniem, a Nico wpatrywał się w ziemię. Kurczę, muszę coś z nim zrobić...
- Gotowi? - zapytał nagle Syn Hadesa
Pokiwaliśmy głowami wraz z zielonookim i podeszliśmy trochę do niego. Pomachaliśmy Chejronowi na pożegnanie i w następnej chwili zaczęła nas otaczać ciemność. Nico stawał się cieniem i brał nas razem w podróż. Pojawił się portal, do którego zacząłem wchodzić. Gdy tylko tam byłem, poczułem pustkę i śmierć. Na końcu tunelu było białe światło. Chciałem się do niego dostać, uciec stąd. Przenosiłem się z zawrotną prędkością to białego punktu. Nie sądziłem, że był to aż tak wielki błąd.
Wypadłem z tunelu i potoczyłem się kilkanaście metrów dalej. Głowa bolała mnie nie na żarty. Byłem cały brudny od ziemi, z ręki leciała mi malutka stróżka krwi, ponieważ wpadłem na coś ostrego. Głową uderzyłem o drzewo i oparłem się o nie plecami. Myślałem, że zemdleję, ale nic takiego się nie stało. Zamiast tego usłyszałem troskliwy głos Nica.
- Biedny, jeszcze niedoświadczony - odparł z uśmiechem na ustach. - Chodź, zaraz opatrzymy tę jakże głęboką ranę i rozbijemy obóz. - podniósł mnie z pomocą rozśmieszonego Percy'ego
Rozejrzałem się po otoczeniu. Wszystko było zamglone, widziałem tylko twarze moich towarzyszy. Jednak, mimo mojemu wcześniejszemu przekonaniu, zemdlałem, gdy tylko odłożyli mnie na ziemię.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Jestem! Już rozdział 11... tak to szybko leci XD Nasz ,,biedny" Will zemdlał, niedługo ostatni rozdział z jego perspektywy, a później przyjdzie pora na Nico...
Oglądam scene całowania Dominika i Alexa z ,,Sala Samobójcow"... Dam wam gifa xD
Kurdę, oni są tacy słodcy *-* Prawie jak Persiak i Nicuś <3
Dobra, obok (w gadżecie) będziecie mieć informację o rozdziałach i o planach na nie :3
To papaaa :3
P.S Rozdział ma ~1300 słów
Percy opowiedział nam przepowiednie w drodze do domku trzeciego. Kilka razy wszyscy pokiwaliśmy głowami, a następnie zaczęliśmy rozmyślać nad znaczeniem wypowiedzianych słów. Nie... Percy miał rację. Wszyscy zginiemy. Cóż, takie życie herosa, przemknęło mi przez myśl. Poszliśmy do domku trzeciego, po rzeczy Nico. Nie miał ich za dużo, ale jednak każdy przedmiot był na wagę złota.
- Do kurtki mogę zmieścić właściwie wszystko - powiedział i schował w jednej z kieszeni włożył ambrozję.
Ogólnie, zabrał ze sobą tylko ambrozję i szczoteczkę do zębów. Lepiej nie pytać. Wyszliśmy z domku i zastanowiliśmy się co dalej.
- Najpierw do mnie, a później chyba czas udać się na misję... - zaczął Percy - Chyba, że chcecie się z kimś pożegnać.
Pokiwaliśmy z Nico twierdząco głowami i ja wraz z nim udałem się do Luny. Próbowałem zacząć rozmowę, ale mój towarzysz mnie zbywał, najwidoczniej pogrążony we własnych myślach. Westchnąłem cicho, schowałem ręce do kieszeni i spuściłem głowę. Ostatnio nie miałem z kim normalnie porozmawiać, wszyscy jakby mnie unikali. Jedyna osoba z którą miałem okazję to zrobić, szła obok mnie, zapatrzona w jeden punkt. Domek Ateny. Luna siedziała przed nim na bujanym krześle i czytała zawzięcie jakąś książkę. Zazdrościłem jej tego stoickiego spokoju. którego brakowało mi w konwersacjach z innymi ludźmi. Uśmiechnąłem się do niej lekko i wyciągnąłem ku niej rękę.
- Hej, co czytasz? - spytałem
Dała mi książkę do ręki i przywitała się z Nico przez ten czas. ,,Powieści z rękawa", taka była nazwa tego dzieła. Na okładce znajdowała się ręka, najprawdopodobniej mężczyzny, odziana w piękną, czerwoną szatę ze złotymi nićmi. Oczywiście wystawała z niego kartka papieru z jakimiś bohomazami. Pokiwałem głową z uznaniem i oddałem właścicielce jej własność. Spojrzałem znacząco na Nica, a on podszedł do Luny i objął ją. Bez wahania, dziewczyna odwzajemniła uścisk i zatopiła się w jego obojczyku.
- Wyjeżdżamy na misję. - szepnął Nico, tak, że nawet ja to usłyszałem
Luna uścisnęła chłopaka mocniej i na pożegnanie cmoknęła go w policzek. Poczułem ukucie zazdrości, ale nie chciałem dać tego po sobie poznać. Puściła go i łapiąc za jedną rękę, powiedziała mu coś na tyle cicho, bym tego nie usłyszał. Następnie wytarła mu małą łzę z policzka i wyciągnęła coś z kieszeni.
- Masz, użyj, kiedy będziesz tego potrzebować. - wyjaśniła i dała mu do ręki malutką książeczkę.
Przyjął ją i skinął głową, robiąc krok w tył. Teraz to ja przytuliłem Lunę i także otrzymałem buziaka w policzek. Dobra, odkupiła swoje grzechy, pomyślałem.
- Dla ciebie Will też mam prezent. Zaraz wracam - zwróciła się do mnie i poszła w kierunku domku.
Zerknąłem na Nico, który zawzięcie obracał swój podarek i przyglądał mu się. Hm, w sumie on prawie nigdy nie dostaje prezentów, więc chyba może się tak cieszyć z tego jednego. Po dwóch minutach wróciła do nas Luna, niosąc dla mnie jakąś fiolkę. Maź w środku była fioletowo-różowa i nie miałem pojęcia do czego mogła służyć.
- Na pewno przyda się wam podczas podróży. Używajcie jej rozważnie i uprzedzam Twoje pytanie, Willu - spojrzała na mnie, uśmiechnięta - Ta mikstura służy do przeobrażania się w zwierzęta. Została zrobiona z krwi, włosów i śliny Franka. Jeśli chcecie jej użyć, możecie albo wetrzeć ją w skórę albo popić. Jeśli użyjecie pierwszego sposobu, przemiana może nastąpić po nieco dłuższym czasie. - wyjaśniła - Starczy wam to na kilka razy. Cóż, wyściskałam was i pocałowałam w policzki, to chyba czas się pożegnać grupowo. - oddała mi prezent, a ja włożyłem go do kieszeni spodni.
Następnie wszyscy się przytuliliśmy, cicho się śmiejąc. Tylko Nico był jakiś niemrawy, ale sądziłem, że niedługo mu przejdzie. Gdy już miałem z nim odchodzić, usłyszałem głos Luny:
- Jeszcze jedno! - kolejny raz cofnęła się do domku i przyniosła kolejny przedmiot - Dajcie to Percy'emu. Powinien po tym otrzeźwieć.
Nico zabrał jego prezent i pożegnawszy się z Luną, poszliśmy do domku numer trzy. Uzgodniliśmy, iż Percy będzie tam na nas czekał i we trójkę pójdziemy na wzgórze i pożegnamy się z Chejronem. Ruszyliśmy więc do jego domku, znów się do siebie nie odzywając. Ta cisza robiła się powoli wkurzająca, jednak nie chciałem być nachalny. Sam także nie lubiłem takich osób.
Weszliśmy do domku bez pukania i zastaliśmy Percy'ego rozmawiającego z kimś przez telefon. A no tak, poprosił Chejrona o swój i o numery telefonu do swoich rodziców. Zapewne gawędził teraz z mamą, a przynajmniej zwroty jakich używał, wskazywały na to.
- Nie martw się. - odrzekł w końcu - Kocham Cię i nic mi się nie stanie, tak? Nie jestem małym chłopcem.
Następnie mama odpowiedziała mu coś miłego, gdyż uśmiechnął się szeroko i zaśmiał. Wow, po raz pierwszy widziałem go z innym uśmiechem niż psychopatycznym i przyznam, wyglądał wtedy całkiem dobrze. Nawet nie miałem ochoty pogruchotać mu kości.
- Okey, skończyłem. Jak tam pożegnania? - zapytał ciekawsko i włożył telefon do tylnej kieszeni.
Uśmiechnąłem się i w tym momencie, Nico wyciągnął prezent Percy'ego zza pleców i podał mu go. Spojrzał na niego niepewnie, ale wziął większą fiolkę z przeźroczystą cieczą i obejrzał ją wokoło.
- To od Luny. - wyjaśniłem - Ma pomóc ci ,,wytrzeźwieć". Użyjesz tego, gdy sytuacja będzie poważna. Każdy z nas dostał taki prezent.
Pokiwał twierdząco głową i schował butelkę do kieszeni. Nie braliśmy żadnych toreb, wszystko zmieściło się nam w spodniach i kurtkach, dzięki czemu mogliśmy szybciej się poruszać.
- Hmm... ciekawe o co jej chodziło. - mruknął Percy, wychodząc z domku - No cóż, dowiemy się na misji.
Zamknąłem drzwi i wszyscy razem ruszyliśmy w stronę wzgórza. Kilkanaście razy musieliśmy się zatrzymać, gdyż jakieś dzieciaki chciały zdjęcie z najlepszym herosem wszech czasów. Percy, choć niechętnie, przystawał na chwilę, rozdawał autografy i robił zdjęcia. Ja przez ten czas stałem obok z Nico, który nadal był jakiś nieswój.
- Co ci jest? - zapytałem wreszcie.
Spojrzał na mnie spod zmęczonych oczu. Wydawał się być zdziwiony pytaniem, jednak jego twarz nie ukazywała żadnych emocji.
- Nic. Myślę, to tyle. - odparł krótko i wrócił do poprzedniego zajęcia.
Westchnąłem ciężko i powróciłem wzrokiem do obserwowania Percy'ego. Właśnie rozdał ostatni autograf i podszedł do nas, i szepnął:
- Spierdalamy...
Wszyscy zrozumieliśmy o co mu chodziło i zaczęliśmy biec na wzgórze. Widziałem Chejrona, który patrzył na nas z rozbawieniem. Był w swoim wcieleniu centaura, na ramieniu miał zawieszony łuk i strzały. Sam rzadko ich używałem, ale coś czułem, że teraz będę musiał.
- Will, a gdzie jest twoja broń? - spytał nagle pół człowiek - pół koń.
Zaśmiałem się cicho i z kolejnej kieszeni wyciągnąłem mikroskopijnej wielkości łuk i jedną strzałę. Dotknąłem ich dwa razy i powróciły do swoich normalnych rozmiarów.
- Jak zawsze, przy mnie - odpowiedziałem, szczerząc się.
Percy zerknął na mnie z uznaniem, a Nico wpatrywał się w ziemię. Kurczę, muszę coś z nim zrobić...
- Gotowi? - zapytał nagle Syn Hadesa
Pokiwaliśmy głowami wraz z zielonookim i podeszliśmy trochę do niego. Pomachaliśmy Chejronowi na pożegnanie i w następnej chwili zaczęła nas otaczać ciemność. Nico stawał się cieniem i brał nas razem w podróż. Pojawił się portal, do którego zacząłem wchodzić. Gdy tylko tam byłem, poczułem pustkę i śmierć. Na końcu tunelu było białe światło. Chciałem się do niego dostać, uciec stąd. Przenosiłem się z zawrotną prędkością to białego punktu. Nie sądziłem, że był to aż tak wielki błąd.
Wypadłem z tunelu i potoczyłem się kilkanaście metrów dalej. Głowa bolała mnie nie na żarty. Byłem cały brudny od ziemi, z ręki leciała mi malutka stróżka krwi, ponieważ wpadłem na coś ostrego. Głową uderzyłem o drzewo i oparłem się o nie plecami. Myślałem, że zemdleję, ale nic takiego się nie stało. Zamiast tego usłyszałem troskliwy głos Nica.
- Biedny, jeszcze niedoświadczony - odparł z uśmiechem na ustach. - Chodź, zaraz opatrzymy tę jakże głęboką ranę i rozbijemy obóz. - podniósł mnie z pomocą rozśmieszonego Percy'ego
Rozejrzałem się po otoczeniu. Wszystko było zamglone, widziałem tylko twarze moich towarzyszy. Jednak, mimo mojemu wcześniejszemu przekonaniu, zemdlałem, gdy tylko odłożyli mnie na ziemię.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Jestem! Już rozdział 11... tak to szybko leci XD Nasz ,,biedny" Will zemdlał, niedługo ostatni rozdział z jego perspektywy, a później przyjdzie pora na Nico...
Oglądam scene całowania Dominika i Alexa z ,,Sala Samobójcow"... Dam wam gifa xD
Kurdę, oni są tacy słodcy *-* Prawie jak Persiak i Nicuś <3
Dobra, obok (w gadżecie) będziecie mieć informację o rozdziałach i o planach na nie :3
To papaaa :3
P.S Rozdział ma ~1300 słów
(Kurwa, kocham ich <3)
niedziela, 21 czerwca 2015
Rozdział 10 *-*
Przepowiednia
* Percy Jackson *
Leżałem sobie w domku i nic nie robiłem. Myślałem, co zdarzało się dość rzadko, lecz teraz wydawała się być to sytuacja kryzysowa. Zastanawiałem się, co zrobi Will, co zrobi Nico i co powinienem zrobić ja. Zgadywałem, iż Will powiedział o całej zaistniałem sytuacji Chejronowi i zaraz ktoś do mnie zapuka. Nie myliłem się. Dosłownie pięć sekund później usłyszałem pukanie do drzwi.
- Percy! - przywitał mnie wesoło Chejron.
Uśmiechnąłem się wesoło na jego widok. Mimo tych wszystkich lat, on się w ogóle nie zmienił. Nie traktował mnie jak ,,Bad Boy'a" przez mój wygląd, tylko jak... Mnie. Sprzed kilku lat, ale nadal mnie.
- Witam Chejronie, najlepszy nauczycielu łaciny! - pochwaliłem go, przez co wywołałem na jego twarzy lekki uśmiech.
Zaśmiał się również cicho i poprosił ruchem ręki, bym wyszedł na zewnątrz. Był w swojej centaurowej postaci, wyposażony w łuk. Nie zrozumiałem tej ostrożności i wyszedłem przed domek. Zauważyłem, iż obok mojego towarzysza są również Nico i Will. Odwróciłem od nich wzrok i zaczekałem na rozpoczęcie rozmowy przez Chejrona.
- Chciałbym, byś opowiedział mi w szczegółach, co widziałeś dzisiaj, sprzed godziny. - poprosił.
Zastanowiłem się jak ubrać w słowa tamtą sytuację i wtedy stało się coś złego. Muzyka wróciła. Potrząsnąłem niezauważalnie głową, jakby próbując wypędzić ją z mojego mózgu, a ona uparcie nadal się trzymała. Starałem się ją zignorować i jak najlepiej opowiedzieć, co widziałem.
- Widziałem martwą dziewczynę. Długie, brązowe włosy zasłaniały jej cudną twarz. Chciałem do niej podpłynąć, pomóc jej, dotknąć... - zrobiłem krótką pauzę i nawilżyłem usta. - Błagała o pomoc. Gdy byłem blisko niej, usłyszałem głos w głowie. Głos mojego ojca. Mówił, bym jej nie ruszał, inaczej klątwa spadnie na mnie. Oddaliłem się od dziewczyny, a przynajmniej próbowałem. Nie mogłem wziąć oddechu w wodzie i zacząłem się topić. Koło mnie pływały głowy martwych dziewczyn i krążyły wokół. Po bodajże minucie, dwóch, wypłynąłem, podszedłem do Nico i Willa i straciłem przytomność. - dokończyłem.
Dawny nauczyciel pokiwał głową parę razy podczas mojej wypowiedzi, a po jej skończeniu, westchnął ciężko. Super, wszyscy mamy przejebane, bo Jackson chciał sobie popływać.
- Jest źle. Ciemność zaczyna nadchodzić zbyt szybko. Musicie wyruszać za godzinę i skierować się na południe, do Meksyku. Później powinniście nadal podążać na południe... - zaczął.
- W stronę, gdzie ciemność już jest?! - przerwał zdenerwowany Syn Apolla.
Przekręciłem oczami z zrezygnowaniem. Jakie on ma problemy...
- I tak i tak prędzej do nas dotrze, a nawet już do nas dociera. Więc jaka to różnica czy znajdziemy się w niej za kilkanaście godzin czy tygodni? - spytałem sarkastycznie.
Will chciał odpowiedzieć mi jakąś ciętą ripostą, jednak nie było mu to dane przez Chejrona.
- Percy ma racje. - Ha, 1-0 dla Percy'ego! - A poza tym, nawet nie kilkanaście godzin, a kilka. Nico? - spojrzał na milczącego dotychczas chłopaka - Mógłbyś wszystkich przenieść cieniem aż do Meksyku?
Syn Hadesa pokiwał głową i znów pogrążył się w swych rozmyśleniach. Nie, no zajebiście! Zepsułem mu dzień... tydzień... życie. Dałem sobie mentalnego, mocnego plaskacza w policzek i postarałem się skupić na mądrych słowach Chejrona. Mówił między innymi o zapasach i przepowiedni, którą zaraz powinniśmy dostać. Wyłączyłem się i już po kilku minutach zbłądziłem myślami do tańczących lamorożców. Są takie słodkie!
- Dobra, macie godzinę na przepowiednie i zebranie zapasów. - objaśnił Chejron pod koniec. - Do zobaczenia przy sośnie Thalii!
Kiwnąłem mu głową na pożegnanie i zatrzymałem się wraz z resztą towarzyszy. Nadeszła pora, na Willora!
- Kto idzie po przepowiednie? - spytał nowy okaz dinozaura.
Wzruszyłem ramionami i schowałem dłonie do kieszeni. Obydwaj chłopacy patrzyli na mnie spod przymrużonych oczu i czekali na moje zgłoszenie. Wreszcie, prychnąłem cicho i poprawiłem włosy.
- Dobra, jak tak bardzo chcecie to mogę iść, wystarczyło powiedzieć... - zacząłem się oddalać.
Szedłem z głową uniesioną, dziarskim krokiem. Byłem władcą. Królem. I to mi się podobało w nowym Percy'm. Puściłem oczko do jakiejś dziewczyny, a ona zarumieniła się na ten gest, Satysfakcja mnie ogarnęła i w dobrym humorze dotarłem do siedziby Rachel. Nico mi opowiadał, że teraz i ona ma domek w Obozie. Jest on na pewno bardziej przytulny, niż dom jej poprzedniczki...
Zapukałem i zaczekałem na otwarcie drzwi. Po jakichś piętnastu sekundach ujrzałem wyrocznie. Piękną wyrocznie. Rachel, swe rude włosy związała w kucyka, oczy miała podkreślone zielonym... Eee... Pudrem? Nie znam się na tych kosmetykach. Dziewczyna miała na sobie niebieski podkoszulek, upaćkany w kolorowe farby oraz ciemnoniebieskie, krótkie spodenki. Uśmiechnąłem się do niej i zaczekałem na jej reakcję. Patrzyła na mnie z szeroko otwartymi oczami i ustami. Zaśmiałem się chicho, wziąłem pędzel z jej ręki i odłożyłem go na najbliższy stolik.
- Witam, Percy jestem - przywitałem się i uścisnąłem jej rękę.
Nie wykonała żadnego ruchu, tylko nadal się we mnie tępo wpatrywała. Zamknąłem drzwi nogą, by nikt mnie nie widział, a następnie uścisnąłem dziewczynę. Wtedy oprzytomniała.
- Percy! - krzyknęła szczęśliwa - Wybacz, od kilku dni mam takie zawieszenia, a jeszcze widok twojej twarzy po tak długiej rozłące... - puściła mnie i popatrzyła w moje oczy - Zmieniłeś się. I to bardzo. Przystojny jesteś. - stwierdziła
Zaśmiałem się cicho.
- Jak zawsze szczera do bólu... - szepnąłem. - Ale dobra, przyszedłem po przepowiednie. Kiedyś sobie pogadamy, ale na razie jadę na misję. - oznajmiłem
Rachel pokiwała szybko głową i poszła umyć ręce. Ja przez ten czas rozejrzałem się po otoczeniu. Całe pomieszczenie było bardzo rozświetlone, znalazłem chyba z cztery lampki w tak małej powierzchni. Jej domek był mniejszy od pozostałych, gdyż nie potrzeba było tyle miejsca na jedną osobę. Obok mnie znajdowała się komoda, najprawdopodobniej z butami. Na wprost był stół, zapełniony papierami, a tuż za nim sztaluga. Bardziej na prawo dostrzegłem mały stolik, przy nim jasnobrązową kanapę, tego samego kolory pufę i telewizor. Że co? Telewizor w Obozie? Okey... Nie wnikam. Dużo się zmieniło. Na podłodze leżał kremowy dywan, upaćkany plamami po farbie.
Zaczekałem jeszcze chwilę na Rachel, która przyszła dość szybko, z nową koszulką. Była ona biała z jakimś niezrozumiałym dla mnie napisem. Kilka sekund później, z jej ust zaczęła wylatywać zielona para. Jej oczy rozbłysły tym samym kolorem. Przybliżyła się do mnie i podparła się o moje ramiona. Następnie usłyszałem głos samej wyroczni:
Leżałem sobie w domku i nic nie robiłem. Myślałem, co zdarzało się dość rzadko, lecz teraz wydawała się być to sytuacja kryzysowa. Zastanawiałem się, co zrobi Will, co zrobi Nico i co powinienem zrobić ja. Zgadywałem, iż Will powiedział o całej zaistniałem sytuacji Chejronowi i zaraz ktoś do mnie zapuka. Nie myliłem się. Dosłownie pięć sekund później usłyszałem pukanie do drzwi.
- Percy! - przywitał mnie wesoło Chejron.
Uśmiechnąłem się wesoło na jego widok. Mimo tych wszystkich lat, on się w ogóle nie zmienił. Nie traktował mnie jak ,,Bad Boy'a" przez mój wygląd, tylko jak... Mnie. Sprzed kilku lat, ale nadal mnie.
- Witam Chejronie, najlepszy nauczycielu łaciny! - pochwaliłem go, przez co wywołałem na jego twarzy lekki uśmiech.
Zaśmiał się również cicho i poprosił ruchem ręki, bym wyszedł na zewnątrz. Był w swojej centaurowej postaci, wyposażony w łuk. Nie zrozumiałem tej ostrożności i wyszedłem przed domek. Zauważyłem, iż obok mojego towarzysza są również Nico i Will. Odwróciłem od nich wzrok i zaczekałem na rozpoczęcie rozmowy przez Chejrona.
- Chciałbym, byś opowiedział mi w szczegółach, co widziałeś dzisiaj, sprzed godziny. - poprosił.
Zastanowiłem się jak ubrać w słowa tamtą sytuację i wtedy stało się coś złego. Muzyka wróciła. Potrząsnąłem niezauważalnie głową, jakby próbując wypędzić ją z mojego mózgu, a ona uparcie nadal się trzymała. Starałem się ją zignorować i jak najlepiej opowiedzieć, co widziałem.
- Widziałem martwą dziewczynę. Długie, brązowe włosy zasłaniały jej cudną twarz. Chciałem do niej podpłynąć, pomóc jej, dotknąć... - zrobiłem krótką pauzę i nawilżyłem usta. - Błagała o pomoc. Gdy byłem blisko niej, usłyszałem głos w głowie. Głos mojego ojca. Mówił, bym jej nie ruszał, inaczej klątwa spadnie na mnie. Oddaliłem się od dziewczyny, a przynajmniej próbowałem. Nie mogłem wziąć oddechu w wodzie i zacząłem się topić. Koło mnie pływały głowy martwych dziewczyn i krążyły wokół. Po bodajże minucie, dwóch, wypłynąłem, podszedłem do Nico i Willa i straciłem przytomność. - dokończyłem.
Dawny nauczyciel pokiwał głową parę razy podczas mojej wypowiedzi, a po jej skończeniu, westchnął ciężko. Super, wszyscy mamy przejebane, bo Jackson chciał sobie popływać.
- Jest źle. Ciemność zaczyna nadchodzić zbyt szybko. Musicie wyruszać za godzinę i skierować się na południe, do Meksyku. Później powinniście nadal podążać na południe... - zaczął.
- W stronę, gdzie ciemność już jest?! - przerwał zdenerwowany Syn Apolla.
Przekręciłem oczami z zrezygnowaniem. Jakie on ma problemy...
- I tak i tak prędzej do nas dotrze, a nawet już do nas dociera. Więc jaka to różnica czy znajdziemy się w niej za kilkanaście godzin czy tygodni? - spytałem sarkastycznie.
Will chciał odpowiedzieć mi jakąś ciętą ripostą, jednak nie było mu to dane przez Chejrona.
- Percy ma racje. - Ha, 1-0 dla Percy'ego! - A poza tym, nawet nie kilkanaście godzin, a kilka. Nico? - spojrzał na milczącego dotychczas chłopaka - Mógłbyś wszystkich przenieść cieniem aż do Meksyku?
Syn Hadesa pokiwał głową i znów pogrążył się w swych rozmyśleniach. Nie, no zajebiście! Zepsułem mu dzień... tydzień... życie. Dałem sobie mentalnego, mocnego plaskacza w policzek i postarałem się skupić na mądrych słowach Chejrona. Mówił między innymi o zapasach i przepowiedni, którą zaraz powinniśmy dostać. Wyłączyłem się i już po kilku minutach zbłądziłem myślami do tańczących lamorożców. Są takie słodkie!
- Dobra, macie godzinę na przepowiednie i zebranie zapasów. - objaśnił Chejron pod koniec. - Do zobaczenia przy sośnie Thalii!
Kiwnąłem mu głową na pożegnanie i zatrzymałem się wraz z resztą towarzyszy. Nadeszła pora, na Willora!
- Kto idzie po przepowiednie? - spytał nowy okaz dinozaura.
Wzruszyłem ramionami i schowałem dłonie do kieszeni. Obydwaj chłopacy patrzyli na mnie spod przymrużonych oczu i czekali na moje zgłoszenie. Wreszcie, prychnąłem cicho i poprawiłem włosy.
- Dobra, jak tak bardzo chcecie to mogę iść, wystarczyło powiedzieć... - zacząłem się oddalać.
Szedłem z głową uniesioną, dziarskim krokiem. Byłem władcą. Królem. I to mi się podobało w nowym Percy'm. Puściłem oczko do jakiejś dziewczyny, a ona zarumieniła się na ten gest, Satysfakcja mnie ogarnęła i w dobrym humorze dotarłem do siedziby Rachel. Nico mi opowiadał, że teraz i ona ma domek w Obozie. Jest on na pewno bardziej przytulny, niż dom jej poprzedniczki...
Zapukałem i zaczekałem na otwarcie drzwi. Po jakichś piętnastu sekundach ujrzałem wyrocznie. Piękną wyrocznie. Rachel, swe rude włosy związała w kucyka, oczy miała podkreślone zielonym... Eee... Pudrem? Nie znam się na tych kosmetykach. Dziewczyna miała na sobie niebieski podkoszulek, upaćkany w kolorowe farby oraz ciemnoniebieskie, krótkie spodenki. Uśmiechnąłem się do niej i zaczekałem na jej reakcję. Patrzyła na mnie z szeroko otwartymi oczami i ustami. Zaśmiałem się chicho, wziąłem pędzel z jej ręki i odłożyłem go na najbliższy stolik.
- Witam, Percy jestem - przywitałem się i uścisnąłem jej rękę.
Nie wykonała żadnego ruchu, tylko nadal się we mnie tępo wpatrywała. Zamknąłem drzwi nogą, by nikt mnie nie widział, a następnie uścisnąłem dziewczynę. Wtedy oprzytomniała.
- Percy! - krzyknęła szczęśliwa - Wybacz, od kilku dni mam takie zawieszenia, a jeszcze widok twojej twarzy po tak długiej rozłące... - puściła mnie i popatrzyła w moje oczy - Zmieniłeś się. I to bardzo. Przystojny jesteś. - stwierdziła
Zaśmiałem się cicho.
- Jak zawsze szczera do bólu... - szepnąłem. - Ale dobra, przyszedłem po przepowiednie. Kiedyś sobie pogadamy, ale na razie jadę na misję. - oznajmiłem
Rachel pokiwała szybko głową i poszła umyć ręce. Ja przez ten czas rozejrzałem się po otoczeniu. Całe pomieszczenie było bardzo rozświetlone, znalazłem chyba z cztery lampki w tak małej powierzchni. Jej domek był mniejszy od pozostałych, gdyż nie potrzeba było tyle miejsca na jedną osobę. Obok mnie znajdowała się komoda, najprawdopodobniej z butami. Na wprost był stół, zapełniony papierami, a tuż za nim sztaluga. Bardziej na prawo dostrzegłem mały stolik, przy nim jasnobrązową kanapę, tego samego kolory pufę i telewizor. Że co? Telewizor w Obozie? Okey... Nie wnikam. Dużo się zmieniło. Na podłodze leżał kremowy dywan, upaćkany plamami po farbie.
Zaczekałem jeszcze chwilę na Rachel, która przyszła dość szybko, z nową koszulką. Była ona biała z jakimś niezrozumiałym dla mnie napisem. Kilka sekund później, z jej ust zaczęła wylatywać zielona para. Jej oczy rozbłysły tym samym kolorem. Przybliżyła się do mnie i podparła się o moje ramiona. Następnie usłyszałem głos samej wyroczni:
Mikstury potrzebujecie,
Znanego tekstu użyjecie.
Kłótnie obce wam nie będą,
Jeśli dacie się ponieść popędom,
Przy końcu wszystko się rozpadnie
Choć walczyć będziecie zaradnie
Ciemność ze słońcem się zjednoczy,
Woda jednak je rozłączy,
Połączona z ciemnością,
Stanie się wiecznością.
I nikt nie będzie w stanie ich rozdzielić,
Jedynie pistoletem przestrzelić.
Wystawicie kogoś na nudności
W zachowaniu swej miłości.
Jednak, śmierć nadejdzie
I kolorowo nie będzie
Pogrążeni w żałobie i smutku,
Odejdziecie pomalutku
Dołączycie do umarlaka
A tam, będzie czekać odznaka
Zakończycie więc swe przeznaczenie
Zmieniając przeistoczenie
Jeżeli tego nie zrobicie,
Do piekła pójdziecie
Dobry wybór wybierzecie
I się nie zawiedziecie.
Zapamiętałem słowo w słowo tą przepowiednie. Była chyba najdłuższa na świecie, ale także... dziwna. Niepokojąca. Jest w niej zawartych tyle zagadek... Muszę ją przekazać reszcie.
Położyłem zmęczoną Rachel na kanapie i szybko się z nią pożegnałem. Ręce mi się trzęsły, czułem się strasznie. Nie miałem siły wymyślać znaczenia przepowiedni, chciałem jak najszybciej tylko przekazać ją reszcie. Ruszyłem do domku Apolla, ponieważ podejrzewałem, iż to tam ruszyli najpierw. Zapukałem do drzwi, a po chwili otworzył mi Nico. Kiwnąłem do niego głową i odszedł na bok, odsłaniając mi przejście.
W Domku Apolla było strasznie dużo przedmiotów. Dużo książek, bandaży... dużo wszystkiego. Usiadłem na wolnym krześle przy biurku i zaczekałem, aż Nico i Will zwrócą na mnie uwagę. Zdarzyło się to jakieś trzy minuty później, gdy Will przestał się pakować. Stanęli kawałek przede mną i wyczekiwali wygłoszenia przepowiedni. Ja macałem swoją twarz i starałem się oczyścić z niepokoju. Rozczochrałem sobie włosy i nie mogłem wydusić z siebie ani słowa.
- Jackson? - spytał karcąco Will. - Nie mamy czasu, powiedz nam ją.
Spojrzałem na niego spod mrużących oczu.
- Wszyscy zginiemy. - rzekłem
Nico prychnął cicho, oparł się o ścianę i pokręcił głową z rozbawieniem.
- Wiedziałem. Wisisz mi dychę. - odparł do Willa
Przypatrywałem się tej sytuacji z rozbawieniem, a następnie wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem. Po raz pierwszy i pewnie po raz ostatni.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Rozdział pisany o trzeciej w nocy XD
Za przepowiednie BARDZO przepraszam, ponieważ wiem, że jest po prostu chujowa :/ Nie znam się niestety na wierszach, rymach i w ogóle...
Ten rozdział miał być wstawiony później, ale cóż... XD Macie go teraz
Bardzo proszę o wchodzenie na stronkę Kocham Nica bardziej niż żelki. Niemożliwe? Możliwe ;3
Myślę, że może wam się spodobać :3 Pokażcie ją wszystkim i zalajkujcie xD Adminuję tam :3
Żegnam i do rozdziału niedługo! :3
Bardzo proszę o wchodzenie na stronkę Kocham Nica bardziej niż żelki. Niemożliwe? Możliwe ;3
Myślę, że może wam się spodobać :3 Pokażcie ją wszystkim i zalajkujcie xD Adminuję tam :3
Żegnam i do rozdziału niedługo! :3
sobota, 20 czerwca 2015
Rozdział 9 *-*
I don't wanna die...
* Percy Jackson *
Zamachnąłem się po raz kolejny, odcinając manekinowi głowę. Minął jeden dzień, od kiedy powiedziałem Nico'wi, że to koniec znajomości. Zrobiłem to wbrew sobie i teraz czuję, że była to najgorsza decyzja w moim życiu. Uderzyłem się w nogę z wściekłości na samego siebie i starłem się skupić na ćwiczeniach. Udawało mi się przez pierwsze trzy sekundy, zanim znów nie pomyślałem o Nicu,
- Kurwa. - szepnąłem i uderzyłem manekina.
Miałem tego wszystkiego dość, zresztą, pewnie podobnie jak Nico. Czy ja nie mogę być szczęśliwy? Czy nie mogę sprawić, by wszystkie osoby, na których mi zależy, były szczęśliwe? Czemu wiecznie muszę kogoś ranić, muszę zachowywać się jak egoistyczny dupek? Nie wiem. Nie znałem odpowiedzi na każde z tych pytań. I to doprowadzało mnie do szału. Chodziłem od prawego końca areny do prawej. Trzymałem ten cholerny miecz już chyba z pięć godzin i miażdżyłem kolejne manekiny. Kondycja mi powróciła, a tak naprawdę nawet nie zniknęła. Z walką mieczami jest chyba jak z jazdą na rowerze - nie ważne, jak długo nie będziesz jeździć, ta umiejętność nie zanika.
Zmieniłem swój miecz w długopis i postanowiłem popływać. Może wtedy jakoś się zrelaksuje. Opuściłem arenę i podążyłem w stronę zatoki. Nikogo na plaży nie było, co uznałem za świetną wiadomość. Wszedłem do wody w ubraniach. Bo co? Bo mogę.
Gdy poziom wody zaczął się podnosić, moja złość zaczynała maleć. Ale to dziwne. Uśmiechnąłem się szyderczo i zanurzyłem całe ciało. Chciałem być mokry, więc i to się stało. Miałem otwarte oczy, widziałem wszystko. Ale w pewnym momencie, coś mi nie pasowało... Mój oddech zaczął stawać się urwany i niespokojny. Coraz trudniej było mi go złapać. Jednak ja, mimo tego, płynąłem dalej. Nie wiem, kto postąpiłby tak idiotycznie jak ja, ale to coś mnie przyciągało... Błagało o zainteresowanie... Błagało o pomoc...
Nagle coś zobaczyłem. Martwe ciało. Dziewczyna, mająca długie włosy, przysłaniające jej twarz. Ubrana była w białą, śliczną sukienkę... Wyglądała pięknie, chciałem jej dotknąć... Podpłynąłem do niej, najbliżej jak mogłem. Po raz pierwszy od dłuższego czasu, zostałem zmuszony do wzięcia głębokiego oddechu i przytrzymaniu go. Miałem wyciągniętą rękę ku dziewczynie i tak bardzo pragnąłem dotknąć jej włosów, jej policzka... Ostatnimi siłami próbowałem to zrobić, gdy w moim umyśle, rozbrzmiał strasznie głęboki, mądry głos:
- Percy, nie rób tego. Przez to, klątwa spadnie na ciebie i już nie uda ci się wypełnić misji.
Posłuchałem się go. Odpłynąłem z wyraźną niechęcią i nagle zacząłem się kołotać.
Zamachnąłem się po raz kolejny, odcinając manekinowi głowę. Minął jeden dzień, od kiedy powiedziałem Nico'wi, że to koniec znajomości. Zrobiłem to wbrew sobie i teraz czuję, że była to najgorsza decyzja w moim życiu. Uderzyłem się w nogę z wściekłości na samego siebie i starłem się skupić na ćwiczeniach. Udawało mi się przez pierwsze trzy sekundy, zanim znów nie pomyślałem o Nicu,
- Kurwa. - szepnąłem i uderzyłem manekina.
Miałem tego wszystkiego dość, zresztą, pewnie podobnie jak Nico. Czy ja nie mogę być szczęśliwy? Czy nie mogę sprawić, by wszystkie osoby, na których mi zależy, były szczęśliwe? Czemu wiecznie muszę kogoś ranić, muszę zachowywać się jak egoistyczny dupek? Nie wiem. Nie znałem odpowiedzi na każde z tych pytań. I to doprowadzało mnie do szału. Chodziłem od prawego końca areny do prawej. Trzymałem ten cholerny miecz już chyba z pięć godzin i miażdżyłem kolejne manekiny. Kondycja mi powróciła, a tak naprawdę nawet nie zniknęła. Z walką mieczami jest chyba jak z jazdą na rowerze - nie ważne, jak długo nie będziesz jeździć, ta umiejętność nie zanika.
Zmieniłem swój miecz w długopis i postanowiłem popływać. Może wtedy jakoś się zrelaksuje. Opuściłem arenę i podążyłem w stronę zatoki. Nikogo na plaży nie było, co uznałem za świetną wiadomość. Wszedłem do wody w ubraniach. Bo co? Bo mogę.
Gdy poziom wody zaczął się podnosić, moja złość zaczynała maleć. Ale to dziwne. Uśmiechnąłem się szyderczo i zanurzyłem całe ciało. Chciałem być mokry, więc i to się stało. Miałem otwarte oczy, widziałem wszystko. Ale w pewnym momencie, coś mi nie pasowało... Mój oddech zaczął stawać się urwany i niespokojny. Coraz trudniej było mi go złapać. Jednak ja, mimo tego, płynąłem dalej. Nie wiem, kto postąpiłby tak idiotycznie jak ja, ale to coś mnie przyciągało... Błagało o zainteresowanie... Błagało o pomoc...
Nagle coś zobaczyłem. Martwe ciało. Dziewczyna, mająca długie włosy, przysłaniające jej twarz. Ubrana była w białą, śliczną sukienkę... Wyglądała pięknie, chciałem jej dotknąć... Podpłynąłem do niej, najbliżej jak mogłem. Po raz pierwszy od dłuższego czasu, zostałem zmuszony do wzięcia głębokiego oddechu i przytrzymaniu go. Miałem wyciągniętą rękę ku dziewczynie i tak bardzo pragnąłem dotknąć jej włosów, jej policzka... Ostatnimi siłami próbowałem to zrobić, gdy w moim umyśle, rozbrzmiał strasznie głęboki, mądry głos:
- Percy, nie rób tego. Przez to, klątwa spadnie na ciebie i już nie uda ci się wypełnić misji.
Posłuchałem się go. Odpłynąłem z wyraźną niechęcią i nagle zacząłem się kołotać.
,,I don't wanna die
I don't wanna die
No, I don't wanna die - so you're gonna have to"
W głowie słyszałem cały czas te kilkanaście słów. Stawały się coraz głośniejsze i głośniejsze. Krzyczałem pod wodą, starałem się nią uleczyć. Nie dałem rady.
,,Blood is getting hotter
Body's getting colder"
Błagałem o pomoc, modliłem się. Nie mogąc oddychać, opadałem powoli na dno. Moje siły znikały, lecz ja się nie poddawałem. Nigdy tego nie zrobię.
,,I Told you once
I'm the only one who holds you" *
W pewnym momencie, myślałem, że nie uda mi się. Zwątpiłem w siebie i zacząłem tego żałować. Obok mnie zaczęły pojawiać się dziesiątki strasznych twarzy, zabitych dziewczyn. Ich wyłupiaste oczy, pozrywana skóra z wielu miejsc... Myślałem, że zwymiotuję, lecz byłem zbyt zdesperowany wydostaniem się na powierzchnie. Miałem tam jeszcze kilka spraw do załatwienia.
Może ten tekst miał jakieś znaczenie? W sumie... ,,Nie, nie chcę umierać, więc ty będziesz musiał", brzmi całkiem prawdopodobnie do zaistniałej sytuacji. Ja nie chcę umierać, lecz wychodzi na to, że muszę. Przestałem o czymkolwiek myśleć. O śmierci, o niebezpieczeństwie. Skupiłem się na tekście, który zaczął jak na mój gust, tworzyć jako taką przepowiednie. Zacząłem płynąć ku górze, widziałem słońce przez tafle wody. Do moich oczy zaczęły napływać łzy, niewidoczne. Po raz pierwszy, od kilku lat, popłakałem się.
Głosy przestały mi przeszkadzać, stały się czymś miłym dla ucha. Utworzyły się w króciutką piosenkę, Próbowałem znów złapać oddech, lecz na marne. Jeszcze nie czas. Płynąłem ku górze dalej, mając najważniejsze - nadzieję. Chciałem się tylko wydostać z tej pieprzonej wody!
Jeszcze dwa ruchy rękami i byłem na powierzchni. Sił zaczęło mi brakować, serce biło jak oszalałe. - Jeszcze trochę synu, a wszystko się ułoży.
- Wszystko? - spytałem w myślach.
- Powiedzmy. - odparł.
Zacisnąłem usta w wąską linie i wykorzystałem resztki siły. Wynurzyłem się i wziąłem szybki oddech. Usłyszałem krzyki, coś czego nienawidziłem. Teraz, przestało mnie obchodzić. Otrząsnąłem głowę z wody i przekląłem cicho. Moje pierwsze, duże zwycięstwo z tym cholerstwem. Teraz już wiem, co to było.
To nic, ciemność, pustka. A to dopiero jedna z pierwszych jej zagadek i pułapek.
Wyszedłem z wody i podszedłem do jednej osoby. Spojrzałem w jej przerażone oczy i rzekłem:
- Nic mi nie jest.
Pokiwała głową nieśmiało i zerknęła na drugą osobę, stojącą obok.
- Percy, dobrze się czujesz? - spytał Will.
Zastanowiłem się nad odpowiedzią, a chwilę później uśmiechnąłem szeroko, przypominając psychopatę.
- Nigdy nie czułem się lepiej. - odpowiedziałem. - I don't wanna die... - zanuciłem.
Will złapał moje ramię i kazał popatrzeć w swoje oczy. Coś tam szepnął, lecz nic nie słyszałem. Kiwałem głową jak najęty i nie kontaktowałem ze światem. Wokół mnie zebrała się całkiem spora grupka ludzi, chcąca zobaczyć mój upadek. Zemdlałem.
***
Krew staje się gorętsza, ciało zimniejsze...
Ocknąłem się w szpitalu. Byłem podłączony do jakichś urządzeń, które głośno pikały. Głowa bolała mnie niemiłosiernie, miałem wrażenie, że zaraz eksploduje. Nie słyszałem już tych dziwnych wersów w swoim umyśle, co uznałem za świetną wiadomość. Wcześniej nie uświadomiłem sobie, iż one strasznie dekoncentrują i nie pozwalają racjonalnie myśleć. Potrząsnąłem głową, starając się odpędzić złe myśli i rozejrzałem się po otoczeniu. Kilka kwiatków porozstawianych po kątach, białe zasłony, białe kafelki, białe ściany. Na nich jeden obraz jakiegoś owocka, którego chętnie bym zjadł. Wszystko białe prócz mych włosów i ubrań.
Usiadłem bezproblemowo i złapałem się za tył głowy. Tam bolała mnie najmocniej, sam nie wiem dlaczego i od czego. Oparłem się o oparcie i dotknąłem zimnej ściany. Poczułem kojące uczucie, westchnąłem cicho i zamknąłem oczy. Ta... nie było gorszej rzeczy, którą mógłbym wtedy zrobić. Widok tamten martwej dziewczyny z początku wydawał się być intrygujący, lecz po dokładnym obejrzeniu jej twarzy... Była, ładnie mówiąc, zgniła i brzydka. Wzdrygnąłem się przez wyobrażenie sobie jej w stroju kąpielowym i wziąłem szklankę z wodą, leżącą na małym stoliku koło łóżka. Pomyślałem o czymś innym i sam sprawdziłem swoje ciśnienie. Wynosiło tylko... Pfff, 150/80mm Hg. Tylko o trzydzieści wyższe u zdrowego człowieka. Korzystając z chwili samotności, uśmiechnąłem się lekko i popatrzyłem chwilę w sufit.
Spodziewałem się zwykłego, białego sufitu, a nie kurwa twarzy tej dziewczyny! Czy ona jest jak Krwawa Mery i będzie mnie prześladować? Chociaż nie, Krwawa Mery by mnie od razu do lustra zaciągnęła albo wydłubała mi oczy... Jebane fetysze. Prychnąłem cicho i postanowiłem chwilę zaczekać. W końcu ktoś tu musi przyjść i sprawdzić czy żyję.
Po trzech minutach doczekałem się. Do pokoju wkroczył szybkim kokiem Will, a na mój widok odetchnął z ulgą. Ha, już chciałem rzucić jakąś ciętą ripostą, ale teraz postanowiłem mu odpuścić. W końcu chłop się mną zainteresował,
- Jak dobrze, że żyjesz... - westchnął.
Spojrzałem na niego rozbawiony z iście szatańskim uśmiechem na tarzy.
- Też bym za tobą tęsknił. - odparłem i zaczekałem aż do mnie podejdzie.
Pokręcił zrezygnowany głową i zawołał kogoś. Po niedługim czasie, do naszej rozmowy przyłączył się Danny.
- Co jest? - spytał.
Był wysokim, chudym i blondwłosym chłopakiem. Z daleka można było go pomylić z Willem, odważyłbym się stwierdzić, iż są prawdziwymi bliźniakami. Will szepnął mu coś do ucha, a potem wyszedł, zostawiając mnie ze swoim bratem.
- Możesz wstać? - spytał
Postanowiłem być dla niego miły, ponieważ to nie jego wina, że jego brat to idiota. Kiwnąłem głową i na dowód, wstałem. Stałem obok łóżka, ubrany w swoje stare cichy.
- Głowa mocno cię boli, czy już nie podawać ambrozji? - dopytywał.
Odparłem coś, że ból nie ustępuje i wyciągnął z kieszeni lekarstwo. Było w postaci batonika, więc szybko ugryzłem kawałek i rozkoszowałem się pysznym smakiem. Powróciłem na chwilę do czasów dzieciństwa i uśmiechnąłem się lekko. Oddałem właścicielowi jego pokarm, a sam zacząłem kierować się ku wyjścia.
- Do widzenia. - pożegnałem się, jednak przystanąłem na chwilę przy progu drzwi. - Jeszcze jedno, przekaż bratu, że on nigdy nie będzie jego. Będzie wiedział o co chodzi.
Z uniesionym podbródkiem i znakomitym humorem opuściłem szpital i udałem się do domku numer trzy.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Yuhu! Rozdział musi być pisany o tak późnej porze, bo co XD Bo ja :3
Zaraz się zabieram za One - Shot'a :3 Jarom się :3 Nowy szablon może się pojawić już w przyszłym tygodniu! Ja sama czekam na niego zniecierpliwiona :3
Co do rozdziału... nie dość, że pisany o późnych porach to jeszcze przy Hollywood Undead - I don't wanna die (<3) Dlatego takie dziwne rzeczy się tu pojawiły XD Dobra, lecę pisać :3
Baaaj!
* I don't wanna die,
I don't wanna die,
No, I don't wanna die - so you're gonna have to.
Blood is getting hotter,
Body's getting colder,
Told you once,
I'm the only one who holds her <--- Piosenka Hollywood Undead - I don't wanna die
Na potrzebę opowiadania, zmieniłam jedno słowo :3
Polecam piosenkę, tak przy okazji XD
Ocknąłem się w szpitalu. Byłem podłączony do jakichś urządzeń, które głośno pikały. Głowa bolała mnie niemiłosiernie, miałem wrażenie, że zaraz eksploduje. Nie słyszałem już tych dziwnych wersów w swoim umyśle, co uznałem za świetną wiadomość. Wcześniej nie uświadomiłem sobie, iż one strasznie dekoncentrują i nie pozwalają racjonalnie myśleć. Potrząsnąłem głową, starając się odpędzić złe myśli i rozejrzałem się po otoczeniu. Kilka kwiatków porozstawianych po kątach, białe zasłony, białe kafelki, białe ściany. Na nich jeden obraz jakiegoś owocka, którego chętnie bym zjadł. Wszystko białe prócz mych włosów i ubrań.
Usiadłem bezproblemowo i złapałem się za tył głowy. Tam bolała mnie najmocniej, sam nie wiem dlaczego i od czego. Oparłem się o oparcie i dotknąłem zimnej ściany. Poczułem kojące uczucie, westchnąłem cicho i zamknąłem oczy. Ta... nie było gorszej rzeczy, którą mógłbym wtedy zrobić. Widok tamten martwej dziewczyny z początku wydawał się być intrygujący, lecz po dokładnym obejrzeniu jej twarzy... Była, ładnie mówiąc, zgniła i brzydka. Wzdrygnąłem się przez wyobrażenie sobie jej w stroju kąpielowym i wziąłem szklankę z wodą, leżącą na małym stoliku koło łóżka. Pomyślałem o czymś innym i sam sprawdziłem swoje ciśnienie. Wynosiło tylko... Pfff, 150/80mm Hg. Tylko o trzydzieści wyższe u zdrowego człowieka. Korzystając z chwili samotności, uśmiechnąłem się lekko i popatrzyłem chwilę w sufit.
Spodziewałem się zwykłego, białego sufitu, a nie kurwa twarzy tej dziewczyny! Czy ona jest jak Krwawa Mery i będzie mnie prześladować? Chociaż nie, Krwawa Mery by mnie od razu do lustra zaciągnęła albo wydłubała mi oczy... Jebane fetysze. Prychnąłem cicho i postanowiłem chwilę zaczekać. W końcu ktoś tu musi przyjść i sprawdzić czy żyję.
Po trzech minutach doczekałem się. Do pokoju wkroczył szybkim kokiem Will, a na mój widok odetchnął z ulgą. Ha, już chciałem rzucić jakąś ciętą ripostą, ale teraz postanowiłem mu odpuścić. W końcu chłop się mną zainteresował,
- Jak dobrze, że żyjesz... - westchnął.
Spojrzałem na niego rozbawiony z iście szatańskim uśmiechem na tarzy.
- Też bym za tobą tęsknił. - odparłem i zaczekałem aż do mnie podejdzie.
Pokręcił zrezygnowany głową i zawołał kogoś. Po niedługim czasie, do naszej rozmowy przyłączył się Danny.
- Co jest? - spytał.
Był wysokim, chudym i blondwłosym chłopakiem. Z daleka można było go pomylić z Willem, odważyłbym się stwierdzić, iż są prawdziwymi bliźniakami. Will szepnął mu coś do ucha, a potem wyszedł, zostawiając mnie ze swoim bratem.
- Możesz wstać? - spytał
Postanowiłem być dla niego miły, ponieważ to nie jego wina, że jego brat to idiota. Kiwnąłem głową i na dowód, wstałem. Stałem obok łóżka, ubrany w swoje stare cichy.
- Głowa mocno cię boli, czy już nie podawać ambrozji? - dopytywał.
Odparłem coś, że ból nie ustępuje i wyciągnął z kieszeni lekarstwo. Było w postaci batonika, więc szybko ugryzłem kawałek i rozkoszowałem się pysznym smakiem. Powróciłem na chwilę do czasów dzieciństwa i uśmiechnąłem się lekko. Oddałem właścicielowi jego pokarm, a sam zacząłem kierować się ku wyjścia.
- Do widzenia. - pożegnałem się, jednak przystanąłem na chwilę przy progu drzwi. - Jeszcze jedno, przekaż bratu, że on nigdy nie będzie jego. Będzie wiedział o co chodzi.
Z uniesionym podbródkiem i znakomitym humorem opuściłem szpital i udałem się do domku numer trzy.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Yuhu! Rozdział musi być pisany o tak późnej porze, bo co XD Bo ja :3
Zaraz się zabieram za One - Shot'a :3 Jarom się :3 Nowy szablon może się pojawić już w przyszłym tygodniu! Ja sama czekam na niego zniecierpliwiona :3
Co do rozdziału... nie dość, że pisany o późnych porach to jeszcze przy Hollywood Undead - I don't wanna die (<3) Dlatego takie dziwne rzeczy się tu pojawiły XD Dobra, lecę pisać :3
Baaaj!
* I don't wanna die,
I don't wanna die,
No, I don't wanna die - so you're gonna have to.
Blood is getting hotter,
Body's getting colder,
Told you once,
I'm the only one who holds her <--- Piosenka Hollywood Undead - I don't wanna die
Na potrzebę opowiadania, zmieniłam jedno słowo :3
Polecam piosenkę, tak przy okazji XD
Subskrybuj:
Posty (Atom)


