Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Percico II. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Percico II. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 stycznia 2016

Epilog

    Nico di Angelo powolnym krokiem szedł w kierunku swego ojca. Zawiódł go, zawiódł praktycznie wszystkich, na których mu zależało. Osąd zbliżał się wielkimi krokami, a nie było przy nim najważniejszej osoby w jego życiu. Czy to możliwe, by przeżyła?, przeszło mu przez myśl. Zrobił kilka większych kroków i odważył się unieść głowę. Zobaczył go. Hades we własnej osobie, siedział na wysokim, czarnym tronie i patrzył na niego z góry.
   Nico wiedział, jak bardzo surowa będzie kara.
   Percy Jackson natomiast szedł żwawo, chciał mieć to za sobą. Za wiele wycierpiał, chciał, by to się skończyło. Stanął przez Panem Podziemi i spojrzał w lewo. Zobaczył swego kochanka, który również dostrzegł jego.
   Wymienili się uśmiechami, już chcieli do siebie podejść, gdy Hades przerwał tę uroczą scenkę.
     – Nie po to ja was osądzam, byście się teraz obściskiwali – stwierdził chłodno. – Mam dla was propozycję, która może was zainteresować.
   Chłopacy, a właściwie już mężczyźni, spojrzeli na niego zaintrygowani. Czy to możliwe, że odzyskają utracony żywot?
     – Jako iż wiele razy ratowaliście świat i tym razem przyczyniliście się do tego, dyskutowaliśmy z bogami, że to niemożliwe, byście... tak po prostu odeszli. – Zrobił krótką przerwę, podczas której oblizał usta i strzelił palcami. – Damy wam ostatnią szansę. Jeżeli tylko chcecie, oczywiście.
   Percy patrzył na Hadesa z wdzięcznością, nie sądził, że okaże im wsparcie. Nico dziękował w duchu, że jego ojcem jest Pan Podziemi.
     – Możecie powrócić do życia, jednak – podkreślił to słowo – będziecie w innych ciałach niż dotychczas. Wszyscy bogowie stwierdzili, że musicie mieć swoje umiejętności. Nie wiadomo, kiedy świat znowu będzie was potrzebował. – Uśmiechnął się lekko, niezauważalnie. – Zmieni się wasze życie, wasza rodzina, znajomi. Sam nie wiem, w jakich ciałach jeszcze wylądujecie, ale... postanowiliśmy jeszcze bardziej osłodzić wasze życie.
   Wstał i zszedł do dwójki martwych herosów. Popatrzył każdemu w oczy, Nicowi jednak oprócz tego posłał mały uśmiech.
     – Afrodyta, by urozmaicić wasze życie miłosne, postanowiła, że co tydzień będziecie dostawać wiadomości z informacjami o drugiej osobie. O ile pamiętam, po miesiącu czasu dostaniecie również swoje zdjęcia, co ułatwi wam odnalezienie siebie nawzajem. – Kolejna przerwa. – Traficie prawdopodobnie do ciał, których dusze są już tutaj, w Hadesie i zrobimy podmianę. Oczywiście, będziemy starać się, by wasze ciała być choć trochę podobne do tych starych. Ale nic nie obiecuję.
   Zarówno Nico jak i Percy słuchali z uwagą wszystkiego, co mówił do nich Hades. Byli miło zaskoczeni, choć nie ukrywali zdziwienia. Obydwoje mieli rozszerzone oczy, nie mogli ustać w miejscu.
     – To jak, zgadzacie się? Czy wolicie pójść do Elizjum jako umarlaki? – zapytał Hades.
   Herosi nawet nie musieli się zastanawiać. Decyzja była prosta.
     – Zgadzamy się – powiedzieli w tym samym momencie.
   Hades zaśmiał się pod nosem i uśmiechnął szeroko.
     – Dobry wybór. Życzę szczęścia.
   Świat jakby zawirował przez chwilę. Przecież właśnie umarli powstawali, a choć takie sytuacje zdarzały się już wcześniej, ta była zdecydowanie inna od reszty. Dwójka zakochanych ma za zadanie odnaleźć siebie nawzajem.
   Obydwoje wiedzieli, że uda im się tego dokonać.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Sama nie wiem od czego zacząć. Od trzeciego przywitania w tym dniu. Tak, to dobry pomysł.
Także... Witajcie.
Notka będzie troszkę dłuższa, dla wytrwałych osób. 
Percico II pisałam jakieś 10 miesięcy. Długi okres czasu. 
Wyszły z tego 23 rozdziały (7 był podzielony na dwie części) + prolog + epilog = 25 
Sporo jak na mnie.
Wiele głupot tu nawpisywałam, wiele błędów robiłam, robię i będę robić. A wy to wszystko czytaliście (nadal czytacie), poprawialiście mnie (nadal poprawiacie), dodawaliście otuchy (nadal dodajecie). Dziękuję każdej osobie z osobna za to, że zostawiła po sobie jakiś ślad; czy to komentarz czy głos w ankiecie. Bardzo mnie to zmotywowało.
Cieszę się, że mam tę serię za sobą. Myślałam trochę o kolejnej części, myślami jestem już w Percico III. Postaram się pisać poprawnie, w ogóle pisać po polsku. Bo niektóre słowa zapewne zmyśliłam :')
Sama widzę u siebie zmianę w pisaniu, cały czas zmienia się mój styl. W następnej serii ulegnie on troszkę zmianie. Mam nadzieję, że będzie wam się jeszcze lepiej czytało moje wypociny.
Tak w sumie, jest 2:30 (jak to dodam, będzie 15:00) i jestem taka wylewna z uczuciami. Cóż.
Nie raz pisałam rozdziały w nocy.
Dobra, dziękuję wam za niecały rok ze mną. Za ponad rok na blogu. To już będzie ze mną związane do końca życia. Dziękuję.
Rok 2015 był dla mnie najcięższym rokiem. 2016 zapowiada się wręcz zajebiście :)) Na pewno dużo czasu przeznaczę w nim na pisanie kolejnych rozdziałów <3
Pozdrawiam was bardzo serdecznie. Mam nadzieję, że choć trochę spodobało wam się zakończenie tego opowiadania. 
Zapraszam do komentowania, brania udziału w ankietach... Zapraszam serdecznie.
A, odpowiadając na pytanie jednego z czytelników.
Sylwestra spędziłam z moją przyjaciółką, którą poznałam w Internecie. To było nasze pierwsze spotkanie. Naprawdę, było warto. 
Jeszcze raz pozdrawiam :3 

Rozdział 22 *-*

Wspomnienia


          * Percy Jackson *

      Ta kobieta spojrzała mi w oczy. Pustka. Jakby w ogóle ich nie posiadała. Czułem się martwo. Nie wiem, czy jest takie określenie, ale tak się czułem. Odwróciłem wzrok, dzięki Nicowi. Zrobiłem kilka kroków w tył.
     – Nie uciekniecie przed tym. – Zaśmiała się. – A w sumie, nie chce mi się tak was zabijać. – Zrobiła krótką przerwę. – Mam lepszy sposób.
   Zerknąłem na Nica. Nadal trzymał dłoń tam, gdzie potwór go zranił. Rana wyglądała bardzo poważnie. Gdyby był z nami Will...
     – Kocham Cię – powiedział cichutko Nico. – Zawsze cię kochałem.
   Zeszkliły mi się oczy.
     – Też Cię kocham. Zawsze będę.
   Pocałowałem go najdelikatniej w usta, jak tylko potrafiłem, a następnie wziąłem miecz do ręki i czekałem na potwory, które się do nas zbliżały. Kolejna walka. Łzy praktycznie ciekły mi po policzkach, mieliśmy wygrać. Niestety, odejdziemy jako przegrani.
     – Walcz, kochanie. Proszę. Dla mnie – wyszeptałem przez łzy.
   Nico też płakał. Nie miał siły. Ja zresztą też nie. Jednak wziął miecz w ręce i przyjął pozycję bojową.
     – Będę walczył. Nawet, jeśli umrze któreś z nas, drugie ma walczyć, jasne?! – nakazał.
   Pokiwałem głową i chwyciłem go drżącą dłonią za rękę. Jest jakaś mała szansa. Mała, ale jest. Puściłem jego dłoń i razem ruszyliśmy do boju.
   Robiłem uniki, ciąłem mieczem na prawo i lewo, ale zaczynałem tracić siły. Rany – zaczynało ich być coraz więcej. Miałem mroczki przed oczami. Kątem oka widziałem, jak Nico walczy, próbuje wezwać szkielety, ale nie ma tyle mocy. Upadł. Jako pierwszy z nas, opadł na ziemię, nieprzytomny, może już nieżywy.
   Krzyknąłem. To był ryk rozpaczy. Ta kobieta śmiała się wniebogłosy, chciałem coś zrobić. Byłem za słaby.
   Potwory rozszarpywały moje ciało na strzępy. Jęczałem z bólu, rozpaczy i goryczy. Umierałem. Kurwa, umierałem w bardzo szybkim tempie. Starałem się walczyć, ale kiedy dosłownie nic nie widziałem, poddałem się. Upadłem na ziemię, jak Nico.
   Umarłem.

   Wspomnienia zaczęły się odtwarzać, zupełnie, jakbym był na sali kinowej. Najsilniejszym, najbardziej emocjonującym wspomnieniem, było nakrycie Annabeth w łóżku z jakimś facetem.
   Wracałem do domu, z pracy, po naprawdę ciężkim dniu. Kilka osób musiała zabierać policja, ponieważ chcieli wtargnąć do klubu, którego akurat pilnowałem. Wracałem zmęczony, ale z myślą, że spotkam swoją kochaną dziewczynę w domu. Nie braliśmy ślubu. Ann uznała to za zbędne. Teraz już wiem, dlaczego.
   Wszedłem do domu, zrzucając od razu z siebie kurtkę i kładąc ją na komodzie. Nie zdejmowałem butów, nie miałem na to siły. Wszedłem do sypialni, gdzie zobaczyłem... Annabeth. Nagą. Za jakimś gościem.
   Najpierw mnie to zszokowało, myślałem, że mam zwidy albo śnią mi się jakieś głupoty. Ann jęczała przez dotyk tego mężczyzny. Miała zamknięte oczy, nie widziała mnie. Przyglądałem się im parę chwil.
   Całował jej piersi, rękami kombinował coś przy majtkach. Oparłem się o framugę drzwi i przyglądałem im w kompletnej ciszy. Jedynym znakiem mojej obecności, była spływająca łza po mym policzku.
   Ann nie raczyła otworzyć oczu jeszcze przez długie minuty. Patrzyłem, jak jest jej dobrze z innym facetem. Łza za łzą spływały po polikach. Nie wycierałem ich. Pozwoliłem, by ciekły powoli, pozostawiając ślad. Ślad w sercu, na twarzy.
   Uświadomiłem sobie w jednej chwili, jak Annabeth bardzo się zmieniła. Poszła do pracy, poznała nowe przyjaciółki, które nie grzeszyły inteligencją. Była mądra. Bardzo. Ale łatwo dała wciągnąć się w jakieś nałogi. Paliła. Sporo.
   Zaczęła ubierać się wyzywająco, co na początku mi się spodobało. Nie spędzaliśmy razem za wiele czasu, myślałem, że wszystko między nami jest dobrze. Wiedziałem, że czasem płakała. Wspominała Tartar, tak jak ja. Kilka razy krzyczała na mnie, że zostawiłem ją wtedy w Tartarze na pewną śmierć. Była chora. Choroba psychiczna dosięgnęła i ją.
   Piper i reszta z Wielkiej Siódemki odwrócili się od niej. Piper i Annabeth pokłóciły się, sam nie wiem o co i straciły kontakt. Jason po prostu się do niej nie odzywał. Hazel i Frank mieszkali sobie spokojnie w Nowym Rzymie i nie mieli o niczym pojęcia. Gdyby tylko wiedzieli...
   Ann wracała czasem pijana po nocach. Nie potrafiłem bez niej zasnąć, jednak czułem, że to nie jest to samo. Nie kochałem jej tak, jak wcześniej. Zmieniła się. Ja sam także to zrobiłem.
   Nie rozmawiałem z nikim, stałem się typem samotnika. Wiecznie przygarbiony, czasem wredny. Jednak, nie uważam bym zasłużył sobie na takie coś.
   Ann kochała się z tym facetem na moich oczach, nie mając pojęcia, że to widzę. Jęczała, krzyczała jego imię. Łzy nadal spływały po mej twarzy, postanowiłem zaczekać, aż skończą. Ledwo trzymałem się na nogach, ale musiałem dać radę. Łzy kapały na dywan, kupiony kilka miesięcy wcześniej. Byliśmy tacy szczęśliwi, wybierając go.
   Po skończonym, najwyraźniej udanym, seksie, Ann i ten facet położyli się na łóżku. Moim łóżku i Annabeth. Zakuło mnie w sercu.
   Dopiero wtedy Annabeth mnie zobaczyła. Szybko zasłoniła piersi brudną kołdrą i zaczęła krzyczeć coś w stylu: „To nie tak! Daj mi to wyjaśnić!”. Ale ja wszystko widziałem. Dosłownie. Wszystko.
   Odwróciłem się na pięcie, wziąłem kurtkę i pobiegłem do rodzicielki. Zachowałem się jak bachor, ale nikomu tak bardzo nie ufałem, jak jej. Wpuściła mnie, wysłuchała.
   Kiedy Ann przyszła pod jej drzwi, dała mi znak ręką, bym podszedł i porozmawiał z córką Ateny.
   Jedyne pytanie, jakie zadałem brzmiało: „Jak długo mnie zdradzasz?”.
   Nie otrzymałem odpowiedzi. Jedynie jakieś pomruki.
   Ann zaczęła tłumaczyć, że to uczucie wygasło, ale przyznała, że mnie kochała. Wierzyłem w to. Widziałem miłość w jej oczach podczas tych wszystkich lat.
   Skończyło się na tym, że wyprosiłem ją. Powiedziałem, że przyjdę po rzeczy następnego dnia i wyprowadzam się.
   Kiwnęła głową.
   Odeszła, mając spuszczoną głowę ze wstydu.
   A ja zaszyłem się w swoim starym pokoju i zalewałem się łzami. Mama starała mi się pomóc, ale ja nie chciałem niczego. Ani miłości. Ani opieki. Chciałem zostać sam.
   Podczas następnego roku dochodziłem do siebie. Zdałem sobie sprawę, jak krucha jest miłość. Wierzyłem jednak w jej potęgę. Podczas tego roku poprzypominałem sobie różne rzeczy, różne osoby. Kiedy zerknąłem na schody pożarowe, przypomniał mi się Nico, gdy przyszedł zjeść ciasto urodzinowe.
   Tak właśnie zacząłem intensywne myślenie o nim.
   Doszukiwałem się w jego gestach jakiejkolwiek wskazówki, co syn Hadesa może do mnie czuć. Niczego nie rozumiałem.
   Kiedy go spotkałem, dopiero wtedy do mnie wszystko dotarło. Jego spojrzenia, ignorowanie mnie... Zrozumiałem, kto jest mi pisany.
   Następne wspomnienia były związane z Nico, Jasonem, Piper... Z wszystkimi Herosami. Płakałem. Nieważne, że nie żyłem. Płakałem za nimi, za tym, że już nigdy ich nie zobaczę. Kiedy seans dobiegł końca, zostałem sprowadzony do Hadesu, w postaci duszy. Czy bałem się?
   Tak. Bałem się, że nie spotkam tam Nica.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
:') Cała sprawa z Ann wyjaśniona
Epilog pojawi się około 15 jednak.
Pozdrawiam i zachęcam do zostawienia komentarza :)

Rozdział 21 *-*

Zarozumiały ignorant


          * Percy Jackson *

         Nico złapał mnie za rękę i razem wbiegliśmy w cień. Pomimo wcześniejszych podróży cieniem, nadal było to dla mnie trudne do opanowania. Chciałem wymiotować, brzuch mnie bolał, kości zresztą też. Jednak przeżyłem. Znalazłem się na drugiej stronie, zupełnie nie wiedząc, gdzie jestem.
     – Jesteśmy w...? – zagadnąłem.
     – Asuncion.
   Wstałem i rozejrzałem się po okolicy. Pusto. Ciemno. Czarno. Chyba właśnie wkroczyliśmy na terytorium tego czegoś. Wydawało mi się, że widziałem potwora biegnącego przed siebie, niosącego w pysku jakieś kości. Śmieszne, nawet nas nie zauważył.
   Trzymałem Nico za rękę przez ten cały czas. Wiedziałem, że może zaraz zemdleć, ledwo trzymał się na nogach. Widać było, jak te podróże go niszczyły. Kiedy poszliśmy spać, on cały czas się budził, trząsł albo szeptał moje imię. Bał się. Ja bałem się o niego.
   Przytuliłem go nagle. Strach, że to może być ostatnie miejsce, które zobaczę, przyprawiała mnie o dreszcze. Zawsze wyobrażałem sobie swoją śmierć zgoła inaczej. Na łące, w spokoju i samotności. Odszedłbym, gdy osiągnąłbym wszystko, czego chciałem. Miałbym kochającego... męża, może rodzinę. Odszedłbym wiedząc, że wszystko, co zostawię po sobie, było coś warte. Uratowanie świata dwa razy. Przejście przez Tartar. To były naprawdę wielkie rzeczy.
   Jednak chciałem mieć osobę, która szczerze mnie kochała. Która byłaby w stanie oddać za mnie życie, ale także pogodzić się z moją śmiercią. Czy Nico był taką osobą?
   Na pewno oddałby za mnie życie, ale czy gdybym zginął, potrafiłby się otrząsnąć? Jego najlepszy przyjaciel umarł, ma tylko przyjaciółkę z Obozu, do której może nawet nie wrócić... Nie chciałem o tym myśleć. Ale z drugiej strony, jak nie teraz, bliski śmierci, to kiedy? W drodze do Elizjum? O ile jeszcze do niego trafię...
   Pocałowałem Nico w czoło i złapałem jego twarz w dłonie. Oczy wyróżniały się na tle jego bladej cery, lecz wydawały się czarne. Pomimo smętnego koloru, czułem od nich miłość. Pocałowałem Nico z taką namiętnością, na jaką było mnie w tej chwili stać. Jego wargi były takie zimne, pragnęły dotyku. Całował mnie z zachłannością, jakby wiedział, że mogą to być nasze ostatnie pocałunki. Nie chciałem ich kończyć.
   Miałem zamknięte oczy, wyobraziłem sobie piękną łąkę wokół nas. Nie chciałem otwierać oczu. Oznaczałoby to kontakt z rzeczywistością. Trzymałem Nico za szczękę, nie chcąc go puścić.
   Ale kiedyś musieliśmy.
   Oderwałem się od niego i popatrzyłem mu głęboko w oczy. Widziałem w nich miłość, wolę walki i nadzieję. Uśmiechnąłem się szeroko. Trzeba spróbować.

***

   Odgryzłem jednemu przeciwnikowi głowę i natychmiast zabrałem się za kolejnego potwora. Było ich ze sto. Każdy szedł w kierunku moim i Nico. Mój chłopak strzelał do nich z łuku, stał paręnaście metrów za mną. Dopiero teraz zauważyłem, że z mojej sierści jakby wydobywał się blask, który ranił potwory. Przy okazji ochraniał mnie i Nica.
   Syn Hadesa strzelał do potworów celnie, niektóre po jednej strzale zamieniały się w pył. Walczył. Ja nie pozostawałem w tyle, zabijałem wszystko, co nabijało się na moje zęby i pazury. Nie byłem w stanie zliczyć ile potworów już zabiłem.
   Po kilku minutach, Nico został zmuszony użyć miecza, ponieważ potwory zaczęły coraz bardziej na nas nacierać. Niektóre wydawały się mądrzejsze od innych. Unikały moich „ciosów”, atakowały bardziej rozważnie. Zostało jakieś sześćdziesiąt potworów. Ponad połowa. Wierzyłem, że damy radę.
   Broniłem Nico, jak tylko się dało. Rzucałem się na wszystkich, co chcieli go choćby tknąć – czyli po prostu na wszystkich. Miałem kilka ran, ale żadna z nich nie była bardzo poważna. Ochrona od Apolla działała, czułem się silny.
   Po zabiciu kolejnych dwudziestu potworów, powoli zaczynało mi brakować tchu. Chciałem wręcz krzyknąć: „Dajcie mi dziesięć minut i wracam do was, kochani!”. Niestety, nie mogłem tak zrobić. Ponieważ nie mogłem mówić. Oraz też dlatego, że po prostu nie wypadało.
   Rozszarpaliby mnie na strzępy podczas tej przerwy.
   W sumie, to nie wiedziałem z kim walczę. Zabijałem wszystko po kolei, pył częściowo przysłaniał mi oczy. Na początku walki na pewno rzuciłem się na harpię, ale czy teraz też walczyłem z tą rasą? Nie wydawało mi się. Każdy potwór się czymś wyróżniał. Jeden wyższy, drugi niższy z wielkimi ramionami, trzeci bez oczu. Na pewno zostały stworzone przez... ciemność?
   Może, kiedy wychodziły z Tartaru, ktoś... Pozamieniał parę rzeczy? To dziwne. Odrzuciłem te myśli i skupiłem się na walce.
   Zabiłem kolejnych dziesięciu przeciwników i zerknąłem na Nica. Krwawił z prawego boku. Trzymał się za niego, ale widziałem, jak cierpi. Szybko skoczyłem w jego kierunku i ryknąłem na potwory. Przez sekundę stały w bezruchu, jakby się mnie przestraszyły. Nie trwało to jednak długo, ponieważ otrząsnęły się i kolejny raz na nas zaszarżowały. Słyszałem, jak Nico szuka ostatniego batona, ale nie może go znaleźć. Przecież ostatniego zjedliśmy wczoraj!
   Warknąłem i wróciłem do zabijania potworów. Nico nadal szukał pokarmu Bogów, nadaremno. Mogliśmy umrzeć. Szanse na przetrwanie nagle zniknęły. Z wściekłości na samego siebie, Bogów, głupotę ludzką, zacząłem atakować z coraz większą siłą.
     – Oj, weź, bo się zaraz porzygam z tej miłości! ˜– usłyszałem nad sobą.
   Nie zerknąłem jednak w tamtym kierunku. Jakaś kobieta tylko chce odwrócić moją uwagę. Pewnie jakaś zapomniana bogini...
     – Tacy słodcy, zginiesz, ratując swojego ukochanego. Rzygam tym! Rzygam tą miłością!
   Ignorowałem ją. Warczałem i ryczałem, rzucałem się na wszystkich. Miałem jeden cel. Ocalić Nico. Słyszałem jego krzyki. Kazał mi do siebie wracać, chciał, żebym umarł z nim. Ja nie chciałem umierać. Nie widziało mi się takie zakończenie. Nie przez przypadek, kurwa, jestem Synem Posejdona, by umrzeć w taki sposób!
   Zabijałem najszybciej, jak mogłem. Potworów było coraz mniej, to dawało mi motywację. Gdy zostało ich już tylko kilka, Nico dołączył się do mnie. Walczyliśmy, osłaniając się. Ta kobieta nadal coś do nas krzyczała, ale ignorowaliśmy ją. Gdy zabiłem ostatniego potwora, zamieniłem się w człowieka.
   Otarłem krew cieknącą z mojego nosa i przyciągnąłem do siebie Nica. Całowałem go namiętnie, ta bogini krzyczała coś do nas, ale nie myślałem o niej. Udało się. Będziemy żyć.
     – Perseuszu Jacksonie... Ty zarozumiały, arogancki ignorancie! – usłyszałem na tyle głośno, że przerwałem pocałunek.
     – Chyba troszkę przesadziłaś – skwitowałem jej zachowanie.
   Popatrzyła na mnie, zaciskając dłonie w pięści. Była dość... mała. Miała około metra czterdziestu wzrostu, nie widziałem dokładnie. Stała kilkanaście metrów ode mnie, więc nie widziałem twarzy. Ubrana była w zwykłą, czarną, postrzępioną sukienkę do kostek.
     – Nienawidzę ciebie i tej twojej miłości! – krzyknęła.
     – Ktoś tu chyba cierpi na brak chłopaka... – mruknąłem. – A ja lubię miłość.
     – A ja nienawidzę! Nienawidzę wszystkiego i wszystkich!
  Zerknąłem na Nico. Wydawał się być równie zmieszany tą sytuacją co ja.
     – Nie ma chociaż jednej rzeczy, którą być lubiła? – spytał Nico.
   Zaczęła się do nas przybliżać. Miała strasznie długie paznokcie i krwiożerczy wzrok.
     – Lubię śmierć, Nico. Waszą śmierć.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witam! 
Tak naprawdę skończyłam rozdział w nocy... Ciii XD
Muszę wam powiedzieć, że to prawie koniec serii. Jeszcze jeden rozdział, epilog i kończymy! 
Nie martwcie się, nadal będę pisać <3 
Kace was xD
Te wszystkie podziękowania, blablabla pojawią się pod epilogiem. Mam nadzieję, że to tam wykażecie swoją aktywność :))
Pozdrawiam, kolejny rozdział około 12.
Epilog pojawi się w okolicach wieczoru :3 
Dzisiaj kończymy! 
Pozdrawiam i zachęcam wszystkich do komentowania i brania udziału w ankietach :3
Jeszcze raz pozdrawiam <3

niedziela, 3 stycznia 2016

Rozdział 20 *-*

Walka


          * Nico di Angelo *

   Nie wiem dlaczego, ale miałem głupie przeczucie, że niedługo zginę. A może nie wcale takie głupie?
   Wziąłem łuk zmarłego Willa i poszukałem wzrokiem jakichkolwiek strzał.
     – Tam są – powiedział Percy i wskazał na sąsiedni pokój. 
   Nie pytałem, skąd to wiedział. Uśmiechnąłem się leciutko w podzięce i ruszyłem do wskazanego miejsca. Rzeczywiście o ścianę oparty był kołczan z wieloma strzałami w środku. Wziąłem jedną z nich i obejrzałem w dłoni. Ostry grot, idealnie wyważone… na pewno prezent od Afrodyty wybierany z pomocą Aresa. 
   Wziąłem wszystko do jednego miejsca i położyłem dłonie na biodrach, zastanawiając się, co dalej zrobić. Może powinienem umyć się przed spotkaniem z harpią, by ta nie miała przygotowanej riposty na temat mojej schludności? A może, właśnie powinienem wymyślić na nią jakąś sensowną odpowiedz, bo już śmierdzielem śmiercią, bronią i krwią, a nie zdążę się już umyć? Co z tego, że myłem się dzisiaj. Robiłem to w brudnej wodzie, nie używając ani mydła ani gąbki. 
     – Zaraz zajdzie słońce – zauważył Percy. 
   Wyjrzałem przez okno i pokiwałem głową. 
     – Umrzemy? – spytałem cicho, domyślając się, jaka będzie odpowiedź. 
     – Są na to dość duże szanse – przytaknął Percy i złapał mnie za dłonie. – Nawet, jeśli mi się coś stanie, masz żyć, rozumiesz? – Patrzył mi w oczy, które nie zniosłyby sprzeciwu.
     – Nie – mruknąłem. 
   Percy oparł się swoim czołem o moje i powoli wypuszczał powietrze. Był zmęczony prawdopodobnie tak samo mocno jak ja i najchętniej poszedłby spać. 
     – Masz żyć – jęknął. 
   Przytuliłem go najmocniej jak potrafiłem, czując się bezpiecznie w jego ramionach. Tak bardzo nie chciałem walczyć z potworami. Chciałem pójść do szkoły i dostać po raz pierwszy jedynkę za nieodrobione zadanie domowe. 
   Marzenia. 
   Puściłem Percy'ego i popatrzyłem w jego zmieniające się oczy. Raz prosiły o pomoc, a chwilę później pałały nienawiścią.
     – Wypiłem ten eliksir – wyznał Syn Posejdona, jakby czytał mi w myślach. – Mam mały mętlik i to tyle.
   Pokiwałem wolno głową i położyłem dłoń na jego policzku.
     – Damy radę – oznajmiłem optymistycznie.
   Percy uśmiechnął się szeroko. 
     – No pewnie!


***

   Odparowałem kolejny cios harpii. Zaczęły irytować mnie jej skrzeki, najchętniej bym ją po prostu zabił. Ups. Właśnie to zrobiłem.
   Zostały do pokonania jeszcze trzy harpię i jeden niezidentyfikowany potwór, z którym walczył Percy pod postacią lwa. Przyznam, że wyglądał majestatycznie. Obracał się wokół przeciwnika, żeby następnie zaatakować z pełną mocą. Jego wróg był już naprawdę słaby, więc mieliśmy spore szanse na wygraną.
     – Głupie porzucone dziecko śmierci – usłyszałem nad sobą.
   Szybko cofnąłem się o kilka kroków i zamachnąłem mieczem. Łuku używałem wcześniej, kiedy jeszcze dzieliła mnie z harpiami odległość powyżej dziesięciu metrów. 
   Harpia została przecięta wpół, a jej pył trafił w moją twarz. Na szczęście, zdążyłem zamknąć oczy, więc nie było tak źle. Jeszcze tylko dwie harpie. 
   Pokonanie ich wydawało się być dość prostym poleceniem. Po prostu: podejdź, dziabnij, zabij i odejdź.
   W praktyce natomiast było to trochę trudniejsze. Już ominę fakt, że harpia ma spore szpony, które łatwo przechodzą przez skórę i zostawiają głębokie rany. Ona są po prostu bardzo denerwujące, co łatwo mnie dezorientuje. Wracając do ran, miałem ich już sporo w okolicy nóg oraz torsu. Starałem się nie zwracać na nie zbyt dużej uwagi, w czym doskonale pomagały mi potwory.
   Odepchnąłem harpię mieczem i szybko zaatakowałem drugą. Przez źle wymierzony miecz, tylko drasnąłem jej skórę na przedramieniu. Zakląłem w myślach. Miałem dość walki. Jak najprędzej odwróciłem się, wymachując przy tym mieczem. Trafiłem nim harpię, z której pozostał popiół. 
   Kiedy już miałem zaatakować ostatniego potwora, Percy złapał ją w psy i zmiażdżył. Oparłem się o miecz. 
   Przetrwaliśmy. O dziwo, nie było to aż takie trudne.
   Starałem się uspokoić oddech i otarłem pot z czoła. Zaczekałem na Percy'ego, który z powrotem zamienił się w człowieka. Miał na sobie to, co wcześniej, tylko strasznie pocięte od szponów potwora. Krew leciała mu z torsu, z ramienia, ledwo stał na nogach. Jak ja byłem w dobrym stanie, z Percy'm było strasznie. 
     – Gdzie mamy ambrozję? – spytałem i podszedłem do niego.
   Objął mnie ramieniem, a ja dodatkowo objąłem go w pasie. Schowałem miecz i skierowałem się w stronę opuszczonego budynku.
     – Chyba w twojej kurtce jest – mruknął Percy.
   Miałem wrażenie, jakby tracił przytomność. Prawie biegłem do pokoju, w którym zostawiłem swoją kurtkę i ambrozję. Położyłem Percy'ego przy ścianie i wyciągnąłem z kieszeni lek. Podałem Percy'emu połowę batonika. Ugryzł kawałek. Wyciągnąłem wodę i polałem nią jedną z głębszych ran na ciele syna Posejdona. Podarłem skrawek swej koszuli i zacisnąłem ramię zielonookiego, by krew tak bardzo się nie sączyła.
     – Powoli jest mi lepiej – szepnął Percy. – Nic mi nie będzie.
   Pokiwałem wolno głową. Miałem nadzieję, że tak właśnie będzie. 
     – Jak było w... – poszukałem odpowiedniego słowa ˜– w skórze lwa? 
   Syn Posejdona uśmiechnął się szeroko i popatrzył na mnie.
     – Na początku czułem się dość niekomfortowo, jakby nie w swoim ciele. Wiesz, jakby dusza nie do końca zgrała się z ciałem. – Przytaknąłem. – Ale później było idealnie, zgrałem się, przyzwyczaiłem i poczułem tę moc.
   Uśmiech wkradł się na mą twarz. Rzeczywiście, Percy potrafi mieć dużą moc, jeśli tylko zechce. 
     – Ta walka wydawała mi się być za prosta – wyznałem. – Zgaduję, że później będzie trudniej.
   Percy złapał mój podbródek i przypatrzył się mojej twarzy. Przyznam, było to jednocześnie podniecające i ogłupiające.
     – Zależy, dla kogo była za prosta, panie wszechmocny – zaśmiał się.
   Przybliżyłem się do niego i leciutko pocałowałem. Po walce, jakby wszystkie złe emocje opadły; smutek, złość, niepewność odeszły. Liczyło się tylko to, że przeżyliśmy. Nie myślałem o tym, co się stało, o Willu, tylko o tej chwili. Odsunąłem się od Percy'ego, będąc szczęśliwym choć przez chwilę. Popatrzyłem w jego oczy. Tak cudownie spokojne, kochające. Uśmiechnąłem się szeroko.
     – Trzeba iść spać, pani śpiochu – powiedziałem, głaszcząc go po włosach.
   Percy popatrzył na mnie zadowolony i ziewnął. Korzystając z okazji, też to zrobiłem. Taki dziwny odruch. 
     – Ja zostanę na warcie, a ty możesz spać – powiedziałem.
   Chłopak ściągnął wargi ku sobie i wydął usta.
     – Idziesz spać ze mną – postanowił.
   Popatrzyłem na niego, jak na idiotę.
     – Chcę przeżyć do jutra – odpyskowałem.
     – A ja chcę się do ciebie poprzytulać.
   Westchnąłem głośno. Kazałem Percy'emu gdzieś się rozłożyć, a sam przeszukałem teren. Nic podejrzanego, zwierząt tutaj nie było, potworów nie widziałem. Wróciłem do chłopaka, który za poduszkę wziął sobie moją kurtkę i czekał na mnie. 
   Ugryzłem ostatni kawałek batona, by moje rany sklepiły się przez noc i położyłem się obok syna Posejdona. On od razu objął mnie ramieniem i przyciągnął do siebie. Uśmiechnąłem się i postanowiłem odezwać:
     – Miłych snów, miły panie mój.
   Percy pocałował mnie w kark i mocniej otulił.
     – Dobranoc. Musisz być pełny sił, jutro znowu gdzieś trzeba się przeteleportować.
   Pokiwałem głową. Kolejna podróż cieniem. 
     – Dam radę. Nie jestem małym dzieckiem – zapewniłem.
     – Dla mnie zawsze będziesz tym siedmiolatkiem, którego poznałem za pierwszym razem.
   Uśmiechnąłem się.
     – Zjadłbym teraz niebieski tort urodzinowy.
   Śmiech Percy'ego dotarł do mych uszu, koił moje nerwy. 
     – Jeszcze go zjemy, zobaczysz. 
   Obiecałem sobie w myślach, że jeszcze kiedyś to zrobimy. 
     – Wtedy obsmaruję się niebieskim lukrem – zagroziłem żartobliwie.
     – Chętnie go zjem. Lubię niebieski.
     – Oj wiem, Percy... – Westchnąłem. – Oj, wiem.
  
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Kurde, spóźniłam się pół godziny ;-;
Nieważne xD
Ej, wymyśliłam już prolog do kolejnej części w kościele i w ogóle epilog... Czy coś jest ze mną nie tak? XD
Mam nadzieję, że sylwester był dla was udany, u mnie było... ciekawie (If you know what I mean) XD 
Już dzisiaj powinien pojawić się kolejny rozdział :3 Więc wyczekujcie! 
Pozdrawiam, zachęcam do komentowania i brania udziału w ankietach <3
Dobranoc, dzień dobry i takie tam xD
Jeszcze raz gorąco pozdrawiam :3

czwartek, 31 grudnia 2015

Rozdział 19 *-*

Nie sądziłem, że śmierć mnie kiedyś zaskoczy


          * Nico di Angelo *

      Nie sądziłem, że potrafię tak głośno krzyczeć.
   Gdy tylko zobaczyłem krew rozpryskującą się na ściany, mózg Willa w kawałkach... Szczerze, zachciało mi się rzygać. Myślałem, że zwymiotuję na podłogę, ale byłem zbyt przerażony, więc mój żołądek nic by z siebie nie wypuścił. Zacisnąłem mocno dłonie w piersi i kucnąłem podczas krzyku. Brakowało mi tlenu, ale nie przestawałem. Wolałem tkwić w takiej pozycji, niż pozwolić łzom płynąć po moich policzkach.
   Opadłem na ziemię z niemocą wyduszenia z siebie ani słowa.
   Słyszałem rozmowy Aresa i Afrodyty, ale nie wiedziałem, co z Percy'm. Może mu też się coś stało? Podniosłem głowę i spojrzałem w stronę, gdzie powinien znajdować się Syn Posejdona. Nie było go tam, jednak wzrokiem odnalazłem go szybko przy Willu.
     – Przepraszam za niego, Apollo – powiedział głośno Percy. – Hadesie, bądź dla niego łaskawy.
   Nie mogłem w to uwierzyć. Prosił o łaskę mojego ojca? Po tym, co Will dla niego zrobił? Przecież chciał go zabić, mierzył w niego bronią!
     – Możecie zrobić coś, by Will... spoczywał godnie? – spytał opanowanym głosem Afrodyty i Aresa.
   Bogowie spojrzeli po sobie, a następnie popatrzyli ze skruchą na Percy'ego. Afrodyta zrobiła ku niemu krok i złapała go za ramię.
     – Zrobię co w mojej mocy, by Will trafił do dobrego miejsca. On nie był zły, był... Zagubiony, chorobliwie zazdrosny – drugie zdanie szepnęła bardziej do siebie. – Nie wiem, czy uda wam się wypełnić misję bez niego. Ciemność tutaj w nocy jest...
     – Jest tutaj na tyle niebezpiecznie, że umrzecie na dziewięćdziesiąt procent bez światła, które zapewniał wam Will – dokończył twardo Ares.
   Wyjrzałem przez okno. Zbliżał się zachód słońca.
     – Jak sami wiecie, Will otrzymał miksturę, która może zamienić jednego was w zwierzę – zaczęła Afrodyta i podeszła do martwego Willa. Odwróciłem wzrok, kiedy wygrzebywała buteleczkę z jego spodni. – Możecie przeżyć kilka nocy, jeśli jeden z was będzie przemieniał się w lwa.
     – Dlaczego akurat w to zwierzę? – szybko spytał Percy.
     – Po pierwsze: Jest silne. – Zaczął krążyć po pokoju Ares. – Po drugie: Jest szybkie. Po trzecie: Jest związane z mitem o Lwie Nemejskim. I ostatnie oraz najważniejsze: Ten znak zodiaku jest twój, Percy, więc będziesz miał większą moc i zjednoczysz się z ciałem lwa.
   Percy pokiwał głową i zerknął na Afrodytę, która miała coś jeszcze do dodania.
     – Podczas przemieniania się w to zwierzę, módl się do Apolla. Powinien dać ci błogosławieństwo, nieważne, co się stało. Jest mała szansa, że uratujecie świat. Musisz być silny, Percy – ostatnie zdanie szepnęła tak, że prawie go nie słyszałem.
   Zaczęło mi się robić głupio. Podczas gdy Percy zachował się odpowiedzialnie, dorośnie, ja zalałem się łzami i zacząłem krzyczeć jak debil... oraz dzieciak.
     – Trzymaj – Ares podał Percy'emu tarczę, która wydawała się być idealnie do niego dopasowana.
     – Nico? Mam coś dla ciebie – powiedziała Afrodyta.
   Wstałem ze spuszczoną głową. Nie miałem siły stać po podróży cieniem, a nie było teraz mowy o odpoczynku. Dodatkowo mój żołądek wydawał się być jednocześnie wypchany i pusty, co wprawiało mnie w otępienie.
     – Wiem, że nie przepadasz za łukiem, ale myślę... – Afrodyta wyciągnęła broń Willa i podała mi ją. – Że ta przyda wam się dzisiejszej nocy.
   Niechętnie popatrzyłem na łuk. Był bardzo dopracowany, jednakże służył Willowi już od kilku dobrych lat. Wziąłem go w ręce i, choć był troszkę za ciężki, poczułem w sobie mały przypływ energii. Wykrzesałem z siebie mały uśmiech dla Afrodyty i spojrzałem w jej oczy.
     – Naprawdę dziękuję – ledwo poruszyłem wargami.
   Uśmiechnęła się promiennie i przytuliła mnie. Leciutko objąłem ją wolnym ramieniem i zamknąłem oczy. Nie wiem czemu, ale wyobraziłem sobie zamiast niej, moją zmarłą mamę. W zasadzie, Afrodyta momentami zachowywała się jak ona, ale to bezsensu. Otworzyłem oczy i puściłem boginię.
     – Uważajcie na siebie – zwróciła się Afrodyta do naszej dwójki.
   Pokiwaliśmy głowami.
     – Nie dajcie się zabić – powiedział ostro Ares.
   Następnie zniknęli.
   Nie miałem pojęcia, co powinienem teraz zrobić. Chciałem spróbować zająć się ciałem Willa, al.le, o dziwo, zniknęło. Przełknąłem głośno ślinę. Widziałem, jak Percy przeszywa mnie wzrokiem. Tak bardzo byłem mu wdzięczny...
     – Mam nadzieję, że nie obwiniasz mnie za śmierć Willa – mówił ze skruchą.
   Popatrzyłem na niego, w jego oczy. Były przepełnione żalem, smutkiem, rozpaczą. Nie chciałem, żeby tak było. Chciałem to zmienić tak bardzo. Ale nie mogłem.
     – Nie – szepnąłem. – Był zagubiony – zacytowałem Afrodytę. – Po tym, jak z nim zerwałem, chyba jeszcze bardziej cię znienawidził i...
   Percy wyszeptał ciche „ciii” w moim kierunku. Podszedł do mnie bliżej, ciągle patrząc mi w oczy.
     – Zerwałeś z nim? Dlaczego? – zapytał nieco zdezorientowany.
   Nawilżyłem usta i przegryzłem dolną wargę.
     – Przesadził. Rozumiem, że nienawidził cię, ale... rozdzielił nas, chciał, abym był tylko jego, nie zwrócił uwagi na moje uczucia. Kurwa, tak bardzo cię przepraszam – patrzyłem na niego z determinacją w oczach. – Byłem taki głupi, dałem się tak łatwo oszukać... Ja nawet nie wiem, czy on mnie kochał, może zrobił to po złości? – spytałem retorycznie.
     – Nico... – szepnął syn Posejdona i podszedł do mnie.
     – Tak bardzo chciał mnie skrzywdzić, wiedział, że kocham cię od tylu pierdolonych lat. Chyba widział, jaki byłem szczęśliwy, gdy byłem z tobą?! – krzyknąłem i rzuciłem łuk.
   Percy podszedł do mnie jeszcze bliżej, jego twarz była blisko mojej. Czułem jego oddech, jego ciepło... Zachciało mi się płakać.
     – Nadal mnie kochasz? – spytał.
   Łzy stanęły mi w oczach. Wiedziałem, że i tak niedługo możemy zginąć, dlatego chciałem mieć to za sobą.
     – Nigdy nie przestałem – szepnąłem, będąc pewnym, że mnie usłyszy.
   Percy popatrzył mi prosto w oczy i otarł łzę opuszkiem palca.
     – Nie płacz. Ja też cię kocham – szepnął. – Rozumiem cię, a poza tym... Ja ciebie potraktowałem podobnie, tylko, że z Annabeth, nie sądzisz?
   Pokiwałem leciutko głową po zastanowieniu. Co nie zmienia faktu, że nadal było mi cholernie głupio.
     – To była trochę inna sytuacja i dobrze o tym wiesz – zaprzeczyłem. – Ja zrobiłem to świadomie, zraniłem cię tak, że nie powinieneś mi wybaczyć.
   Czarnowłosy złapał moją twarz w dłonie.
     – Ale ja pragnę ci wybaczyć. A ty wybaczysz mi? – zapytał.
     – A co mam ci wybaczyć? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
     – Wszystko. Począwszy od naszego pierwszego spotkania, aż do teraz. – Uśmiechnął się lekko, choć w jego głosie słychać było powagę.
     – Tylko warunkiem, że ty mi też wszystko wybaczysz. – Zerknąłem na jego usta wykrzywiające się w uśmiech.
     – W takim razie, obydwoje mamy czyste karty – podsumował Percy i pogłaskał moje policzki.
   Zamknąłem oczy i spróbowałem się odprężyć. Wszystko od nowa? Zapomnieć o kłótniach? Było ich sporo, ale... szczerze mówiąc to i tak o większości zapomniałem.
     – Witaj, jestem Nico di Angelo – zażartowałem.
   Percy już nawet nie kłopotał się z odpowiedzią. Po prostu mnie pocałował. Delikatnie, jak to miał w zwyczaju. Nie chciał się śpieszyć, a ja nie chciałem mu przerywać,
   Jednak, śmierć zbliżała się w dość szybkim tempie.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Omg, wreszcie Percico :)) 
Wiem, późno dodaje rozdział i to na dodatek w Sylwestra XD
Dodam dzisiaj na pewno jeszcze jeden rozdział, ale o normalnej porze ;; 
Życzę wam Szczęśliwego Nowego Roku tak przy okazji <3
Kace was <3 XD
Pozdrawiam i zachęcam do komentowania i obserwowania bloga :3 

sobota, 26 grudnia 2015

Rozdział 18 *-*

Odnaleźć, co się zgubiło



          * Will Solace*

      Ruszyliśmy z Niciem w tę stronę, w którą poszedł wcześniej Percy. Miałem szczerą nadzieję, że szybko uda nam się go znaleźć, przeprosić i wszystko będzie po staremu. Oczywiście, odzyskam swym bohaterskim zachowaniem Nica i będziemy szczęśliwi.
   Nie wszyscy, ale dwie trzecie tak.
   Szukaliśmy jakąś godzinę. Przeszukaliśmy pobliski, mały las, kilka budynków oraz sklepów. Napotkaliśmy kilku ludzi, których pytaliśmy czy nie widzieli czarnowłosego chłopaka o zielonomorskich oczach. Nikt go nie widział, więc byliśmy zdani na siebie.
   Spotkaliśmy Percy'ego w piątym opuszczonym budynku. Był on najprzestronniejszy, największy oraz najbardziej zadbany ze wszystkich. Co jak co, ale gust to Jackson miał wyborowy. Ściany były koloru jasnego szarego, w niektórych miejscach popękał tynk. Nie znalazłem tu jednak żadnych napisów na ścianach, co graniczyło z cudem. W pomieszczeniach nie było nic, żadnego mebla. Tylko Percy siedział w jednym kącie i patrzył się w swoje ręce.
     – Percy – szepnął Nico i zaczął podchodzić do syna Posejdona. – Proszę, wróć do nas, wiesz, że cię potrzebujemy.
   Percy udawał, że to nie słucha albo naprawdę tego nie robił. Z tym infantylnym dzieckiem nigdy nic nie wiadomo. Wpatrywał się w swoje palce i nerwowo ruszał głową. Jednak nic nie robił sobie z naszej obecności.
     – Halo, Percy... – Postanowiłem zareagować. – Wiem, że zachowałem się jak cham, dlatego chciałem cię... – przełknąłem ślinę i zaczekałem, aż chłopak na mnie spojrzy – przeprosić.
   Dopiero wtedy rozejrzał się po otoczeniu i przestał bawić się dłońmi. Serio? Czekał na przeprosiny? W dodatku nieszczere?
     – Nic nie szkodzi – odparł, jakby rzeczywiście nie zachował się jak mała dziewczynka i nie poszedł sobie, strzelając „focha”.
   W myślach przewróciłem oczami i patrzyłem na niego z góry. Wydawał się takim marnym przeciwnikiem. Nic nie wartym, zepsutym...
     – Ja też cię przepraszam. – Nagle usłyszałem od strony Nica.
   Że co? Teraz on będzie przepraszał to rozkapryszone dziecko? Oparłem się plecami o ścianę i postanowiłem odczekać tę słodką scenkę. W międzyczasie Percy wstał i uścisnął dłoń z synem Hadesa. Rzygać mi się zachciało.
     – Willu... – usłyszałem typowo kobiecy głos.
     – Jacksonie – męski głos mnie lekko przestraszył.
   Zerknąłem, kto miał czelność nam przerywać (choć w głębi duszy się cieszyłem). Okazało się, że jest to...
     – Afrodyta? Ares? – palnął głupio Percy.
   Super. A było tak dobrze, jak nic nie mówił.
     – Miło, że mnie pamiętasz – powiedział Ares z szyderczym uśmiechem.
   Chociaż on jeden też nie lubił Percy'ego.
     – Oj, przestań! Chłopak jeszcze nie pozbierał się po rozstaniu z Annabeth, pobijecie się później – przerwała Afrodyta.
   Z opowieści usłyszych od Piper, Hazel oraz Annabeth wnioskowałem, że była... Typową nastolatką lubiącą sobie porozmawiać przy filiżance herbatki. Miło, że mogłem osobiście ją poznać.
     – Czego chcecie od Percy'ego i Willa? – zapytał nieśmiało Nico.
   Afrodyta uśmiechnęła się do niego promiennie, poprawiając swe długie blond włosy.
     – Ja oczekuje tylko rozmowy od Willa. – Oświadczyła. – To mój ukochany chce...
     – Pomóc temu szczeniakowi – dokończył Ares.
   Percy wytrzeszczył oczy i patrzył się tak na Aresa. Wiedziałem, że ich stosunki nie była za dobre, więc skąd nagle taka dobroć w Aresie? Nie miałem czasu nad tym rozmyślać. Bardziej zastanawiał mnie fakt, dlaczego to Afrodyta chce rozmawiać ze mną. Miałem problemy sercowe, ale żeby aż takie?
     – Chodź Willu. Napijemy się herbatki – odrzekła z uśmiechem, złapała mnie za rękę i pociągnęła do drugiego pomieszczenia.
   Byłem dość... zaintrygowany Afrodytą. Ubrana była w długą, różowawą sukienkę, na nogach miała szpilki. Jej ramiona okrywał sweterek, włosy idealnie wypadały z luźnego koczka. Wyglądała idealnie.
     – Chciałam z tobą porozmawiać na temat przysięgi – oznajmiła i wyczarowała dwa krzesła i stoliczek.
   Zasiadła na jednym końcu i zaczęła popijać herbatkę, która znikąd pojawiła się w jej dłoniach. Usiadłem na drugim krześle, nawet nie wiedząc do powiedzieć.
     – Willu, sądzę, że to naprawdę romantyczne posunięcie... Co ja gadam, przecież to jest strasznie romantyczne! – podekscytowała się. – Grozi wam śmierć, a ty, wyznajesz miłość osobie, która nie jest ci przeznaczona i próbujesz wszystko naprawić... To naprawdę słodkie i niewinne z twojej strony!
   Wytrzeszczyłem oczy i z wrażenia wziąłem łyka herbatki. Malinowa z odrobiną cukru. Idealnie załagodziła moje nerwy spowodowane słowami Afrodyty.
     – Że co? Nie jest mi przeznaczona? – powtórzyłem jej słowa.
   Afrodyta założyła nogę na nogę i wzięła kolejny łyk idealnego napoju.
     – Taka jest prawda, Willu. Słońce i ciemność... Jak sam dobrze wiesz, trudno jest się zdobyć do tego dziubaska – wiedziałem, że mówiła o Nicu – i, że trudno taką znajomość utrzymać. Po prostu... jakby ci to powiedzieć... – postukała kilka razy palcami. – On nigdy cię nie pokocha, bo nie może.
   Prawie wyplułem herbatę. Że co? To nie może być prawda.
     – Nie mogę być z Niciem, bo ktoś tam od przeznaczenia ma kaprys i tak sobie wymyślił? – spytałem retorycznie i prychnąłem.
   Słodki śmiech Afrodyty rozniósł się po pomieszczeniu.
     – Nie. Mój drogi, jego serce jest zajęte. Chłopaczyna zakochał się na zabój, oddałby życie za Jacksona – rozmarzyła się. – To jest przykład idealnej miłości. Kochał go przez ten cały czas, gdy był z tą... Annabeth. Nie było dnia, aby o nim nie pomyślał. To naprawdę rozkoszne i słodkie.
   Nie mogłem wytrzymać tej paplaniny. Myślałem, że zaraz wybuchnę i uderzę Afrodytę, żeby w końcu się zamknęła i przestała gadać takie bzdury. Nico był, jest i będzie mój.
     – Nic się nie da zmienić? – spytałem zdając się na miły ton.
     – Nic. Miłość nie wybiera, wiesz to doskonale. Mam nadzieję, że zostawisz tę parę zakochańców sobie. Pogódź się z rzeczywistością, a będzie ci łatwiej.
   Nie. Po prostu nie.
     – Widzę, jak się denerwujesz, jak się spinasz. Przestań. Pomyśl o nich, jak o normalnej parze, która chce po prostu się kochać, a przez kaprys osoby trzeciej, nie mogą. Pomyśl o tym w ten sposób Will, po prostu pomyśl! – starała się mnie wspierać.
   Nie wychodziło jej to. Byłem jeszcze bardziej poddenerwowany. Wstałem szybko od stołu i pobiegłem do pokoju, w którym była cała reszta. Widziałem, jak Ares pokazuje jakąś broń Percy'emu, a z kieszeni jego spodni wystaje pistolet. Niewiele myśląc, zabrałem go dość sprawnie i odsunąłem się kilka kroków.
     – Posłuchajcie mnie, kurwa, bo drugi raz nie powtórzę! – wydarłem się. – Nico jest MÓJ! Kurwa, MÓJ spierdoliny życiowe! Na zawsze mój!
     – Will, przestań – powiedział Nico i przysunął się o krok.
   Wycelowałem w niego bronią.
     – Nie! Jesteś mój, a nie Jacksona! To ja przysiągłem, że cię zdobędę, to ja starałem się te wszystkie lata o twoją miłość! Nikt mi cieie nie zabierze, a na pewno nie ten debil! – Wycelowałem lufę w Percy'ego.
   Stał wyprostowany, a obok niego był Ares, który nic nie robił sobie z mojej pogadanki.
     – Will, odłóż broń – powiedział Percy z zaciśniętymi zębami.
     – Nie – odpowiedziałem i strzeliłem sobie w głowę.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
:')
[*]
Mam nadzieję, że rozdział wam się spodobał :) 
Następny jutro. Postaram się napisać kilka rozdziałów jutro w pociągu :))
Niedługo kończę serię, będzie miała tak z 23 rozdziały, coś takiego B|
A później kolejna... :3
Pozdrawiam i zapraszam do komentowania i brania udziału w ankietach :D

piątek, 25 grudnia 2015

Rozdział 17 *-*

Odejście


          * Will Solace *

   Uniosłem głos na Nica po raz kolejny, tłumacząc mu, że zrobiłem to dla jego dobra. Nico nie potrafił zrozumieć faktu, iż tak bardzo go kochałem, że postanowiłem złożyć przysięgę i go zdobyć. Dla niego było to nienormalne i niemoralne. Cóż, jebie mnie to.
   Dodatkowo do naszej dyskusji dołączył się półnagi Percy. Co on sobie wyobraża? Paraduje sobie bez koszulki, ukazując swe mięśnie przed Niciem i uśmiecha się co jakiś czas. Nie, zaraz nie wytrzymam.
     – Mam w dupie to, że to było niemoralne! Mam w dupie to, że byłeś wtedy z Percy'm! Nienawidzę go i miałem w dupie, czy będzie mu przykro czy się powiesi czy coś sobie zrobi! Miałem to po prostu w dupie – wydarłem się na całe gardło.
   Nico popatrzył na mnie z pogardą, a Percy uśmiechał się pod nosem. Kurwa.
     – No proszę, proszę – odezwał się Percy i robił powolne kroki w moją stronę. – Skąd u ciebie taka nienawiść do mojej osoby, Willu Solace'ie?
   Prychnąłem na jego słowa. Nienawidziłem go, fakt, ale myślałem, że to oczywiste. Tylko Glonomóżdżek, jak to on, nie rozumiał sytuacji.
     – Naprawdę nie wiesz, Percy? Te dwie szare komórki mózgowe się przegrzały? Racja, nienawidzę cię i to cholernie. – Zaśmiał się na te słowa. – Najchętniej zabiłbym cię, nawet w tej chwili.
   Kolejny śmiech i uśmiech.
     – Proszę cię, nie jesteś jedyny. Gaja, Ares, Atena... – Zaczął wyliczać z uśmiechem. – Chodzi mi o to, co ja ci zrobiłem.
   Chciałem zetrzeć mu ten uśmieszek z twarzy raz na zawsze. Wkurwiał mnie. Nico siedział z tyłu i przyglądał się tej sytuacji raz z rozbawieniem, a raz ze śmiertelną powagą. Ten, to się umie dostosować do sytuacji.
     – Kochałeś Nica. To starczy.
     – Kocham. Czas teraźniejszy.
     – Nieważne. Zależało ci na nim.
     – Zależy. Teraźniejszość.
     – Chciałeś go mieć tylko dla siebie.
     – Nadal chcę.
     – Całowałeś go.
     – I chętnie bym to powtórzył, nawet teraz.
   Nie wytrzymałem. Zacisnąłem dłonie w pięści i przybliżyłem się do niego o krok.
     – Dlatego cię nienawidzę. Nico jest mój.
     – O ile mi wiadomo, Nico nie jest przedmiotem.
   Podszedłem jeszcze bliżej.
     – Jest mój.
     – Jest w takim wieku, że ma prawo sam o sobie decydować.
   Jeszcze bliżej. Percy już się nie uśmiechał, odłożył koszulkę i stał z zaciśniętymi pięściami.
     – Wybrał mnie – syknąłem.
   Percy zacisnął szczękę, ale odsunął się. Nie rozumiałem o co chodzi, przecież właśnie miałem go pokonać. Tchórz.
     – Racja.
   Zamurowało mnie, Nica także. Spojrzał na Percy'ego, jakby pełny obaw, co to oznacza.
      – Dla mnie liczy się szczęście Nica, nie wiem jak dla ciebie, Will. Skoro on chce być z taką osobą jak ty, to zaakceptuje to. Jednakże nie wytrzymam z tobą ani jednego dnia dłużej. – Ubrał koszulkę, sprawdził czy ma wszystkie potrzebne rzeczy i jakby na pożegnanie powiedział. – Miłej rozmowy.
   Nie wiedziałem co powiedzieć. Percy odchodził, po prostu sobie szedł nie wiadomo gdzie. Czy tego chciałem? Nie. Widziałem jego oddalającą się sylwetkę, musiałem coś zrobić, coś powiedzieć.
     – Wracaj tu, tchórzu! Nie uciekaj od problemów, one same się nie rozwiążą! – krzyknąłem.
   Percy zatrzymał się, obrócił i popatrzył na Nica. Nie widziałem dokładnie jakie uczucia mu przekazywał, ale nie wyglądał na szczęśliwego.
   Obrócił się znów i poszedł w kierunku miasta. My natomiast zostaliśmy za opuszczonym budynkiem, nie wiedząc, co zrobić.
     – To koniec – rzekł Nico.
   Przytaknąłem mu.
     – Bez niego nie uda nam się wypełnić misji.
   Spojrzałem mu w oczy.
     – Nie. To koniec naszego związku.
   Spuściłem głowę i jednocześnie zacisnąłem pięści. Znienawidziłem Percy'ego jeszcze bardziej, o ile to możliwe.
   Wszedłem do środka budynku, by się rozejrzeć i nie okazywać smutku przy... swoim byłym. Było tu dość ciepło, jak na opuszczony budynek zrobiony prawdopodobnie z cegieł. Ogólnie, budynek z zewnątrz nie prezentował się tak źle, a wewnątrz było nawet lepiej. W każdym pomieszczeniu były 3 łóżka szpitalne. Usiadłem na jednym z nich, żeby sprawdzić, czy jest wygodne i będziemy mogli na nich zasnąć.
   Może troszkę twardo i brudno, ale na pewno lepiej było na takim łóżku, niż na podłodze albo ziemi. Chciałem wrócić do domu, cały i zdrowy. Wiedziałem, że jest duże prawdopodobieństwo, że umrę na tej misji. Ale ta myśl wydawała się... straszna. Nie chciałem umrzeć. Nie wyobrażałem sobie zostawić wszystkich ludzi, których kochałem. Luna, Nico... choć ta druga osoba zapewne miała mnie i moje uczucia gdzieś.
   Ehh... chyba za bardzo się. Przecież Nico mi wybaczy, nie ma innej opcji. Zawsze przebaczał. Uśmiechnąłem się i postanowiłem do niego pójść. Tak. To dobry pomysł. Wstałem i popędziłem w kierunku Nica.
   Kiedy dotarłem na miejsce, nie zobaczyłem Nica. Pięknie. Wspaniale. Postanowiłem pójść nad jeziorko zobaczyć, czy może się kąpie bądź po prostu odpoczywa. To było dziwne. Zazwyczaj mówił, że gdzieś idzie, choć w tej sytuacji nie dziwię się, że tego nie zrobił. Byłem zły na siebie. Cholernie zły. Może i miałem Percy'ego w dupie, ale nie powinienem tego mówić przy nim. Teraz ma mnie za chama i prostaka. A przecież taki nie jestem.
   Usiadłem na brzegu jeziora i spróbowałem wypatrzeć Nica. Na ziemi znajdowały się jego ubrania, co oznaczało, że po prostu nurkował. W głowie od razu pojawiła mi się czarna myśl. A może on się topi?!
   Przeczekałem jakąś minutkę i, dzięki Bogu, Nico wypłynął, by nabrać świeżego powietrza. Odetchnąłem głęboko. Nie wiem, co bym zrobił, gdyby coś mu się stało.
     – Co ty tu robisz? – spytał prosto z mostu Nico, gdy do mnie podpłynął.
   Przełknąłem ślinę i spuściłem głowę.
     – Chciałem cię przeprosić – wyznałem.
   Prychnął na moje słowa i się zanurzył. Cóż, czyli jednak będę musiał się troszkę postarać, żeby mi wybaczył.
     – Naprawdę. Nie powinienem wybuchać złością, Percy mnie wkurzył – powiedziałem, kiedy wypłynął na powierzchnię.
   Popatrzył na mnie jak na debila.
     – Powiedział prawdę. Ty też powiedziałeś. Dzięki temu pokazałeś, jakim bezdusznym człowiekiem jesteś – wręcz wysyczał.
   Patrzyłem mu w oczy przez cały czas. Nie było w nich ani grama skruchy, miłości, tylko czysta wściekłość.
     – Przez ciebie straciłem osobę, która mnie kochała szczerze i chciała dla mnie jak najlepiej. Nigdy ci tego nie wybaczę – kontynuował. – Musimy wypełnić misję i go potrzebujemy. Więc zaraz idziemy go szukać, jasne? – Pokiwałem głową. – Albo go przeprosisz albo już nigdy się do ciebie nie odezwę, rozumiesz?
   Chciałem zaprzeczyć, ale w ostatniej chwili się powstrzymałem. Po prostu kolejny raz kiwnąłem głową.
     – Dobra.
   Nico wyszedł z wody i szybko się wysuszył oaz ubrał. Nawet na niego nie patrzyłem.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wiem, wiem, rozdział za późno dodany ;___:
Biorę się teraz za pisanie rozdziałów, niedługo skończy się ta seria
Nareszcie! XD 
0 komentarzy - 1 dzień
1 komentarz - 12 godzin
2 komentarze - 6 godzin 
3 komentarze - 3 godziny
4 komentarze - co godzinę
Tylko przypominam :) 
Pozdrawiam, Wesołych Świąt <3 

czwartek, 24 grudnia 2015

Rozdział 16 *-*

Prawda zawsze wychodzi na jaw


          * Percy Jackson *

    Następnym miejscem, do którego mieliśmy się udać, było Cachimbo, znajdujące się w środku Brazylii. Nie wiedziałem skąd Nico tak dokładnie zna każdą miejscowość w Brazylii, ale nic nie powiedziałem. Dosłownie. Nic.
   Nie chciałem z nimi rozmawiać, kiedy jestem w emocjonalnej rozsypce.
   Słyszałem, jak Will i Nico rozmawiają na rozmaite tematy, dotyczące Obozu, Luny, a także innych rzeczy związanych z ich przyjaźnią. Śmiali się, wygłupiali, a kiedy nadszedł czas na przeniesienie się cieniem do wyżej wymienionego miasta, opanowali się i życzyli sobie powodzenia.
   Teraz siedzieliśmy w ruinach szpitala na kompletnym zadupiu. Nico próbował resztkami sił szukać wraz ze mną i Willem jakiegoś pożywienia, ale widać, że chłopak był ledwo żywy. Upierał się i wyrywał Willowi, który chciał pomóc mu usiąść. Zachowywał się jak dziecko.
   Fakt, faktem, słodkie dziecko, ale ten epitet dodał mój mózg. Nie moja wina, że byłem zakochany po uszy w Nicu di Angelo. Że co? Potrząsnąłem głową. Przez ten jebany eliksir zacząłem w myślach komentować wszystko i wszystkich. Skupiłem się na wyznaczonym zadaniu, a mianowicie na poszukaniu czegoś do zjedzenia. 
   Udało mi się znaleźć jakiś krzaczek z owocami, które nie wyglądały na trujące. Wziąłem ich tyle, ile zmieściłem w kieszeniach i cofnąłem się do Willa, usypiającego Nica. Rzygać mi się chciało na ich widok razem. 
     – Jak wstaniesz, dostaniesz jedzenie, żebyś miał baaardzo dużo siły, kochanie – mówił, głaszcząc Nica po włosach. 
   Nico był wyraźnie za zmęczony, żeby mu się wyrwać lub odpyskować. Godził się na wszystko, miał zamknięte oczy i domyślam się, że naprawdę chciał zasnąć, tylko ten zjeb mu przeszkadzał. 
     – Percy? – usłyszałem. 
   Popatrzyłem na Nica, który spod przymrużonych oczu, wlepiał we mnie swój wzrok. Usiadłem obok niego i dałem znak Willowi, by sobie poszedł. Na szczęście zrozumiał aluzję i nie musiałem nic mówić. Odszedł w poszukiwaniu jedzenia.
     – Przepraszam, Percy – szepnął Nico, jakby powstrzymując się od łez. 
   Spuściłem głowę. Nie chciałem na niego patrzeć w takim stanie. Nie teraz, gdy jestem taki uczuciowy. Czułem się jak wulkan, który wybuchnie i zaleje wszystkich uczuciami. 
     – Nie chciałem, żeby tak to się skończyło. Przepraszam za mój wybuch złości, po prostu… – Zacisnął wargi w wąską linię. – Miałem wrażenie, że jesteś strasznie zazdrosny o Willa, a on nic takiego nie zrobił. 
   Tym razem zacisnąłem pięści. Chyba powoli wracała mi świadomość tego, kim jestem. Kim naprawdę jestem. 
     – Nic nie zrobił? – powiedziałem przez zaciśnięte zęby. 
   Nie sądziłem, że moje pierwsze słowa będą napełnione jadem i nienawiścią. Bardziej spodziewałem się czegoś… milszego. Jakiegoś wyznania miłości czy takich pierdół. 
     – On się tylko we mnie zauroczył, przecież to nie jest…
     – Przysiągł na Styks, że cię zdobędzie, kiedy byliśmy razem. – Nie wiedziałem, czy Will powiedział o tym Nicowi. 
   Raczej nie, ponieważ ten zbladł i spróbował usiąść. 
     – Że co? Skąd wiesz? – zapytał nerwowo. 
     – Powiedział mi, kiedy ty wyszedłeś na spacer. Dlatego ci wtedy powiedziałem, żebyś na niego uważał. Po prostu bałem się tego, co właśnie nastąpiło. – Jebany eliksir.
   Nico otworzył buzię ze zdziwienia. Cóż, będzie miał chyba z Willem do pogadania. Czy cieszył mnie ten fakt? Chyba bardziej niż powinien. Kiedy już chciałem odejść, Nico mnie zatrzymał.
     – Percy... nadal coś do mnie czujesz? – zapytał prosto z mostu.
   Tak bardzo chciałem skłamać, że mam go w dupie, że mi na nim nie zależy. Ale nie potrafiłem.
     – Tak. I nie sądzę, żebym przestał. – Drugie zdanie powiedziałem bardziej do siebie.
   Nico spuścił głowę po raz kolejny. Miło. Nie miałem siły na rozmowę o moich uczuciach, których nie rozumiałem. Chciałem jak najszybciej skończyć tę misję i odejść, dać wszystkim spokój. Może dlatego Annabeth mnie zdradzała?
   Na jej wspomnienie zrobiło mi się niedobrze i słabo.
   Naprawdę ją kochałem, tyle razem przeżyliśmy... Stop. Nie mogę o niej rozmyślać w takich chwilach. Przez te lata udawało mi się tego nie robić aż za dobrze, więc teraz też nie muszę o niej myśleć. Nigdy nie musiałem, dodałem w myślach.
   Minąłem się z Willem, który zmierzał ku Nicowi. Miał złowrogie spojrzenie. Ja natomiast obojętne, nie chciałem chcieć go zabić na każdym kroku. Ups, już tego chciałem.
   Jako drużyna powinniśmy się szanować i sobie ufać. W naszej grupie tego nie było. Nico lubił (to słowo zdecydowanie tutaj nie pasuje) naszą dwójkę, a my nienawidziliśmy siebie nawzajem. Jak to się mówi – Bywa. 
   Postanowiłem poszukać jakiegoś jeziorka i popływać. To powinno mi pomóc, dodać sił. Zawsze kontakt z wodą mnie uspokajał, dzięki niemu pozbywałem się problemów choć na moment. Znalazłem je w dość szybkim tempie.
   Jeziorko było w miarę czyste, raczej nikt się tu nie kąpał. Nie dostrzegłem żadnych ryb, co było przykre. Nie miałem z kim pogadać. Nie myśląc zbyt długo, zdjąłem koszulkę i odłożyłem ją na brzeg. Później spodnie i skarpetki. Zostawiłem sobie tylko bokserki, które i tak będą suche, jak ja. Ubrania zdjąłem tylko po to, żeby nie przeszkadzały mi przy pływaniu.
   Zrobiłem jeden krok w kierunku wody. Umiarkowana. Dno z początku kamieniste, przemieniało się w piaszczyste. Gdy wszedłem na tyle głęboko, że woda dosięgała brzucha, zanurzyłem się i wziąłem głęboki oddech w wodzie. Upewniłem się dzięki temu, że nie straciłem tej umiejętności, która była dla mnie niezmiernie cenna.
   Nie widziałem sensu wynurzania się z powrotem, dlatego zanurkowałem głębiej w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Tak jak myślałem, nie było tu żadnych ryb, tylko cisza i spokój. Zasiadłem na kamieniu i popatrzyłem się wgłąb jeziora. Mój wzrok był zdecydowanie lepszy pod wodą niż jeszcze kilka lat temu. Rozmawiałem z tatą i poprosiłem go o taki „bonusik”. Dzięki niemu już kilka razy uszedłem z życiem,
   Położyłem się i zamknąłem oczy. Moje włosy falowały przez wodę, bokserki także. Czułem się tu o wiele lepiej niż na lądzie. Tylko troszkę... samotnie? Mało jest dzieci Posejdona, właściwie, żadnego nie powinno być. Byłem skazany na rozmowę z rybami, których, kurwa, tutaj nie było!
   Uspokoiłem się znów. Zaraz musiałem wracać na powierzchnię, nie wiedziałem nawet, która jest godzina. Przetarłem rękami całe ciało, udając mycie i wyszedłem z wody. Tlen był zdecydowanie inny od wody, przeszło mi przez myśl. Gdy wyszedłem, nie byłem mokry, więc ubrałem szybko spodnie i zerknąłem w kierunku Willa i Nica. Kłócili się.
   Nie zastanawiając się zbyt długo, poszedłem w ich kierunku, z gołą klatą, trzymając swój podkoszulek w lewej dłoni.
   
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witam! Myślałam, że nie zdążę napisać tego rozdziału, ale się udało! 
Będzie ich około 15, czy coś takiego, od przyszłego roku (albo jeszcze od tego - zależy od was) ruszam z nową serią, kontynuacją tej.
Każdy rozdział będzie mieć około 1000 słów tylko. 
Nie będzie notek pod kolejnymi rozdziałami, bo nie chcę tracić czasu. Będzie tylko ta informacja:
0 komentarzy - 1 dzień
1 komentarz - 12 godzin
2 komentarze - 6 godzin 
3 komentarze - 3 godziny
4 komentarze - co godzinę
Ona tyczy się każdego rozdziału. Przez godzinę będę sprawdzać (albo co dwie, zależy) ile jest komentarzy i kiedy dodam rozdział. Ale, im więcej komentarzy, tym szybciej mogę go dodać... Jestem kobietą, halo! XD 
Pozdrawiam i życzę Wesołych Świąt <3 

czwartek, 1 października 2015

Rozdział 15 *-*

Mikstura


          * Percy Jackson *

   Siedziałem obok obudzonego przeze mnie Willa, wpatrując się w niego zabójczym wzrokiem. Najchętniej zabiłbym go teraz, lecz wiem, że Nicowi byłoby smutno. Po tym, co mi powiedział, nie wiedziałem co mam myśleć. Wkurwił mnie. I tyle.
     - Na chuj żeś przysiągł? - zapytałem, starając się nie okazywać zbytnio emocji.
   Will ocknął się i spojrzał na mnie w wyższością. Myślałem, że go zabiję, uduszę, ale tylko zacisnąłem dłoń w pięść i czekałem, aż Pan Lekarz się odezwie.
     - Bo go kocham. I nic nam nie przeszkodzi. Nawet tak głupi, słaby i przemądrzały Syn Posejdona, jakim jeste... - nie dokończył.
   Momentalnie rzuciłem się na niego i przygwoździłem do ziemi. Jedną ręką przytrzymywałem jego obydwie ręce, a drugą trzymałem zaciśniętą na szyi, tego bezczela. Zacząłem go lekko podduszać.
     - Jeszcze raz, obrazisz mnie albo kogokolwiek, na kim mi zależy, osobiście wyrwę ci jelito cienie i owinę nim te twoją zapyziałą mordę. Jasne?!
   Will patrzył na mnie wyzywająco, nie odezwał się. Mocniej zacisnąłem dłoń na jego szyi, a kiedy zaczął zmieniać kolor, wyszeptał jakieś ciche: „Jasne”. Puściłem go i oddaliłem się. Poszedłem w stronę miasteczka, z którego wcześniej przyszedłem. Wyciągnąłem telefon i sprawdziłem godzinę. Była osiemnasta. Idealna pora by troszkę pomyśleć.
   Albo nie. Jestem Jackson i nie myślę. Prychnąłem cicho i ruszyłem przed siebie, zauważając w oddali Nico. Zachowałem kamienną twarz. Sam nie wiedziałem co mam zrobić. Przecież... Will przysiągł na Styks, że go zdobędzie. Czy mi aż tak zależy na Solace'owi, by przeżył? Ha, chyba nie.
   Kiedy byłem jakieś trzy metry przed Nico, uśmiechnąłem się. Przyznam, nie był to w stu procentach prawdziwy uśmiech, lecz nie chciałem mu pokazywać, że jestem zły. Nico wykonał ten sam gest w moją stronę i kiedy mieliśmy się minąć, złapał mnie za rękę i odwrócił.
     - Chodź. Musimy wyruszać dalej. Nie możemy tu zbyt długo siedzieć. Potwory nas wyczują - mówił to wszystko z przeraźliwym spokojem.
   Pokiwałem głową i popatrzyłem na chłopaka z góry. Cieszyłem się, że nadal go sporo przewyższałem. Nie mając siły na to wszystko, zrobiłem krok do przodu i przytuliłem malutkiego Syna Hadesa. Odwzajemnił uścisk, pewnie zaskoczony moją nagłą zmianą nastroju.
     - Nico? - spytałem.
     - Tak?
   Przełknąłem ślinę i mocniej go przytuliłem.
     - Uważaj na siebie, dobrze? - powiedziałem. - I na Willa - dodałem cicho.
   Nico odsunął się ode mnie, wyraźnie zdenerwowany.
     - Co ci w nim znowu nie pasuje?! - krzyknął z żalem.
   Schowałem ręce do kieszeni, prychnąłem cicho i odwróciłem się, nie odpowiadając na to pytanie. Poczułem, jak w kieszeni mam schowaną mam buteleczkę, którą dostałem od Luny. O ile pamiętam, miałem po niej „wytrzeźwieć”. Hmm... może by tak wypić ją teraz? Będzie ciekawie. Uśmiechnąłem się szyderczo. Wyciągnąłem tę buteleczkę.
   Była na niej mała nalepka z napisem: „Dla Percy'ego”. Cóż, jak dla mnie, to dla mnie. Wyciągnąłem koreczek i powąchałem miksturę. Ładnie pachniała. Wanilią czy czymś takim. Nie wiedziałem tylko, czy powinienem to coś połknąć czy wetrzeć w siebie. Trudno.
   Wziąłem łyka tego czarodziejskiego czegoś i opróżniłem całą zawartość buteleczki. Na początku nie poczułem żadnych skutków ubocznych, jedynie w ustach pozostał smak wanilii. Rzuciłem pustą buteleczką o ziemie i odszedłem kilka kroków. Nadal żadnych zmian. Zawiedziony ruszyłem z powrotem do miejsca, w którym rozłożyliśmy obóz.

***

   Kiedy dotarłem na miejsce, zachciało mi się wymiotować na widok Willa. Nie byłem przekonany czy to przez miksturę czy przez jego krzywy ryj. Zignorowałem to uczucie i usiadłem pod drzewem. Dwójka herosów patrzyła się na mnie krzywym wzrokiem. Co chwila wymieniali między sobą sekretne spojrzenia. Zaraz potem Will się uśmiechał i powracał do badania mnie wzrokiem.
   Przez chwilę pomyślałem, że nienawidzę ich wszystkich. Obozu. mojej matki, ojczyma, Annabeth czy nawet Nica. Zaraz potem uświadamiałem sobie, że kocham to wszystko (prócz Ann - jej szczerze nienawidzę) i tak naprawdę. nie potrafię tego okazać. Schowałem twarz w dłoniach.
   Nie chciałem płakać przy Willu czy przy kimkolwiek innym. Za dużo napłakałem się po zdradzie Ann. Byliśmy razem tacy szczęśliwi... A ona to spieprzyła, uprawiając seks z każdym.
   Prychnąłem. Wiedziałem, że miała kilku(nastu) kochanków. Zachowała się jak suka. I tak będę ją traktował zapewne jeszcze przez długi okres czasu. Wyobraziłem sobie ją. Jej blond włosy, które często prostowała. Duże, szare oczy, który patrzyły na mnie z utęsknieniem, gdy odchodziłem od niej na chwileczkę... Nie. Muszę przestać, muszę zapomnieć.
   Co mnie tak wzięło na rozmyślanie o przeszłości?! Dlaczego mam zeszklone oczy?! Wytarłem je niespostrzeżenie i wstałem. Tym razem zauważyłem w oczach Nico skruchę. Za to, Solace, dalej chciał mnie zabić. Minąłem ich, wyraźnie rozżalony.
   Nikt nic nie powiedział.

***

   Ruszyłem w kierunku pola. Rolnicy nie zdążyli całego zboża ułożyć w stogi siana. Na szczęście. znalazłem jedno i usiadłem na nim, coraz bardziej histeryzując. 
     - Co się ze mną dzieję?! - krzyknąłem.
   Miałem gdzieś. że ktoś mnie usłyszy. A w sumie, kto by miał to zrobić? Trupy? Może di Angelo chce mi zrobić na złość i przywoła je z podziemia? Za dużo myślę. Chwila... To przez tę... Miksturę. No tak! Miałem się zmienić, być taki jak dawniej... Tia. Nie ma mowy. Jakieś płynne gówno nie będzie mną kierować.
    Zszedłem ze stogu siana i poszedłem w kierunku obozowiska. Kiedy byłem już na tyle blisko, by zobaczyć moich towarzyszy, ukryłem się za drzewem. Chciałem zobaczyć, co będą robić. Już teraz stali i przytulali się - Will, z diabelskim uśmiechem, a Nico, zapewne szczęśliwy, że kogoś ma.
   Zabolało mnie serce, kiedy zobaczyłem, jak się całują. To jedno z najgorszych uczuć na świecie, kiedy widzisz ukochaną osobę, całującą się z inną. Nieważne, że nie byliśmy w tej chwili razem. Zabolało.
   Powoli zjechałem na ziemię, chowając twarz w dłonie. Nie miałem na to wszystko siły, uczucia, które zakrywałem przez te lata, wróciły z podwójną siłą. Chciałem cofnąć się w przeszłość. Naprawić wszystkie błędy, zerwać z Annabeth, jeszcze zanim by mnie zdradziła... Szkoda, że to niemożliwe.
   Otarłem spływającą łzę z policzka. Następnie wstałem i, zasłaniając twarz włosami, usiadłem blisko zakochanej pary i patrzyłem się na swoje kolana. Były bardzo interesujące.
   Kilka chwil uspokajałem oddech i własne myśli. Jednak, im dłużej myślałem o tej sprawie z Nico, tym bardziej chciałem schować się pod kołdrę, albo po prostu umrzeć. Nie miałem siły na to wszystko.
     - Kiedy wyruszamy? - spytał nagle Will.
   Nie podniosłem głowy z kolan.
     - Jak najszybciej - odpowiedział Nico.
   W duchu się z nim zgodziłem. Trzeba stąd ruszać, godzina nam sprzyja.
     - Ruszamy? - zapytał Will.
     - Ruszamy - odpowiedział zwarcie Syn Hadesa.
   W tej chwili odłożyłem swoje uczucia na bok. Przeżyć. To jest cel tej misji.
   Ciekawe, czy uda mi się go wypełnić.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witam was w tym strasznie krótkim rozdziale. Napisałam go właściwie tylko po to, żeby coś ogłosić.
Od kilku dni mam problemy. Zerwałam z chłopakiem, to po pierwsze. Nie chcę wam pisać, jak to bardzo go kocham, choć to prawda. Po prostu... spróbujcie mnie zrozumieć.
Jestem w rozsypce, nie wiadomo, czy się zejdziemy. Wiem, żyje się dalej, ale bardzo mi na nim zależy. Jeśli ktoś chce poznać sprawę i poznać mnie samą lepiej, piszcie: patrycja15685@o2.pl
Mam nadzieję, że rozdział choć ociupinkę wam się spodobał. 
Zapraszam do komentowania, głosowania... Do tych rzeczy. 
Pozdrawiam wszystkich i życzę wam braku problemów.





   

wtorek, 28 lipca 2015

Rozdział 14 *-*

Przemyślenia


          * Nico di Angelo *

     Zjedliśmy batony, które wcześniej zakupiliśmy z Percy'm. Zjedliśmy je w ekspresowym tempie, każdy rozmyślając nad dalszą częścią myśli. W końcu, najmądrzejszy z nas się odezwał;
   - Dobry ten baton. - powiedział Percy.
     Przewróciłem oczami i dokończyłem swoją porcję. Papierek zwinąłem w kulkę i wyrzuciłem gdzieś w trawę. Raz się żyje.
     Wstałem i postanowiłem rozejrzeć się po okolicy. Wszędzie była trawa, nie było ludzi. Cóż, zostali wciągnięci w ciemność. Niebo było granatowe, jakby zaraz miała zacząć się ulewa. Drzewa były łyse, korzenie nadgryzione. Wszystko wyglądało fatalnie. Gdy odsunąłem się od Willa na odległość około trzech metrów, trawa zaczynała przybierać kolor czarny. Tak samo kwiatki, krzaki i inne roślinki. Jeszcze trochę, pomyślałem.
     Wróciłem do chłopaków, którzy nadal pogrążeni w ciszy, siedzieli i patrzyli się na czubki swoich butów.
   - Posłuchajcie... - zacząłem nieśmiało - Nasza misja znajduje się na dole Argentyny. Musimy się do niej jak najszybciej dostać. Proponuję najpierw przeteleportować się do samego środka Brazylii - Cachimbo. Później, do Paragwaju do Asuncion. Następnie do Argentyny do Rosario. A na samym końcu do Rio Grande, znajdującego się na dole tego samego państwa. Ja na razie muszę odpocząć, jestem totalnie wymęczony. Kiedy się obudzę, wyruszymy do Cachimbo. - oznajmiłem.
     Obydwoje pokiwali głowami. Widziałem, że także byli zmęczeni, ale jeszcze się trzymali. Wziąłem swoją kurtkę i położyłem się na niej. Po dosłownie kilku sekundach, zasnąłem.

   - Synu? - pyta jakiś głos.
     Odwracam się w jego stronę, nie widząc nic. Ciemność otacza mnie i nie czuję się w niej zbyt dobrze. Mam wrażenie, że nie mogę oddychać, lecz moja klatka piersiowa unosi się i opada. 
   - Tak? - odpowiadam pytaniem na pytanie.
     Wiem, kto do mnie przemawia. Hades, mój... ojciec. Nie rozmawiałem z nim od czasu wojny z Gają. 
   - Mamy sporo czasu. - oznajmia. - Muszę ci coś powiedzieć. 
     Kiwam głową i czekam na tę wiadomość. 
   - Obudź się. Musisz spełnić wers przepowiedni. 

     W tej samej chwili obudziłem się i szybko przetarłem oczy. Will sobie smacznie spał, a Percy patrzył się na mnie. Uśmiechnął się lekko i pokazał ręką, bym do niego podszedł. Zrobiłem to, o co poprosił i stanąłem tuż przy nim.
   - Muszę ci coś pokazać. To bardzo ważne - oznajmił.
    Dałem się zaciągnąć do jakiegoś sklepu. Myślałem, że nikogo tam nie zobaczę, więc tylko możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem, iż na krześle za szybą siedzi jakaś pani.
   - Halo? - spytałem.
     Nie odpowiedziała. Percy przycisnął swój palec do ust i szepnął „Ciii”. Następnie wskazał na tabliczkę. Było tam: By mnie obudzić, znanego wam tekstu potrzebujecie. Powiedzcie wszystko płynnie i starannie, bo jestem przygłucha! 
     Nie wiedziałem, co to ma oznaczać. Ale Percy chyba wiedział.
   - I don't wanna die, I don't wanna die, No, I don' wanna do, so you're gonna have to. Blood is getting hotter, body's getting colder, I told you once, I'm the only one holds you.
     Staruszka wraz z wypowiadanymi słowami, budziła się. Gdy Percy wypowiedział ostatnie słowo, otworzyła oczy i uśmiechnęła się do nas.
   - Dzień dobry, dzieciaczki! - przywitała nas miło
     Przywitaliśmy się z nią, zmieszani. Zapewne Percy nie sądził, że powiedzenie kilkudziesięciu słów da jakieś rezultaty.
   - Skoro już mnie obudziliście, zasługujecie na prezencik... - wymamrotała, gdy schylała się po owy prezent.
     Popatrzyliśmy po sobie z Percy'm, całkowicie zdziwieni. Co tu się wyrabia? Może coś z przepowiedni. Mikstury potrzebujecie, znanego tekstu użyjecie. W sumie, to mogłoby być to. Tylko po co nam ta mikstura?
   - I proszę. - odezwała się siwowłosa. - Macie miksturkę dla dzieci Apolla.
     Rozszerzyły mi się oczy, a na twarzy zagościł uśmiech.
   - A co on powoduje? - zapytałem ucieszony.
     Pani popatrzyła na mnie i również uśmiechnęła się.
   - Sprawia, że jego moce są o wiele silniejsze niż zazwyczaj. Emanuje słońcem i chroni przez ciemnością. Czy coś w tym stylu. Proszę, może wam się przydać. - podała Percy'emu dość dużą fiolkę z żółtym płynem w środku.
     Pokiwałem głową w zamyśleniu. Na pewno nam się przyda, jest o niej mowa nawet w przepowiedni. Tylko kiedy trzeba ją wypić? Ehh... genialnie. Kiedy Percy już chciał wychodzić, staruszka zawołała mnie. Powiedziałem Percy'emu, żeby już ruszał, a sam podszedłem do szyby.
     Kiedy zostałem z kobietą sam na sam, uśmiech spełzł z jej twarzy, a zamiast tego pojawił się złowrogi grymas.
   - Jeżeli skrzywdzisz mojego wnuczka, Willa, to ci nogi z dupy powyrywam! - krzyknęła, dość rozwścieczona - On ma być szczęśliwy! Masz za niego życie oddać, jasne?! - pytała, na co ja szybko kiwałem głową. - A teraz, wynocha mi stąd! Wstrętne dzieci Hadesa, chcą zabić mojego Wilusia... - zaczęła mamrotać pod nosem.
     Jak najszybciej wyszedłem ze sklepu i chwiejnym krokiem skierowałem się w stronę obozowiska. Zobaczyłem dym, co oznaczało, że Percy rozpalił ognisko. W sumie, racja, była jakaś dwudziesta godzina i bez słońca było cholernie zimno. Postanowiłem chwilę pochodzić sobie po pustych uliczkach, by odreagować. Liczyłem się z tym, że natknę się na jakiegoś potwora.
     Czy ja przed chwilą miałem „zaszczyt” poznać babcię Will'a? Dlaczego była aż taka brzydka, kiedy jej wnuczek aż emanował pięknem. Miała pomarszczoną skórę, pieprzyk koło dolnej wargi, usta były szarawe, a oczy zwykłe, niebieskie. A Will? Totalne przeciwieństwa. Idealna skóra, bez pieprzyków, usta różowawe, oczy ślicznie niebieskie. Rozumiem, że starość nie radość i wygląda się trochę gorzej, ale bez przesady.
     Kopnąłem jakiś kamień i zastanowiłem się nad zachowaniem Syna Apolla. Łapał mnie za rękę, patrzył na mnie jakoś dziwnie uroczo... Nie, on się we mnie nie zakochał. To niemożliwe. On był stuprocentowym hetero, uwielbiał dziewczyny i cycki. Nie wiem, co faceci w nich widzą, ale dobra. Jestem gejem i chyba nie powinienem się wypowiadać na takie kontrowersyjne tematy.
     Schowałem ręce do kieszeni i wymacałem w jednej z nich książeczkę. Zmniejszała się, więc bez problemu mogłem wsadzić ją do kieszeni. Zastanawiałem się chwilę, kiedy będę mógł jej użyć, ale odpuściłem sobie ten temat. Na pewno, kiedy przyjdzie na to czas, będę wiedział. W zasadzie, zawsze tak jest w tych filmach, gdzie mają użyć czegoś w określonym momencie i niby przypadkiem, wiedzą dokładnie kiedy. Mam nadzieję, że i w moim przypadku tak będzie.
     Następna rzecz, o której pomyślałem, to był Percy. Okey, to dziwnie zabrzmiało. Ja go wcale nie traktuje jak przedmiot... To by było zachowanie nie godne takiego dżentelmena, jakim jestem. Uśmiechnąłem się pod nosem. Dobra, chyba wiecie o co mi chodziło. Otóż, niby jest między nami wszystko okey, ale Will jakby wszystko próbuje popsuć. To dziwne. Poczułem się jak nastolatka, nie potrafiąca wybrać pomiędzy dwoma chłopakami.
     Ostatnią sprawą, o której chciałem pomyśleć, był Hades. Co on do cholery jasnej robił w moim śnie? I czemu tak szybko kazał mi się wybudzić? Powiedział, że mamy sporo czasu i kazał mi się obudzić. Fuck logic. Cóż, ważne jest to, że chociaż się ze mną skontaktował. Kochany tatuś.
     Po tych całych rozmyślaniach, postanowiłem cofnąć się do obozowiska. Przeszedłem kilka uliczek, obserwując otoczenie. Wszystko było w odcieniach szarości, prawie żadnych kolorów. Zupełnie inaczej niż w Obozie Herosów. Tam wszystko było kolorowe, każdy domek miał inny kolor, słońce świeciło... A tutaj? Tutaj jest strasznie. Nie wiem czemu, pomodliłem się do swojego ojca, o lepsze jutro.
     Może w końcu mnie wysłucha.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I kolejny rozdział! ~1200 słów, może ociupinkę mniej :/
Ale mam wam coś do przekazania. Dodałam ankietę (po prawej, na samym dole) w które pytam się was, czy czytalibyście mojego bloga o... Jasico! Ta sama historia, którą przedstawiłam w One - Shot'cie, ewentualnie parę rzeczy pozmienianych. I akcja toczyłaby się, kiedy Nico dopiero zostaje zmolestowany przez nauczyciela. Jeżeli chcecie, głosujcie. 
Mogę was jeszcze zachęcić, żebyście byli obserwatorami mojego bloga :3 Możecie się zalogować przez bloggera i gotowe! 
Dobra, to chyba tyle z nowin :3
Pozdrawiam wszystkich! Do napisania <3 

niedziela, 26 lipca 2015

Rozdział 13 *-*

Rozmowa


          * Nico di Angelo *

     Przytulałem się jeszcze chwilę z Percy'm, nim dostrzegłem, że Will się wybudził. Chciałem jak najszybciej do niego podejść, w sumie to sam nie wiem czemu. Zmartwił mnie fakt, że zemdlał, uderzając wcześniej mocno głową w drzewo. Puściłem Syna Pana Mórz, mówiąc mu, że porozmawiamy później. Nie był zbyt zadowolonym takim rozwojem wypadku, ale nie miał nic do gadania.
     Podszedłem do swojego najlepszego przyjaciela i szturchnąłem go lekko w ramię. Otworzył oczy i popatrzył na mnie zmęczony. 
   - Jak się czujesz? - spytałem i odgarnąłem jego blond włosy z twarzy.
     Uśmiechnął się lekko i złapał moją dłoń.
   - Dobrze, ale mogło być lepiej. - uznał niezbyt optymistycznie. - Podasz mi może ambrozję?
     Pokiwałem twierdząco głową i wyciągnąłem z jednej z kieszeni kurtki (która tak betewu ogrzewała Will'a) jednego batonika. Podałem go Will'owi, a następnie pomogłem mu wstać. Wziął jednego, małego gryza i włożył resztę do kieszeni kurtki. Następnie uśmiechnął się do mnie lekko i mrugnął. Kąciki ust uniosły mi się do góry. To jego spojrzenie... Nie. Wstałem i podążyłem w stronę Percy'ego, by omówić z nim najważniejszy temat.
   - Gdzie teraz wyruszamy? - spytałem.
     Wolałem omówić ten temat z nim, niż dziwnie zachowującym się Will'em. Ostatnio był jakiś dziwny, zachowywał się wobec mnie nadmiernie uczuciowo. Udawałem, że wszystko było okey, żeby go nie martwić.
   - Nie mam pojęcia. Możemy pójść do sklepu po jakieś jedzenie, zjeść i dopiero wtedy zastanowić się, gdzie podróżujemy cieniem. - na spokojnie wyjaśnił mi swój plan.
     Pokiwałem twierdząco głową, zgadzając się z nim. Na głodniaka nie ma co wyruszać. Oznajmiłem Willowi, że idę wraz z Percy'm do sklepu, na co pokazał kciuka w górę i uśmiechnął się do mnie. Zdziwiony jego zachowaniem, również pokazałem kciuka w górę i ruszyłem ze swoim wspólnikiem.
     Gdy oddaliliśmy się wystarczająco daleko od miejsca biwaku, Percy zaczął rozmowę.
   - Myślisz, że Will podsłuchał naszą rozmowę? - spytał.
   - Tak. - odpowiedziałem stanowczo.
     Dostrzegłem cień psychopatycznego uśmiechu na jego twarzy, ale uznałem to za coś normalnego.
   - On myśli, że my jesteśmy razem, co nie? - zapytał.
   - Tak.
     Przybliżył się do mnie i objął mnie ramieniem.
   - Jedyna rzecz, jakiej się domyślił. - szepnął mi do ucha, na co się uśmiechnąłem.
     W sumie, to nie wiedziałem, czy jesteśmy razem. To skomplikowane. Jednakże ustaliliśmy, że jesteśmy gdzieś tak pośrodku. W sumie, to dobrze. Nawet bardzo. W razie czego, będzie mógł mnie bez skrupułów zabić, by ocalić własne życie.

***

     Kupiliśmy tylko niezbędne przedmioty. Wodę i jakieś batony energetyczne. Ja trzymałem cztery butelki małej wody w ręce, a Percy schował batony po kieszeniach. Kiedy byliśmy już blisko biwaku, usłyszałem kolejne pytanie
   - Czy wy myślicie, że wszystko pójdzie aż tak łatwo?
     W tej chwili coś skoczyło mi na plecy, pozbawiając równowagi. Harpia. Rzeczy, które trzymałem w ręce wypadły i uderzyła z łoskotem o ziemię. Poczułem krew na swych plecach. Kurwa, mamy przejebane. Szybko wyciągnąłem miecz i obróciłem się na brzuch, przecinając harpię wpół. Jednak, nadal żyła. Jackson miał na głowię własną harpię, więc nie mógł mi pomóc. Cóż, z nim czy bez niego, poradzę sobie. 
     Przybrałem pozycję bojową i zaczekałem, aż harpia sama zaatakuje. Wtedy najłatwiej byłoby jej wbić miecz w czarną dziurę. Kiedy usłyszałem, jak Percy ucieka na biwak, krzycząc, że idzie chronić Will'a, wkurzyłem się. Otoczyły nas. Zmieniłem się w cień i po prostu poleciałem za plecy harpii. Zmaterializowałem się za nią i jednym ruchem przeciąłem jej głowę. Zmieniła się w kupkę popiołu, a na mojej twarzy pojawił się cień uśmiechu. Oczyściłem twarz z resztek harpii i zmieniając się w cień, ruszyłem do swoich przyjaciół.
     Percy zawzięcie chronił Will'a, który co jakiś czas wystrzeliwał parę strzał w kierunku potworów. Było ich z dziesięć. Podfrunąłem do pierwszego i będąc w formie cienia, po prostu przybliżyłem się do jego twarzy i zacząłem go dusić. Harpia, zdezorientowana, potknęła się i poturlała z wzgórza, ale nie odpuściłem. Gdy zmieniła się w pył, powróciłem na górę i stałem się człowiekiem.
     Percy i Will zdążyli ubić dwie harpie. Jeszcze siedem. Stworzyłem z cienia kilka sztyletów i zacząłem nimi strzelać. Energii na razie miałem dość dużo, więc nie musiałem się oto martwić. Strzelałem przy swoich przyjaciołach, przypominając sobie wojnę z Kronosem. Stare, dobre czasy.
     Ubiłem razem z nimi kolejne dwie harpie. Percy powoli się męczył. Najwidoczniej za mało ćwiczył, choć zawzięcie upierał się, że jest w formie. Musiałem coś zrobić, żeby nas nie schwytały i zabiły. Odpowiedź była prosta. Kolejna podróż cieniem. Tylko, jak to zrobić, by harpie nie wskoczyły za nami do cienia? Trzeba było się od nich oddalić na dość sporą odległość. I chyba miałem pomysł, jak to zrobić. 
     Kazałem Willowi nadal strzelać, tak długo, aż nie ubije przynajmniej jednej harpii. Sam na szybko rzuciłem w jedną sztyletem, pozbawiając jej kawałka ręki. Ma się cela. Złapałem Percy'ego za rękę i pociągnąłem w drugą stronę, żeby jak najdalej oddalić się od harpii.
   - Masz jakiś pomysł? - spytał, dysząc Syn Posejdona.
   - Oczywiście, że tak. - powiedziałem zgodnie z prawdą.
   - Czy dzięki niemu zginę ja albo Will? 
     Zastanowiłem się chwilę nad prawdopodobieństwem takiego rozwoju wypadku.
   - Na czterdzieści procent nie zginiecie.
     Śmiech Percy'ego uspokoił mnie trochę. Ciekawe, czy on w ogóle rozumiał powagę sytuacji. Zapewne nie.
     Przebiegliśmy około kilometra, od miejsca walki. Wtedy, utworzyłem cień, który będzie mógł nas przenieść do Wenezueli. Nie wiem, czemu akurat to miasto. Jest położone na południe, więc może być. Kazałem Percy'emu tam wskoczyć, ale on stanowczo zaprzeczył.
   - Jeszcze coś ci się stanie! - krzyczał.
   - Nieprawda! Jackson, posłuchaj, mam te pieprzone dziewiętnaście lat i potrafię o siebie, kurwa zadbać! Wskakuj tam, niedługo będę.
   - Obiecujesz? - jego ton nagle złagodniał.
     Niepewnie pokiwałem głową. Percy przycisnął mnie mocno do siebie i złożył na mych ustach namiętny pocałunek. Czułem, jak się rozpływam, ale nie czas na pieszczoty. Gdy mnie puścił, od razu wskoczył do tunelu, a ja zostałem sam z misją.
     Zacząłem bieg. Tunel zabierał mi dość sporo energii, więc musiałem się pośpieszyć. Gdy byłem w odległości około trzystu metrów od Will'a, krzyknąłem głośno:
   - Uciekaj! Kurwa, Will, biegnij do mnie!
     Obrócił się i strzeliwszy strzałą w harpię, zaczął biec. Ja również. Musiałem zabić te dwie harpie, które mogły przedostać się z nami do Wenezueli.
   - Gdzie ty biegniesz?! - zapytał Will.
     Pokazałem mu ręką portal i nic nie powiedziałem. Nie było czasu na wyjaśnienia. Wyciągnąłem miecz i natarłem na potwory. Były całe w pyle, czyli już prawie zginęły. Zamachnąłem się na jedną i zabiłem ją, odcinając jej głowę. Zmęczony, musiałem uporać się z drugą.
     Ta była bardziej żywsza, miała większą wolę walki. Pierwsza mnie zaatakowała. Rzuciła się na mnie i chciała rozszarpać oczy. Zamknąłem je i na ślepo uderzałem pięściami w jej tułowie. W końcu, udało mi się ją zrzucić. Przeciąłem jej brzuch i wysypał się niego pył. Jednak, żyła. Postanowiłem już zacząć bieg, przecież taka półżywa harpia nic nam nie zrobi. Pobiegłem w stronę tunelu, jak najszybciej. Chciałem mieć już tę walkę za sobą.
     Gdy byłem już przy tunelu, odwróciłem się. Szukałem jeszcze jakiegoś potwora. Nikogo nie zauważyłem, tamta harpia leżała na ziemi i zdychała. Odwróciłem się i resztkami sił wskoczyłem do cienia.
     Po sam nie wiem jaki czasie, wypadłem z drugiej strony. Percy i Will siedzieli w milczeniu i najwidoczniej czekali, aż bezpiecznie wrócę.
   - Czy ty już do reszty oszalałeś?! - oskarżył mnie Will.
     Uśmiechnąłem się niczym psychopata i odpowiedziałem:
   - Tak.
     Następnie wszyscy zaśmiali się cicho i zasiedliśmy razem na ziemi. Okazało się, że Will zabrał wszystkie nasze rzeczy, więc nic nie straciliśmy. Jak to dobrze jest mieć takiego przyjaciela.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~``
No i jest ~1200 słów. Może być? ;--;
Chciałabym jeszcze w te wakacje skończyć tę serię i zacząć nową. Tę mi się dziwnie piszę. Piszę też tutaj gorzej, proszę, nie złośćcie się. Obiecuję, że następna seria będzie o wiele lepiej napisana, tylko muszę sobie wszystko poukładać w głowię. To coś będzie miało może z 20 rozdziałów. 
Szykuję się też One - Shot Jercy. Jestem w trakcie dopracowywania fabuły, tym razem chyba będzie miała dwie części, choć może mi się odwidzi i napiszę trzy. Dobra, to chyba tyle. Spodziewajcie się niedługo kolejnego rozdziału, jakoś tak wena mnie złapała. 
To napisania niedługo! Paa <3