poniedziałek, 8 lutego 2016

Rozdział 2 – Wieczne czekanie na danie komuś wpierdolu

  Percy


   Nie sądziłem, że już sekundę po przebudzeniu będę chciał kogoś zamordować. Jacyś kolesie stali nade mną, kłócąc się, wymachując rękami. Nie wiedziałem co zrobić jako pierwsze – wydrzeć się na nich czy przysłuchać ich rozmowie. Wybrałem drugą opcję ze względu na ból w kostce i karku.
     – Przecież on musi żyć! – wydarł się jeden z nich. – Przecież czwarte piętro to nie tak wysoko...
     – Idiota... – mruknął kolejny. – Czwarte piętro?! To jest w chuj wysoko!
     – Nieprawda! – odkrzyknął. – To stosunkowo nisko w porównaniu do piątego piętra.
   Dwójka pozostałych chłopaków zrobiła tak zwanego facepalma. Też bym zrobił, gdybym miał czucie w rękach.
     – Twoja inteligencja jest stosunkowo niska w porównaniu do ameby... – Wreszcie odezwał się trzeci z nich.
     – Ameba to marka ubrań, co nie? – spytał oszołomiony chłopak.
   Nie wytrzymałem.
     – Ja pierdole... – wymruczałem.
   Cała trójka spojrzała na mnie z szeroko otwartymi oczami.
     – Tyler! – Kucnął przy mnie facet, który nie był zbyt dobry z biologii. – Żyjesz!
   Prychnąłem.
     – Brawo, geniuszu! – Kolejny kucnął koło mnie. – Tyler, pomóc ci wstać?
     – Tyler, przyniosłem dla ciebie wodę. – Podał mu butelkę z wodą ten najcichszy.
   Spojrzałem na wszystkich, ale ostatniemu przyglądałem się najdłużej. Patrzyłem w jego ciemnobrązowe, spokojne oczy. Przypominały mi pewnego chłopaka... Tylko za cholerę nie mogłem sobie przypomnieć jakiego.
     – Damon? – spytałem niepewny.
   Mężczyzna kucnął obok mnie, nadal patrząc mi w oczy. Pokiwał leciutko głową i zerknął na chłopaka siedzącego po mojej prawej stronie.
     – Matt? – Zapytałem i od razu odwróciłem głowę w lewym kierunku. – Olivier?
   Chłopacy pokiwali głowami. Najwidoczniej nic nie rozumieli. Ja też nie. Dopiero po chwili Olivier, który zrobił na mnie dość słabe pierwsze wrażenie, uśmiechnął się szeroko.
     – Zabieramy go do domu! – oświadczył i zatarł dłonie. – Przecież pamięta.
   Na początku pozostała dwójka popatrzyła na niego jak na debila – co nie było żadną nowością – ale następnie pokiwali wolno głowami. Podnieśli mnie do pozycji siedzącej i dali mi chwilę na odzyskanie czucia w kończynach.
     – Nadal nie wiem, jak ty możesz w ogóle się ruszać – powiedział Damon wyraźnie zaskoczony. – Cóż, tego się raczej prędko nie dowiemy.
   Nawet nie próbowałem się uśmiechnąć czy odezwać. Miałem wielką gulę w gardle, więc wolałem siedzieć cicho i przysłuchiwać się im rozmowom czy przemyśleniom wypowiedzianym na głos.
     – Może za dużo wypiliśmy i to nam się po prostu śni? – Oto jedna z przemyśleń.
   W sumie, gdyby to był sen to by wyjaśniało wiele rzeczy. Na przykład, dlaczego nie pamiętałem na początku swojego imienia. Dlaczego każdy z chłopaków musiał je wypowiedzieć, żebym w ogóle przypomniał sobie kim byli? Jasne, to moi przyjaciele, tego byłem pewny. Ale nie miałem z nimi żadnych szczególnych wspomnień. Otrząsnąłem się i z pomocą chłopaków wstałem.
   Pomijając fakt, że strasznie bolała mnie lewa kostka, żyłem. Jeżeli człowiek czuje ból, oznacza to, że jeszcze nie umarł. A może właśnie... umarł? Zacząłem się nad tym zastanawiać. Coś mi to przypominało, ale za cholerę nie pamiętałem co. Odłożyłem te myśli na później.
   Z pomocą chłopaków dotarliśmy do mieszkania o numer trzynaście. Nawet ta liczba coś mi mówiła! Trzynastka kojarzyła mi się z mrokiem, ciemnością i śmiercią, ale też z... miłością? Tak, to chyba była miłość. Tylko co to może oznaczać? Tyle pytań, a tak mało odpowiedzi. I czasu.
   Moi przyjaciele szybko zanieśli mnie do największego pokoju, do salonu. Usadzili mnie na kanapie i rozdzielili się, każdy pobiegł w innym kierunku. Rozsiadłem się wygodnie i przypatrywałem każdemu z chłopaków. Matt pobiegł do łazienki, Olivier do sypialni, a Damon do kuchni. Uśmiechnąłem się sztucznie. Zauważyłem puszkę piwa. Nachyliłem się i wziąłem łyka dobrego trunku. Odłożyłem wcześniej zabrany przedmiot i znowu się rozsiadłem.
   Ładnie tu. Przed kanapą narożnikową na której siedziałem stał stolik. To właśnie tam było najwięcej puszek piwa oraz butelek. Na wprost ode mnie stał telewizor. Był dość spory, jak dla mnie idealny. Pod nim zauważyłem DVD oraz kilka płyt. Na lewo od kanapy znajdowała się kuchnia w której krzątał się Damon. Oprócz standardowego wyposażenia, zobaczyłem jeden obraz słoneczników na ścianie oraz kalendarz. Zaznaczony był piętnasty września.
   W kuchni stał jeszcze stół z czterema krzesłami. Był nakryty jakąś ładną szmatką, nie zwróciłbym na to większej uwagi, gdyby nie to, że to właśnie ona najbardziej ucierpiała podczas popijawy. Była poplamiona, a może i nawet w jednym miejscu podarta. Odwróciłem głowę w stronę łazienki.
   Widziałem tylko jej skrawek, ponieważ znajdowała się daleko ode mnie. Dostrzegłem zwykłą ubikację oraz kabinę prysznicową, ewentualnie Matt grzebał jeszcze w schowku znajdującym się nad umywalką. W tym momencie wyciągnął to, czego szukał, a mianowicie apteczki. Podszedł z nią do mnie i zawołał Damona ruchem dłoni.
     – Ty się na tym znasz – rzucił i dał mu w dłonie bandaż. – Zrób tak, żeby go nie bolało. Starczy.
   Zaśmiałem się sarkastycznie. Milutko.
     – Boli cię coś jeszcze? – spytał nagle Damon. – Może chcesz środku przeciwbólowe?
   Pokiwałem twierdząco głową i złapałem się delikatnie za kark.
     – Kark mnie straszliwie boli.
     – Nic dziwnego. – Uśmiechnął się smętnie. – Spadłeś z czwartego piętra.
   Nawet nie wiedziałem, co na to odpowiedzieć. Na szczęście niezręczną sytuację przerwał nam Olivier.
     – Mam dla ciebie jakieś wygodne ciuchy do spania. – Podał mi luźną koszulkę i krótkie spodenki.
   Podziękowałem skinieniem głowy. Do naszej trójki dołączył się Matt.
     – Masz, zjedz coś. – Wziąłem od niego kanapkę z szynką, sałatą i sosem czosnkowym.
   W tym momencie poczułem ukłucie głodu.
     – Dzięki – powiedziałem i spróbowałem kanapki.
   Była pyszna. Czułem się, jakbym nie jadł od kilku miesięcy. Może rzeczywiście tak było, przeszło mi przez myśl. Zjadłem całą kromkę chleba w dość krótkim czasie, Damon zdążył już zabandażować i unieruchomić moją kostkę. Miałem nadzieję, że ból niedługo ustanie. Po jakiejś minucie oderwał się od mojej nogi i podał mi listek tabletek.
     – Weź dwie – polecił, idąc po coś do kuchni. – Nie popijaj piwem, to się dobrze nie skończy. Dosyć już wrażeń jak na jeden dzień.
   Nalał wody do szklanki, a potem mi ją oddał. Wziąłem dwie tabletki i wyżłobiłem całą wodę. Czułem się o niebo lepiej. Przyjaciele usiedli obok mnie i wszyscy w tym samym czasie sięgneli po swoje butelki i wzięli kilka łyków piwa. Odłożyli naczynia z powrotem, a ja palnąłem:
     – Widzę, że nic się nie zmieniło.
   Chłopacy zaśmiali się smętnie. Byli zmęczeni i może lekko podpici, jednak ja chciałem się czegoś o sobie dowiedzieć.
     – Wiem, że to dziwne pytanie, ale jaki dziś dzień? – zapytałem.
     – Dziesięć minut po północy. Szesnasty września – powiedział Matt, sprawdzając godzinę w telefonie.
   Damon nagle wstał i podszedł do kalendarza. Przesunął wskaźnik tak, by wskazywał dzisiejszą datę. Uśmiechnąłem się. Damon był najbardziej porządny z nas wszystkich i zawsze dbał o takie szczegóły. Matt natomiast zachowywał się jak błazen, jednak miał coś w sobie. Coś jak Leo.
   Leo.
   Rozszerzyłem oczy, gdy przypomniałem sobie Valdeza. Ostatni raz widziałem go kilka lat temu, jeszcze na Argo II... on umarł. Nigdy do nas nie wrócił, nim mi o tym bynajmniej nie wiadomo. Na mnie, Percy'm Jacksonie, spoczął obowiązek spalenia jego całunu. Chwila. Percy Jackson?
   Skąd ja w ogóle wziąłem takie imię? Nietypowe. Lepiej pasowałoby Peter. Johnson, dopowiedział mój mózg. Pan D. Obóz. Herosi. Potwory. Niebezpieczeństwo.
   Nico.
   Mój chłopak. On umarł. Jak ja. Muszę go znaleźć, odszukać. Chciałem od razu wybiec z tego miejsca i zacząć biegać po całym mieście, by go odnaleźć. Opanowałem się. Cierpliwość była tutaj pierwszorzędną cechą. Jeżeli nie będę jej miał, skończę z nerwicą i problemami psychicznymi.
   Annabeth.
   Moja... była. Nie chciałem mieć z nią nic wspólnego. Fakt, nie potrafiłem jej szczerze nienawidzić; jakaś cząstka mnie nadal ją kochała. Jednak była ona na tyle niewielka, że postanowiłem ją zignorować. Nie warto było sobie nią zawracać głowy.
     – Nadal szokuje mnie fakt, że ty żyjesz – mruknął Damon.
   Powinienem być martwy, nikt normalny nie przeżyłby wypadku z czwartego piętra prosto na głowę. A więc to dlatego bolał mnie kark!
     – Nie marudź tyle, ważne, że w ogóle żyje – odpowiedział Matt, popijając łyk piwa. – Nie mam ochoty na pogrzeby ani na chodzenie w żałobie.
   Prychnąłem cicho.
     – Dzięki, przyjacielu.
     – Dla ciebie wszystko. – Zerknął w moim kierunku i uśmiechnął się.
   Zastanowiłem się, jakie pytania powinienem im zadać. Po chwili, wymyśliłem coś banalnego.
     – Co robimy jutro?
     – Właściwie, to nie mamy planów. Bynajmniej ja nie mam – odpowiedział Damon i spojrzał na pozostałych.
     – Ja zostaję w domu. Nie mam ochoty na panienki – wyznał, trzymając szyjkę od butelki przy wargach.
     – Ktoś tu nie ma brania... – mruknął Olivier specjalnie, żeby go wkurzyć.
     – Mów za siebie – odpyskował. – Nie mam ochoty.
     – Jasne... – Oli zagwizdał pod nosem. – Może to przez inny powód?
   Matt lekko się zdenerwował. Poznałem to po tym, że zacisnął dwa palce, jakby miażdżył w nich głowę Oliviera.
      – Niby jaki? – spytał sarkastycznym tonem. – Odpuść sobie, nieważne co zrobisz i tak będziesz nieśmiesznym dupkiem i przegraną życiową.
   Oli oburzył się.
     – Idź do jakiegoś chłoptasia, dawno chuja w dupie nie miałeś!
   Prychnąłem zażenowany. Pamiętałem, jak Matt wyznał nam to, że podobają mu się też mężczyźni. Nie mieliśmy żadnych problemów z jego seksualnością, jednak Olivier zbyt często używał tego „argumentu” podczas dyskusji z Mattem. Zaczynaliśmy być tym po prostu zmęczeni.
     – Może i racja – mruknął optymistycznie Matt. – W sumie, to dobry pomysł.
   Popatrzyłem na Damona, który, tak jak ja, nic nie zrozumiał.
     – Czyli twoja biseksualność za czasów szkolnych się nie zmieniła? – spytałem.
    Matt pokiwał twierdząco głową i wziął kolejnego łyka piwa.
     – Chuje są fajne – skomentował.
     – Jeżeli masz go w dupie, to raczej nie – odpyskował Olivier. – Ale jak tam chcesz.
   Po raz pierwszy Olivier nie powiedział czegoś naprawdę głupiego. Trzeba dać mu order podobny do tego, który zrobiliśmy mu w pierwszej gimnazjum. O, nareszcie przypomniałem sobie jakieś wspomnienie z gimnazjum!
     – Chyba potrzebuje urozmaicenia. – Zwierzał się. – Za dużo kobiet, chciałbym... Choć raz musieć się postarać o kogoś.
     – Chcesz związku – powiedzieliśmy zgodnie ja i Damon.
     – Tak, chyba tak. – Pokiwał głową. – Ale raczej trudno będzie mi zmienić nastawienie z dnia na dzień. Nadal lubię imprezy.
     – To nie mogło ulec zmianie – mruknąłem.
     – Ale zastanowię się nad taką propozycją. – Matt wstał i ruszył w kierunku swojego pokoju. – Mam dość wrażeń na dziś. Dobranoc, mokrych snów wszystkim życzę.
   Olivier ruszył do kolejnej z trzech i pożegnał się ruchem ręki. Ja dzieliłem sypialnie z Damonem. Gdyby Matt i Olivier mieli spać w jednym pomieszczeniu, prawdopodobnie codziennie rano byłyby awantury. Oni potrafili się pokłócić o wszystko.
     – Pomóc ci czy dasz radę sam dojść do pokoju? – zapytał Damon.
   Pokręciłem głową i spróbowałem wstać. Na początku miałem lekkie trudności z zachowaniem równowagi, ale później już się przyzwyczaiłem. Mimo tego Damon szedł jakieś dwa kroki przede mną. Kiedy przekroczyłem próg naszego pokoju, oniemiałem.
   Cały pokój zachowany w czerwono-czarnych barwach. Naprzeciwko wejścia było biurko, a nad nim wisiała tablica korkowa. Zobaczyłem jedną książkę wypadającą z szuflady i domyśliłem się, że to miejsce Damona. Wyglądało na bardzo zadbane, jednak można by wyrzucić kilka papierków i tym podobne.
   Pokój rozciągał się w lewą stronę. Obok biurka stały dwie szafy z ubraniami, na jednym z nich był plakat zespołu Green Day. To moja szafa. Na końcu pokoju było jedno łóżko, które należało do Damona. Było idealnie zaścielone, książka leżała wraz z okularami na poduszce. Od strony głowy znajdował się stolik nocny, na którym była tylko lampka.
   Przy lewej ścianie stało moje jednoosobowe łóżko. Widziałem, że są na nim przede wszystkim ubrania. To do mnie podobne. Czarna pościel w białe szlaczki wydawała się znajoma. Również przy moim łóżku znajdowała się szafka nocna, a na jej wierzchu leżała jakaś płyta. Na podłodze był mały dywan dopasowany kolorystycznie do reszty pokoju. Na ścianach wisiały plakaty, dużo miałem ich przy moim łóżku. Prychnąłem w myślach. Po co mi one były?
   A no tak, gdy byłem w gimnazjum zachciało mi się być perkusistą. Wtedy kupowałem plakaty, bo się tym zainteresowałem i to właśnie one motywowały mnie do wstania z łóżka. Teraz raczej wyglądały komicznie, jakby pokój zajmował nastolatek, a nie młody mężczyzna.
   Damon podszedł do swojego łóżka i położył się na nim, zakładając okulary. Wziął książkę do ręki i zaczął czytać. Korzystając z chwili wolnego podszedłem do szafki nocnej. Otworzyłem pierwszą szufladę i znalazłem... prezerwatywy. Naprawdę miałem takie życie? Żałowałem tego pytania. Od razu przypomniało mi się kilka nocy z nieznajomymi dziewczynami. Nie podniecało mnie to w tej chwili, a wręcz obrzydzało. Otworzyłem szufladę i znalazłem coś przydatniejszego. Telefon.
   Szybko wszedłem w aparat by zobaczyć, jak wyglądam. Zamurowało mnie.
   Miałem naprawdę piękne oczy. Od strony źrenicy były czysto zielone, a otoczkę miały niebieską. Wpatrywałem się w nie dość długo. Czarne i uniesione włosy, które zawsze były niesforne, podobne do tych, które miałem w ciele Percy'ego. Dość mocno zarysowana szczęka ładnie komponowała się z zadartym nosem. Usta miałem średniej wielkości, jednak jak najbardziej mi one pasowały. Kolczyk w wardze i w języku dodawał mi tego... czegoś. Wszedłem w galerię i poszukałem jakiegoś zdjęcia swojego ciała.
   Byłem lekko wysportowany. Przypomniałem sobie, że od jakiegoś miesiąca chodzę na siłownie z dwa razy w tygodniu. Nie zamierzałem tego zmieniać.
   Odłożyłem telefon na szafkę nocną i wziąłem ciuchy, które wcześniej dał mi Olivier. Poszedłem w stronę łazienki, nawet nie zdając sobie w pełni sprawy, gdzie idę. Okazało się, że wraz z Damonem mieliśmy jedną łazienkę, a drzwi do niej znajdowały się obok szafy. Wszedłem do pomieszczenia i oślepiło mnie jasne światło.
   Pomieszczenie było małe, kafelki w odcieniu bieli raziły moje oczy. Była tutaj ubikacja, umywalka i kabina prysznicowa. Nic więcej nie było potrzebne. Przebrałem się, nawet nie zwracając większej uwagi na to, że nad umywalką znajdowało się lustro. Już chciałem wyjść z łazienki, ale poczułem jakby piach w ustach. Wziąłem swoją szczoteczkę i dokładnie umyłem zęby. Od razu lepiej. Wyszedłem z łazienki i usiadłem na swoim łóżku.
   Zdjąłem bandankę, którą miałem owiniętą wokół lewego nadgarstka. To, co ujrzałem, wprawiło mnie w kompletne osłupienie.
   Miałem tatuaż. Przedstawiał on symbol – Yin&Yang. Był dokładnie zrobiony, widać było, że zrobiłem go maksymalnie pół roku temu. Po przyjrzeniu się mu, stwierdziłem, że jest naprawdę ładny. Spodobał mi się, choć sam, jako Percy, zrobiłbym go w innym miejscu.
   Położyłem się i zastanowiłem nad tym wszystkim. To był jakoś dziwnie pokręcone, pomieszane. Wiedziałem, co muszę zrobić, kto ma mi pomóc, ale... Czas. To on był dla mnie największym problemem. Był katorgą, żmudną przeszkodą. Musiałem czekać, aż kostka się zagoi, jak mięśnie ramion przestaną boleć. Czekanie. Nienawidziłem tego.
   Gdy ułożyłem się w miarę wygodnie, Damon zgasił lampkę nocną i schował książkę do szafki. Zdjął spodnie i koszulkę, położył się będąc w samych bokserkach.
     – Jak się czujesz? – zapytał.
   Zastanowiłem się nad odpowiedzią.
     – Nie pamiętam kilku rzeczy z przeszłości, ale wszystko sobie przypominam – wyznałem. – Oprócz tej kostki i ramion, nic mnie nie boli. Jestem tylko lekko oszołomiony.
     – Nic dziwnego. Przecież mogłeś umrzeć – usłyszałem zawahanie w jego głosie. – Niedługo ból powinien minąć. Dobranoc, Tyler.
     – Dobranoc.

   Słyszę jakieś krzyki. Ktoś mnie woła. Nie mam pojęcia kto, ale obracam się dookoła siebie w poszukiwaniu krzyczącego. Nikogo nie znajduję. To ktoś znajduje mnie. 
     – Witaj, Tylerze Lackey, znany też jako niegdyś sławny Percy Jackson. – Wita mnie Hades. 
   Wzdycham z ulgą. To tylko Pan Podziemi.  
     – Witam – odzywam się, przez co Hades na mnie dziwnie spogląda. 
   Ups. Chyba nie powinienem się odzywać.  
     – Chciałem ci powiedzieć, że Nico di Angelo jest już w nowym ciele i ma się dobrze. To samo przekażę również jemu, o tobie. W piątek dostaniesz podpowiedź od Afrodyty, jak wygląda Nico i jak będziesz mógł go rozpoznać. Znajdziesz też u siebie przedmiot, który posiadałeś za tamtego życia i do którego byłeś przywiązany.  
   Kiwam wolno głową. 
     – Ile będzie tych wskazówek? – pytam. 
     – Nie mam pojęcia, ale Afrodyta się rozkręciła. – Hades zaśmiał się sucho. – Radzę ci nastawić się na to, że nieprędko spotkasz się z Nico. Ale dam ci ostatnią radę. – Nadstawiam uszu. – Nie spierdol niczego.  

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hej <3 Fajnie tak regularnie, co nie? XD
Zapraszam wszystkich do mnie na Wattpada, macie linki obok :)) Tam piszę Lashtona, a większość rozdziałów pojawia się codziennie :3
Kogo wolicie perspektywę? Z kim się bardziej utożsamiacie? :D
Jestem ciekawa, czy ktoś odpowie ;-; Bo komentarzy małooo
Ostatnio też zastanawiałam się nad zawieszeniem bloga z tego powodu ;-;
;-;
Soł sed
Do zobaczenia za tydzień <3
14 pojawi się coś na walentynki, hehe :3
Do napisania!

poniedziałek, 1 lutego 2016

Rozdział 1 – W staro-nowym ciele w nowo-starym miejscu

Nico


   Jeszcze zanim w pełni się obudziłem, słyszałem głosy. Należały do kilku mężczyzn, zachrypnięte. Jeden z nich, zdecydowanie najstarszy, odpowiadał na pytania młodszych i przewracał kartki papieru. Stali przed moim łóżkiem, wyczuwałem to.  
   Gdy zaczęła wracać moja świadomość, kolejne dźwięki docierały do moich uszu. Przede wszystkim równomierne pikanie zwróciło moją uwagę. Gdzie ja jestem? Szukając odpowiedzi na pierwsze pytanie, zacząłem przysłuchiwać się rozmowie facetów. 
     – To jest niemożliwe... On przecież już nie żył – prawie krzyknął jeden z nich. 
   Jego głos był dość piskliwy, jakby miał zaledwie dwanaście lat. Nie próbowałem nawet domyślić się, ile naprawdę ma lat; nie było mi to potrzebne. 
     – Wszystko jest możliwe – skwitował drugi. – Cieszmy się. Uratowaliśmy kolejnego człowieka. 
     – I to nazywa się dobre podejście! – Zaśmiał się najstarszy z nich.  
   Ta sprawa zaczęła być coraz bardziej podejrzana. 
     – Ale przecież nie pierwszy raz spotykamy się z człowiekiem, który przeżył wypadek motocyklowy... – szepnął pierwszy głos.  
   Wypadek motocyklowy? Zacząłem coś sobie przypominać. Postanowiłem jednak słuchać dalej, nazbierać jak najwięcej informacji na swój temat. 
     – Ten jest wyjątkowy. – Zbył go któryś z głosów. – Możemy zażartować, że zmartwychwstał, jeśli to cię usatysfakcjonuje.  
   Coś jakby utknęło mi w gardle. Miałem ochotę krzyknąć, by odeszli ode mnie jak najdalej, ale moje ciało mi na to nie pozwalało. Zostawało mi czekać. 
     – Bardzo śmieszne – odpowiedział poważnym głosem. – Jak się on w ogóle nazywa... Powinien się już wybudzić. 
   Zacząłem nasłuchiwać jeszcze uważniej. 
     – Charlie Sanders – odparł najstarszy. – Ma dziewiętnaście lat, jeśli to również się interesuje.  
   Charlie? Ja jestem Charlie...? Próbowałem przypomnieć sobie cokolwiek, co mogłoby być istotne w takiej sytuacji. Moje imię bardzo dużo mi podpowiadało, jednak potrzebowałem więcej. Nadstawiłem uszu, błagając, by lekarze powiedzieli coś jeszcze na mój temat. 
     – Kto czeka na korytarzu? – zapytał. 
     – Jego mama i jakiś przyjaciel... – Zamyślony mężczyzna kolejny raz przewracał kartki papieru. – O, kiedy był mały, uderzył w ogrodzenie i od tamtej pory ma bliznę w prawym kąciku ust. Cóż za nieroztropne są te dzieci...  
   Poczułem przy wardze pieczenie. Ta blizna rzeczywiście tam była. Tylko kiedy sobie ją zrobiłem? Gdy byłem mały... Przecież całe dzieciństwo spędziłem z Bianką, moją siostrą... Zmarłą siostrą. Lekarze wyszli, a ja natychmiast wstałem, próbując złapać oddech. Co się dzieje?!  
   Popatrzyłem na swoje ręce. One nie były moje... Były inne. Nie miały odcisków od trzymania miecza, nie były pokaleczone od przewrotów w rośliny oraz od walk z potworami. Potwory. Kolejny trop. Tylko kto walczy z potworami... Bohaterowie. Nie, nie to, ale też coś na „b”. Bogowie! Rozszerzyłem szeroko oczy i złapałem się za kark. 
     – Nico di Angelo – szepnąłem. – Syn Hadesa.  
   Moja rodzina... moja matka i siostra... Przecież one nie żyły! Marie di Angelo zabił sam Zeus, a Bianka zginęła przez Percy'ego. Chwila, kogo? Percy, Syn Posejdona. Chłopak w którym kocham się od zarania dziejów i z którym umarłem jakiś czas temu. Oparłem się o poduszkę i odchyliłem głowę. Za dużo informacji. 
     – Percy... znajdę cię, po to tu jestem. – Odetchnąłem głęboko. Pamiętałem. – Dzięki, Hadesie. 
   Całe moje życie dosłownie w jednej chwili mi się przypomniało. Śmierć Percy'ego i moja najbardziej mnie martwiły. Chociaż, później miała nastąpić jakaś zmiana ciał, Afrodyta miała nam pomagać się odnaleźć czy coś w ten deseń. Chwila. Skąd ja to wiem?! Jeszcze raz odetchnąłem i postanowiłem mówić swoje myśli na głos, by się uspokoić. 
     – Jestem teraz w innym ciele. Mam inne życie, inną rodzinę. Ale duszę mam tę samą... – Zastanowiłem się nad ostatnim zdaniem. – Muszę odnaleźć Percy'ego, który też jest w innym ciele, to jest mój cel. Tak cholernie go kochałem. – Prychnąłem. – Kurwa, nadal go kocham. 
   Poczułem pieczenie pod powiekami. Wiedziałem tylko, że muszę czekać, a sprawa zacznie się wyjaśniać sama. Postanowiłem skupić się na teraźniejszości, więc skupiłem się na Charliem. W tym momencie, do pokoju weszła kobieta i chłopak najprawdopodobniej w moim wieku. 
     – Kochanie! – Zgaduję, że to moja rodzicielka. Szybko podeszła do mnie, ocierając łzy z policzka. Przytuliła mnie, jak swojego syna, którym prawdopodobnie byłem. – Tak bardzo się o ciebie bałam, Charlie. 
   Odwzajemniłem uścisk czując, że tak trzeba. Nie mogłem zawieść tej kobiety. Musiałem grać, chociaż na chwilę obecną nie przypomniałem sobie żadnego wspomnienia związanego bezpośrednio z nią. 
     – Siema, Charlson! – Chłopak przybił ze mną żółwika, gdy moja mama mnie puściła. – Przyznam, że narobiłeś nam wszystkim stracha! Dobrze, że zachowałem się jak bohater i szybko zadzwoniłem po pogotowie... – Nonszalancko złapał się za kark i odchylił głową. Uśmiechnąłem się lekko. 
     – A czy przypadkiem nie zadzwonił po karetkę ten drugi chłopak? – zapytałem przekornie. 
   Mój rozmówca popatrzył na mnie zdziwiony z udawaną obrazą wymalowaną na twarzy. 
     – Musiałeś odebrać mi tę chwilę sławy, prawda? – spytał oburzonym tonem. – Ja, Isaac, twój najlepszy przyjaciel, mam na ciebie focha! – Wstał z łóżka. – Z przytupem! – W tym momencie tupnął nogą.  
   Zaśmiałem się szczerze. Ten chłopak wydawał mi się znajomy, więc postanowiłem nie martwić się faktem czy kojarzę go czy też nie. Podał się też za mojego najlepszego przyjaciela, co w końcu o czymś świadczy. 
     – Przepraszam, że przerywam. – Do sali wszedł lekarz. Prawdopodobnie ten najstarszy, którego wcześniej słyszałem. – Ale muszę zapytać: Charlie, jak tam zdrowie? Pamiętasz coś? 
   Nie chciałem kłamać. Czułem, że nie miałem tego w nawyku. Potrząsnąłem głową i spuściłem ją.  
     – Nie pamiętasz mnie? – Chłopak podszedł do mnie i złapał moje ramię. – To ja, Isaac. Znamy się od wieków. – Potrząsnął moim ramieniem i wziął moją głowę tak, bym popatrzył mu w oczy. – Nie pamiętasz?  
   Isaac miał niebieskie oczy od których biła radość i spokój. Na jego twarzy dostrzegłem zaledwie trzy prawie niewidoczne pieprzyki, każdy był usadzony w innym miejscu. Miał małe zmarszczki w kącikach ust, zapewne od tego, że ciągle się uśmiechał. Nos wypuszczał zimne powietrze, które wyczułem będąc w dość sporej odległości od jego twarzy. Przypatrzyłem się jego oczom, które nagle zasłoniły bujne czarne włosy, które wylazły z jego czapki.  
     – Proszę nie wywoływać presji na pacjencie... – Odezwał się lekarz. – Pan Charlie Sanders zapewne przechodzi przez krótkotrwałą amnezję. To normalne w takich nietypowych przypadkach... 
     – Pamiętam cię – mruknąłem nieśmiało. – Jesteś moim najlepszym przyjacielem, w każdy piątek przychodzimy do ciebie i robimy maraton horrorów.  
   Isaac popatrzył na mnie z ulgą wypisaną na twarzy. Zamiast mnie puścić, przytulił mnie lekko i szepnął do ucha:  
     – Wiedziałem. Nie mógłbyś mnie tak łatwo zapomnieć nawet, jeślibyś chciał.  
   Zaśmiałem się i odwzajemniłem uścisk. Isaac pachniał benzyną, potem oraz miętą. To było ciekawe połączenie, przyznam też, że szkoda było mi go puścić. Ładnie pachniał. 
     – Zostawisz nas samych? – nagle odezwała się moja mama.  
   Isaac wyszedł natychmiast z pokoju, kiwając do mnie na pożegnanie. Miałem nadzieję, że do mnie wróci, miło się z nim rozmawiało. 
     – Kochanie... Spójrz mi w oczy. – Mama złapała moje ręce i przypatrywała mi się. 
   Miała ciemnobrązowe tęczówki, coś jak ja w swoim dawnym ciele. Burza loków zasłaniała częściowo jej bladą cerę oraz cienie pod oczami. Twarz miała leciutko otwartą, widziałem kawałek jej białych zębów. Ścisnąłem mocniej jej chude dłonie i wykonałem polecenie. 
     – Opowiedz mi, co robiliśmy razem. – Poprosiłem. – To pozwoli mi przypomnieć sobie ciebie i całe swoje życie.  
   Kobiecie zeszkliły się oczy. Wiedziałem, że ta rozmowa była dla niej ciężka. Własny, prawdopodobnie rodzony syn jej nie pamiętał. Jeszcze mocniej ścisnąłem jej dłonie by wiedziała, że nie jest sama. Gdy chciałem upomnieć się o wymarzoną wypowiedź, zaczęła mówić: 
     – Co roku, w wigilię, pieczemy pierniczki razem z Isaacem. Zawsze wygłupiamy się we trójkę, obsypujemy mąką. – Uśmiechnęła się. – Ostatnim razem postanowiliśmy powycinać własne kształty z masy, a kiedy ja odsunęłam się na chwilę... Isaac już zdążył obrysować penisa i dorabiać szczegóły. – Zaśmiałem się, tak jak rodzicielka. – Spojrzałam na niego krytycznym wzrokiem, a później żartowałam, że on cię demoralizuje. Pamiętasz?  
   Szybko pokiwałem głową, nie mogąc powstrzymać się od uśmiechu. Doskonale pamiętałem to, jak Isaac postanowił wyciąć karnego kutasa specjalnie dla mnie, ponieważ stwierdził, że dawno nie miałem takiego w dupie. Wiedział, że jestem biseksualistą i czasem się z tego naśmiewał. Spodobało mi się to, jako Nicu di Angelo. 
     – Inne wspomnienie, takie z dzieciństwa, to wtedy, gdy pojechaliśmy nad jezioro z ojcem. On próbował nauczyć cię łowić ryby, ale średnio ci to szło. Miałeś zaledwie siedem lat i ledwo trzymałeś wędkę w ręce. – Kolejny raz uśmiechnęła się. – Wyglądałeś przeuroczo, gdy złowiłeś malutką rybkę. Później chodziłeś po szkole i chwaliłeś się tym przed Isaacem, który naprawdę miał ochotę cię udusić, gdy usłyszał tę opowieść po raz setny. – Zaśmiałem się. – Od zawsze miałeś z nim dobre kontakty, choć ja nadal sądzę, że on cię demoralizuje. – Zażartowała.  
   Wszystko zaczęło mi się przypominać. Za tymi dwiema sytuacjami stało wiele emocji, rozmów, śmiechów z moją mamą... Każde wspomnienie przyciągało kolejne dwa. Patrzyłem nadal w oczy swojej rodzicielki, uśmiechając się coraz szerzej.  
     – Pamiętam – szepnąłem. – Mamo, naprawdę pamiętam. – Przytuliłem ją mocno. 
   Głaskałem ją po głowie i bawiłem się jej włosami. Często narzekała na nie, tyle razy zarzekała się, że je zetnie, ale nigdy tego nie zrobiła ze względu na tatę. On zawsze przekonywał ją, że wygląda przepięknie, nawet z ptasim gniazdem zamiast włosów. Miłość od zawsze towarzyszyła w mojej rodzinie. Mama często rozmawiała ze mną na różne tematy w różnych porach. Nie miałem problemy z ujawnieniem swojej orientacji seksualnej. Nie było żadnej awantury, tylko lekkie zdziwienie i zaakceptowanie mnie. Mocniej uścisnąłem mamę i puściłem ją.  
     – Kocham Cię, Charlie – usłyszałem.  
   Uśmiechnąłem się szeroko, wewnętrznie płacząc. Nie byłem Charliem. Miałem tylko jego ciało. 
     – Ja Ciebie też – odpowiedziałem.  
   Mam uścisnęła ostatni raz moją rękę i wstała.  
     – Teraz pewnie Isaac i Anthony będą chcieli z tobą porozmawiać. – Kolejny uśmiech wstąpił na jej twarz. – Miłej zabawy.  
   Wyszła z pomieszczenia, a zaraz po niej wparował Isaac i jakiś chłopak. Pewnie Anthony, jak to powiedziała mama, pomyślałem. Isaac rozsiadł się obok mnie na łóżku, i objął ramieniem. Popatrzyłem na niego zmieszany, zerknąłem też na jego rękę. 
     – Nadal nie wierzysz, że jestem twoim najlepszym przyjacielem? – spytał wyraźnie zażenowany. – Mam dowód, po którym nie będziesz mógł zasnąć w nocy. 
   Wyciągnął z kieszeni telefon. W tym czasie Anthony usiadł po drugiej stronie łóżka, tak, że ja siedziałem na środku. Isaac wszedł w galerię na swoim telefonie i kliknął na pierwsze lepsze zdjęcie przedstawiające nas w jakimś domu. 
     – To było u mnie, w zeszły piątek. Gdy czekaliśmy na zrenderowanie się filmu, wyciągnąłeś mi telefon z kieszeni i zacząłeś robić głupie zdjęcia. Sam popatrz. – Opowiadał jak zahipnotyzowany. 
   Przejechałem palcem po ekranie dotykowym i moim oczom ukazało się kolejne nasze głupie zdjęcie. Uśmiechnąłem się. Wykonałem te same czynności jeszcze wiele razy, skupiając swoją uwagę na ładniejszych zdjęciach. Każde przypominało i utwierdzało mnie w przekonaniu, że Isaac zdecydowanie jest moim najlepszym przyjacielem.  
     – Tu wyszliście całkiem ładnie – szepnął Anthony, wskazując na zdjęcie ukazujące Isaaca i mnie, gdy byliśmy w McDonaldzie.  
   Isaac uśmiechnął się wtedy głupio do kamery, a ja miałem słonkę od shake'a w ustach. Wyglądało na to, że świetnie się bawiliśmy. Przypomniał mi się ten dzień, jednak nie skupiłem się na nim zbyt długo. Przeciągnąłem palec po ekranie, ale zamiast wspólnego zdjęcia mojego z Isaacem, ukazała mi się męska klata.  
     – Uuu... – skomentowałem cichutko i przypatrzyłem się facecie na zdjęciu. 
   Anthony zaczął śmiać się pod nosem, a Isaac próbował wyrwać mi telefon z ręki.  
     – Od zawsze wiedziałem, że jesteś gejem – powiedziałem, gdy w końcu udało mu się zabrać telefon. 
   Usiadłem z powrotem na łóżku i uspokoiłem oddech. 
     – Powiedział biseksualista – prychnął Isaac i schował telefon do kieszeni spodni.  
     – On chociaż potrafi przyznać się, że podnieca go męska klata – skomentował Anthony. Uśmiechnąłem się. – Jeżeli jesteś gejem, możesz nam powiedzieć, my naprawdę nie będziemy... 
     – W sumie, to jakbyś był gejem, to brałbym cię – przerwałem. 
   Chłopacy spojrzeli na mnie zdziwieni, ale uśmiechnięci. Isaac starał się zachować spokój. 
     – Nienawidzę was, ale dziękuję – wypiął klatę do przodu. – Wiem, że jestem bardzo przystojny i pociągam każdą płeć. 
     – To dlatego nie masz dziewczyny – Specjalnie kaszlałem podczas wypowiedzi.  
   Isaac spojrzał na mnie z rządzą mordu w oczach, ale kąciki jego ust były skierowane ku górze. Anthony zaśmiał się z jego reakcji, a ja czekałem na śmierć. 
     – Też cię kocham – mówił przez zaciśnięte zęby. – Tak kurewsko cię kocham. 
   Zaśmiałem się i popatrzyłem na niego z głową przechyloną na lewą stronę.  
     – Wiem to, ja też cię kace i te sprawy – rzuciłem od niechcenia. 
   Isaac uśmiechnął się najszerzej jak potrafił i usiadł na łóżku.  
     – Cieszę się, że wróciłeś, Charlson – zaśmiał się. – Tak bardzo brakowało mi jakiegoś homosia przy boku.  
     – Homosia? – Udałem oburzenie. 
     – Przecież wiemy, że ten związek z Caroliną był... – Nie mógł znaleźć odpowiedniego słowa. 
     – Niewypałem – dokończył Anthony. 
   Przypomniałem sobie jakiś urywek z życia, gdy trzymałem za rękę blondwłosą dziewczynę, najpewniej Carolinę. Spojrzałem po chłopakach, oczekując więcej informacji na temat mojego związku. Oni jednak zignorowali to spojrzenie. 
     – Nieważne, to już przeszłość – zakończył temat Isaac i kolejny raz podał mi swój telefon. – Zobacz, jakie zdjęcia znalazłem w domu.  
   Wybrałem pierwsze zdjęcia na którym był mały Isaac. Miał może z dziesięć lat. Anthony uważnie wpatrywał się w wyświetlacz telefonu, a kiedy pokazałem kolejne zdjęcie, wybuchliśmy obydwoje śmiechem. Zdjęcie pokazywało, jak sikał pod prysznicem, gdy był w podobnym wieku, co na poprzednim zdjęciu. 
     – Nie śmiejcie się! – krzyknął Isaac, ale sam zaczął się śmiać. – Sikać mi się chciało, a że ktoś mi zrobił wtedy zdjęcie, to nie moja wina!  
   Zasłoniłem usta dłonią, próbując opanować śmiech. Nie udawało mi się to, tak samo jak Anthony'emu. Ta sytuacja, to zdjęcie... Było zbyt śmieszne, jakkolwiek to brzmi. Dopiero po kilku minutach nieopanowanej radości, udało mi się uspokoić. Gdy zerknąłem na to zdjęcie, wywołało u mnie tylko lekki uśmiech, dzięki czemu mogłem zobaczyć resztę zdjęć. 
   Wszystkie były dość śmieszne, jednak sikanie pod prysznicem było najlepsze. Zablokowałem telefon i oddałem go właścicielowi z uśmiechem na twarzy. Potrząsnąłem głową, jakby próbując wrzucić z siebie uśmiech.  
     – Będę miał koszmary – szepnął Anthony. 
     – A ja sny erotyczne – palnąłem. 
   Chłopacy zaczęli się głośno śmiać, a Isaac zrobił na dodatek dzióbek i wysłał do mnie buziaka. 
     – Kace, bro. – Uśmiechnąłem się do niego i złapałem pocałunek. 
   Następnie oparłem się o poduszkę i złapałem w dłonie kołdrę.  
     – Jaki mamy dzień tygodnia? – spytałem by podtrzymać rozmowę. 
     – Wtorek. Pamiętaj, do piątku masz stąd wyjść! – Pogroził mi palcem Isaac. 
   Pokiwałem głową z zamkniętymi oczami. Zachciało mi się spać.  
     – Przepraszam, że znowu przerywam, ale proszę o opuszczenie pomieszczenia. – Lekarz parzył się cały czas na Isaaca. – Pan Charlie musi odpocząć, a ja muszę ustalić, kiedy będzie gotów opuścić to miejsce.  
   Isaac jakby się obudził. 
     – On wyjdzie stąd przed piątkiem, prawda?! Mu już nic nie jest, on jest zdrów jak ryba! – Isaac wyszedł za lekarzem, wciąż błagając go o wypuszczenie mnie z domu przed piątkiem. 
   Zerknąłem znacząco na Anthony'ego. Ten wzruszył ramionami i wstał. 
     – Taki już jest. Odpocznij trochę, bo jak nie wrócisz do domu przed piątkiem, to Isaac cię zabije – ostrzegł mnie. 
   Uśmiechnąłem się do niego i pomachałem mu. Odwdzięczył się tym samym, a następnie opuścił pomieszczenie, zostawiając mnie w ciszy i samotności. Odetchnąłem głęboko i położyłem się. Chciałem zapaść w głęboki sen i choć troszkę odpocząć.  
   Ta cała sytuacja wydawała mi się naprawdę dziwna, ale cieszyłem się z takiego obrotu spraw. Miałem najlepszego przyjaciela, a nawet dwóch! Mama mnie wspierała, a tatę chociaż miałem... Czego więcej mógłbym chcieć?  
   Percy'ego, odpowiedziałem automatycznie. 
   Odpłynąłem w krainę Morfeusza. 

     – Witaj, Synu – słyszę w swojej głowie. 
   Wiem, do kogo należy ten głos. Hades.  
     – Witaj, Ojcze – odpowiadam, zastanawiając się, po co przychodzi do mnie we śnie. 
   Hades idzie w moim kierunku, a w ręce coś niesie. Nie mam pojęcia, co to jest, ale wygląda znajomo. 
     – To będzie w twoim pokoju. Mam ci coś do przekazania na temat twojego kochasia. 
   Nadstawiam uszu i czekam cierpliwie na wiadomość. 
     – Jackson jest już w swoim nowym ciele, jak ty. Wszystko przebiegło zgodnie z planem, w piątek obydwoje dostaniecie pierwsze wskazówki od Afrodyty. – Zrobił krótką przerwę. – Nico, zapamiętaj coś. Skup się na celu, ale pokonuj przeszkody powoli. Masz całe życie na znalezienie tego durnego Syna Posejdona, który tak bardzo namącił w Twoim życiu.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witam wszystkich w nowym opowiadaniu! :D
Mam nadzieję, że długość rozdziałów wam się spodoba. 2600 słów, czyli dość sporo :3
Ogólnie cieszę się, że tak szybko udaje mi się pisać te rozdziały. Mam nadzieję, że są one lepsze niż poprzednie ^^
Będę dodawać rozdziały co tydzień, w poniedziałek, na osłodzenie wam tego dnia tygodnia :3
Prawdopodobnie będę je dodawać o 14:00, w sumie, bez jakiegoś większego powodu *^*
14 lutego pojawi się też motyw walentynkowy... Ehh, dam radę to nabazgrać xD
Pozdrawiam i zachęcam do komentowania <3 :3 

piątek, 8 stycznia 2016

One - Shot! PERCICO! 4/4

Mecz


   Siadam na trybunach obok nerwowej Piper, obgryzającej swoje paznokcie. Minęło kolejne kilka dni, a Jason zaczął normalnieć. Zgodnie z obietnicą. Percy zdobył jakieś plastry, które mają pomóc mu rzucić palenie. Na razie działają, choć nie ukrywam, że Jason co jakiś czas prosi mnie o papierosa albo chociaż o jednego macha. Za każdym razem odmawiam, tłumacząc mu, że zależy mi na nim i nie mogę tego zrobić. Kończy się na tym, że i ja i on mamy poczucie winy.
   Jestem ciekawy, jak wypadnie ten mecz. Z Percy'm ćwiczyliśmy codziennie, on miał jeszcze treningi z całą drużyną, ale jestem zdenerwowany. Mam wrażenie, jakby miało się coś stać.
   Gdy tylko mecz się rozpoczyna, bacznie obserwuję Percy'ego i Jasona. Obydwoje są doskonale przygotowani – kiwają się z przeciwnikami, nie dają sobie wytrącić piłki z rąk. Wspaniale ogląda się ich idealne rzuty do kosza, ich współpraca jest na bardzo wysokim poziomie. Fakt faktem, ich przeciwnicy są dość mocni, jednak cały zespół jakby w ogóle ze sobą nie współpracuje.
   Co jakiś czas nasza szkoła klaszcze, gdy jakiś chłopak wykaże się wyjątkową celnością bądź zręcznością. Wygrywamy.
     – Nico? – Piper szepcze mi do ucha.
   Zerkam na nią. Jest końcówka meczu, a ona chce porozmawiać!
     – Tak? – pytam.
   Piper jakby zawstydzona, przybliża się do mnie. Czuję bijące od niej ciepło na całym lewym ramieniu.
     – Wiem, że to dziwna pora na mówienie taki rzeczy... – zaczyna – ale mam dzisiaj randkę z Jasonem i trochę się denerwuję.
     – Widać – rzuciłem okiem na jej paznokcie, które zaczęła piłować pilniczkiem. – Czym się stresujesz?
   Dziewczyna patrzy na Jasona, który właśnie trafił do kosza. Podgryza wargę.
     – Nie wiem. Randka wyszła z jego inicjatywy, więc właściwie nie wiem, czego mam się spodziewać.
     – Chyba nie spodziewasz się najgorszego? – cicho pytam.
   Piper spuszcza wzrok na pilniczek, a następnie znów wpatruje się w Jasona.
     – Nie, mam nadzieję, że tak nie będzie – mruczy.
     – Jak dla mnie, Jason chce cię przeprosić za swoje ostatnie zachowanie – rzuciłem z uśmiechem na twarzy.
   Brązowowłosa również uśmiecha się pod nosem. Chyba udało mi się ją przekonać.
     – Masz rację. Jestem ciekawa, co wymyślił.
   Wzruszam ramionami. Jason czasami ma głupie pomysły...
   Wygraliśmy!

***

     – Jesteś pewien, że nie chcesz spędzić tego czasu z drużyną? – pytam, nadal nie mogąc uwierzyć, że Percy wybrał mnie. – To jest dla ciebie wielkie zwycięstwo.
   Chłopak przypiera mnie do ściany i namiętnie całuje. Odwzajemniam pocałunki, napawając się nimi. Następnie patrzę w oczy zwycięscy.
     – Wielkie zwycięstwo spędza się z najważniejszymi ludźmi – szepcze.
   Rumieniec zapewne pojawia się na mojej twarzy. Odpycham leciutko Percy'ego i chwytam go za rękę. 
     – Gdzieś mnie prowadziłeś. Prowadź dalej, jeśli łaska – rzucam z uniesioną głową. 
   Niemal czuję to, jak Percy się uśmiecha i patrzy na mój tyłek. Przyciągam go ręką, tak, że idzie przede mną. Dzięki temu to ja mogę patrzeć się na jego tyłek.
     – Nie patrz się – słyszę.
   Prycham, udając oburzenie.
     – Nawet nie zerknąłem – kłamię.
   Chłopak odwraca się i patrzy w oczy.
     – A ja na twój tak. Cóż, twoja strata – odwraca się na pięcie, dalej mnie prowadząc. 
   Dlaczego on mnie tak łatwo doprowadza do takiego stanu?! Staram się zakryć rumieniec włosami, choć Percy i tak tego nie widzi.

***

   Dochodzimy do domu Percy'ego. Chłopak wyciąga klucze i otwiera drzwi do swojego dużego domu. Zakładam, że jego rodziców nie ma w domu. Tylko co ten zboczeniec przygotował? Przełykam ślinę i zerkam na niego. Mina niewiniątka. 
     – Nie bój się, nic ci nie zrobię. – Przechodzę przez próg. – Jeszcze. 
   Śmieję się cicho i rozglądam się po pomieszczeniu. Meble są w odcieni jasnego brązu w połączeniu z białymi akcentami. Na ścianach porozwieszane są różne obrazy oraz rysunki Percy'ego, które rysował zapewne w pierwszej klasie. Na wprost ode mnie znajduje się kuchnia, a po jej lewej łazienka. Po prawej są schody na górę; zapewne prowadzą do pokoju Percy'ego. Po drugiej stronie wielki salon z białą kanapą na środku, beżowym dywanem, szklanym stolikiem i kolorowymi poduchami w kącie. Już wiem, gdzie będę spędzał większość czasu. 
   Szybko zdejmuję buty i odkładam torbę z książkami. Kieruję się na poduchy i rzucam się w nie.
     – Ej, to moje miejsce! – śmieje się Percy i przesuwa mnie.
     – Nie zmieścisz się, jestem za gruby. 
   Chłopak wybucha śmiechem i kładzie mnie na sobie. Opieram podbródek o jego klatkę piersiową i patrzę mu w oczy. Są takie śliczne, a teraz takie szczęśliwe na dodatek.
     – Możemy pójść spać? – pytam z udawaną nadzieją w głosie. 
   Percy otula mnie ramionami i przyciąga ku swojej twarzy. Całuję go delikatnie w usta, a on zrzuca mnie z siebie i mocno przytula, leżąc bokiem. Dosłownie topię się w jego uścisku, ale czuję się tak bezpiecznie, jak nigdy. Odwzajemniam uścisk, trwamy w nim chyba z kilka minut.
     – Nico? – pada pytanie z ust Percy'ego.
   Kiwam głową i niechętnie puszczam go, by móc patrzeć w jego oczy podczas rozmowy. 
     – Może to nie jest jeden z najromantyczniejszych i najbardziej oryginalnych momentów, ale... zostaniesz moim chłopakiem? 
   Po raz pierwszy zauważam rumieniec na jego policzkach. Po prostu muszę się uśmiechnąć, to silniejsze ode mnie! 
     – Pewnie, Percy – mówię, jak już się trochę uspokajam. – Jak ty słodko wyglądasz z rumieńcem na twarzy! 
   Lekko szturcha mnie w ramię i sam się śmieje.
     – Powiedział najbardziej wstydliwy ukuś świata – mruczy.
   Całujemy się „na zgodę” i kolejny raz opanowuje nas atak śmiechu i głupawki. Postanawiamy nigdy nie wstawać z tego miejsca, tylko przyglądać się sobie nawzajem z uśmiechami na twarzach i spokojem w sercach. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Kolejną rzecz zakończyłam :') Soł faking sed
Mam nadzieję, że spodobał się wam ten kilkuczęściowy Shot xD 
Jeżeli chodzi o nową serię – na bieżąco będę informować was w notce obok. Mam jednak kilka postanowień co do rozdziałów, które powinny wam się spodobać :)) 
Pojawiła się też ankieta dotycząca nowej serii! Proszę wszystkich o głosy :D 
Pozdrawiam, weny życzę wszystkim blogerom :3
Jeszcze raz pozdrawiam :3
Do napisania! 
   

środa, 6 stycznia 2016

Epilog

    Nico di Angelo powolnym krokiem szedł w kierunku swego ojca. Zawiódł go, zawiódł praktycznie wszystkich, na których mu zależało. Osąd zbliżał się wielkimi krokami, a nie było przy nim najważniejszej osoby w jego życiu. Czy to możliwe, by przeżyła?, przeszło mu przez myśl. Zrobił kilka większych kroków i odważył się unieść głowę. Zobaczył go. Hades we własnej osobie, siedział na wysokim, czarnym tronie i patrzył na niego z góry.
   Nico wiedział, jak bardzo surowa będzie kara.
   Percy Jackson natomiast szedł żwawo, chciał mieć to za sobą. Za wiele wycierpiał, chciał, by to się skończyło. Stanął przez Panem Podziemi i spojrzał w lewo. Zobaczył swego kochanka, który również dostrzegł jego.
   Wymienili się uśmiechami, już chcieli do siebie podejść, gdy Hades przerwał tę uroczą scenkę.
     – Nie po to ja was osądzam, byście się teraz obściskiwali – stwierdził chłodno. – Mam dla was propozycję, która może was zainteresować.
   Chłopacy, a właściwie już mężczyźni, spojrzeli na niego zaintrygowani. Czy to możliwe, że odzyskają utracony żywot?
     – Jako iż wiele razy ratowaliście świat i tym razem przyczyniliście się do tego, dyskutowaliśmy z bogami, że to niemożliwe, byście... tak po prostu odeszli. – Zrobił krótką przerwę, podczas której oblizał usta i strzelił palcami. – Damy wam ostatnią szansę. Jeżeli tylko chcecie, oczywiście.
   Percy patrzył na Hadesa z wdzięcznością, nie sądził, że okaże im wsparcie. Nico dziękował w duchu, że jego ojcem jest Pan Podziemi.
     – Możecie powrócić do życia, jednak – podkreślił to słowo – będziecie w innych ciałach niż dotychczas. Wszyscy bogowie stwierdzili, że musicie mieć swoje umiejętności. Nie wiadomo, kiedy świat znowu będzie was potrzebował. – Uśmiechnął się lekko, niezauważalnie. – Zmieni się wasze życie, wasza rodzina, znajomi. Sam nie wiem, w jakich ciałach jeszcze wylądujecie, ale... postanowiliśmy jeszcze bardziej osłodzić wasze życie.
   Wstał i zszedł do dwójki martwych herosów. Popatrzył każdemu w oczy, Nicowi jednak oprócz tego posłał mały uśmiech.
     – Afrodyta, by urozmaicić wasze życie miłosne, postanowiła, że co tydzień będziecie dostawać wiadomości z informacjami o drugiej osobie. O ile pamiętam, po miesiącu czasu dostaniecie również swoje zdjęcia, co ułatwi wam odnalezienie siebie nawzajem. – Kolejna przerwa. – Traficie prawdopodobnie do ciał, których dusze są już tutaj, w Hadesie i zrobimy podmianę. Oczywiście, będziemy starać się, by wasze ciała być choć trochę podobne do tych starych. Ale nic nie obiecuję.
   Zarówno Nico jak i Percy słuchali z uwagą wszystkiego, co mówił do nich Hades. Byli miło zaskoczeni, choć nie ukrywali zdziwienia. Obydwoje mieli rozszerzone oczy, nie mogli ustać w miejscu.
     – To jak, zgadzacie się? Czy wolicie pójść do Elizjum jako umarlaki? – zapytał Hades.
   Herosi nawet nie musieli się zastanawiać. Decyzja była prosta.
     – Zgadzamy się – powiedzieli w tym samym momencie.
   Hades zaśmiał się pod nosem i uśmiechnął szeroko.
     – Dobry wybór. Życzę szczęścia.
   Świat jakby zawirował przez chwilę. Przecież właśnie umarli powstawali, a choć takie sytuacje zdarzały się już wcześniej, ta była zdecydowanie inna od reszty. Dwójka zakochanych ma za zadanie odnaleźć siebie nawzajem.
   Obydwoje wiedzieli, że uda im się tego dokonać.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Sama nie wiem od czego zacząć. Od trzeciego przywitania w tym dniu. Tak, to dobry pomysł.
Także... Witajcie.
Notka będzie troszkę dłuższa, dla wytrwałych osób. 
Percico II pisałam jakieś 10 miesięcy. Długi okres czasu. 
Wyszły z tego 23 rozdziały (7 był podzielony na dwie części) + prolog + epilog = 25 
Sporo jak na mnie.
Wiele głupot tu nawpisywałam, wiele błędów robiłam, robię i będę robić. A wy to wszystko czytaliście (nadal czytacie), poprawialiście mnie (nadal poprawiacie), dodawaliście otuchy (nadal dodajecie). Dziękuję każdej osobie z osobna za to, że zostawiła po sobie jakiś ślad; czy to komentarz czy głos w ankiecie. Bardzo mnie to zmotywowało.
Cieszę się, że mam tę serię za sobą. Myślałam trochę o kolejnej części, myślami jestem już w Percico III. Postaram się pisać poprawnie, w ogóle pisać po polsku. Bo niektóre słowa zapewne zmyśliłam :')
Sama widzę u siebie zmianę w pisaniu, cały czas zmienia się mój styl. W następnej serii ulegnie on troszkę zmianie. Mam nadzieję, że będzie wam się jeszcze lepiej czytało moje wypociny.
Tak w sumie, jest 2:30 (jak to dodam, będzie 15:00) i jestem taka wylewna z uczuciami. Cóż.
Nie raz pisałam rozdziały w nocy.
Dobra, dziękuję wam za niecały rok ze mną. Za ponad rok na blogu. To już będzie ze mną związane do końca życia. Dziękuję.
Rok 2015 był dla mnie najcięższym rokiem. 2016 zapowiada się wręcz zajebiście :)) Na pewno dużo czasu przeznaczę w nim na pisanie kolejnych rozdziałów <3
Pozdrawiam was bardzo serdecznie. Mam nadzieję, że choć trochę spodobało wam się zakończenie tego opowiadania. 
Zapraszam do komentowania, brania udziału w ankietach... Zapraszam serdecznie.
A, odpowiadając na pytanie jednego z czytelników.
Sylwestra spędziłam z moją przyjaciółką, którą poznałam w Internecie. To było nasze pierwsze spotkanie. Naprawdę, było warto. 
Jeszcze raz pozdrawiam :3 

Rozdział 22 *-*

Wspomnienia


          * Percy Jackson *

      Ta kobieta spojrzała mi w oczy. Pustka. Jakby w ogóle ich nie posiadała. Czułem się martwo. Nie wiem, czy jest takie określenie, ale tak się czułem. Odwróciłem wzrok, dzięki Nicowi. Zrobiłem kilka kroków w tył.
     – Nie uciekniecie przed tym. – Zaśmiała się. – A w sumie, nie chce mi się tak was zabijać. – Zrobiła krótką przerwę. – Mam lepszy sposób.
   Zerknąłem na Nica. Nadal trzymał dłoń tam, gdzie potwór go zranił. Rana wyglądała bardzo poważnie. Gdyby był z nami Will...
     – Kocham Cię – powiedział cichutko Nico. – Zawsze cię kochałem.
   Zeszkliły mi się oczy.
     – Też Cię kocham. Zawsze będę.
   Pocałowałem go najdelikatniej w usta, jak tylko potrafiłem, a następnie wziąłem miecz do ręki i czekałem na potwory, które się do nas zbliżały. Kolejna walka. Łzy praktycznie ciekły mi po policzkach, mieliśmy wygrać. Niestety, odejdziemy jako przegrani.
     – Walcz, kochanie. Proszę. Dla mnie – wyszeptałem przez łzy.
   Nico też płakał. Nie miał siły. Ja zresztą też nie. Jednak wziął miecz w ręce i przyjął pozycję bojową.
     – Będę walczył. Nawet, jeśli umrze któreś z nas, drugie ma walczyć, jasne?! – nakazał.
   Pokiwałem głową i chwyciłem go drżącą dłonią za rękę. Jest jakaś mała szansa. Mała, ale jest. Puściłem jego dłoń i razem ruszyliśmy do boju.
   Robiłem uniki, ciąłem mieczem na prawo i lewo, ale zaczynałem tracić siły. Rany – zaczynało ich być coraz więcej. Miałem mroczki przed oczami. Kątem oka widziałem, jak Nico walczy, próbuje wezwać szkielety, ale nie ma tyle mocy. Upadł. Jako pierwszy z nas, opadł na ziemię, nieprzytomny, może już nieżywy.
   Krzyknąłem. To był ryk rozpaczy. Ta kobieta śmiała się wniebogłosy, chciałem coś zrobić. Byłem za słaby.
   Potwory rozszarpywały moje ciało na strzępy. Jęczałem z bólu, rozpaczy i goryczy. Umierałem. Kurwa, umierałem w bardzo szybkim tempie. Starałem się walczyć, ale kiedy dosłownie nic nie widziałem, poddałem się. Upadłem na ziemię, jak Nico.
   Umarłem.

   Wspomnienia zaczęły się odtwarzać, zupełnie, jakbym był na sali kinowej. Najsilniejszym, najbardziej emocjonującym wspomnieniem, było nakrycie Annabeth w łóżku z jakimś facetem.
   Wracałem do domu, z pracy, po naprawdę ciężkim dniu. Kilka osób musiała zabierać policja, ponieważ chcieli wtargnąć do klubu, którego akurat pilnowałem. Wracałem zmęczony, ale z myślą, że spotkam swoją kochaną dziewczynę w domu. Nie braliśmy ślubu. Ann uznała to za zbędne. Teraz już wiem, dlaczego.
   Wszedłem do domu, zrzucając od razu z siebie kurtkę i kładąc ją na komodzie. Nie zdejmowałem butów, nie miałem na to siły. Wszedłem do sypialni, gdzie zobaczyłem... Annabeth. Nagą. Za jakimś gościem.
   Najpierw mnie to zszokowało, myślałem, że mam zwidy albo śnią mi się jakieś głupoty. Ann jęczała przez dotyk tego mężczyzny. Miała zamknięte oczy, nie widziała mnie. Przyglądałem się im parę chwil.
   Całował jej piersi, rękami kombinował coś przy majtkach. Oparłem się o framugę drzwi i przyglądałem im w kompletnej ciszy. Jedynym znakiem mojej obecności, była spływająca łza po mym policzku.
   Ann nie raczyła otworzyć oczu jeszcze przez długie minuty. Patrzyłem, jak jest jej dobrze z innym facetem. Łza za łzą spływały po polikach. Nie wycierałem ich. Pozwoliłem, by ciekły powoli, pozostawiając ślad. Ślad w sercu, na twarzy.
   Uświadomiłem sobie w jednej chwili, jak Annabeth bardzo się zmieniła. Poszła do pracy, poznała nowe przyjaciółki, które nie grzeszyły inteligencją. Była mądra. Bardzo. Ale łatwo dała wciągnąć się w jakieś nałogi. Paliła. Sporo.
   Zaczęła ubierać się wyzywająco, co na początku mi się spodobało. Nie spędzaliśmy razem za wiele czasu, myślałem, że wszystko między nami jest dobrze. Wiedziałem, że czasem płakała. Wspominała Tartar, tak jak ja. Kilka razy krzyczała na mnie, że zostawiłem ją wtedy w Tartarze na pewną śmierć. Była chora. Choroba psychiczna dosięgnęła i ją.
   Piper i reszta z Wielkiej Siódemki odwrócili się od niej. Piper i Annabeth pokłóciły się, sam nie wiem o co i straciły kontakt. Jason po prostu się do niej nie odzywał. Hazel i Frank mieszkali sobie spokojnie w Nowym Rzymie i nie mieli o niczym pojęcia. Gdyby tylko wiedzieli...
   Ann wracała czasem pijana po nocach. Nie potrafiłem bez niej zasnąć, jednak czułem, że to nie jest to samo. Nie kochałem jej tak, jak wcześniej. Zmieniła się. Ja sam także to zrobiłem.
   Nie rozmawiałem z nikim, stałem się typem samotnika. Wiecznie przygarbiony, czasem wredny. Jednak, nie uważam bym zasłużył sobie na takie coś.
   Ann kochała się z tym facetem na moich oczach, nie mając pojęcia, że to widzę. Jęczała, krzyczała jego imię. Łzy nadal spływały po mej twarzy, postanowiłem zaczekać, aż skończą. Ledwo trzymałem się na nogach, ale musiałem dać radę. Łzy kapały na dywan, kupiony kilka miesięcy wcześniej. Byliśmy tacy szczęśliwi, wybierając go.
   Po skończonym, najwyraźniej udanym, seksie, Ann i ten facet położyli się na łóżku. Moim łóżku i Annabeth. Zakuło mnie w sercu.
   Dopiero wtedy Annabeth mnie zobaczyła. Szybko zasłoniła piersi brudną kołdrą i zaczęła krzyczeć coś w stylu: „To nie tak! Daj mi to wyjaśnić!”. Ale ja wszystko widziałem. Dosłownie. Wszystko.
   Odwróciłem się na pięcie, wziąłem kurtkę i pobiegłem do rodzicielki. Zachowałem się jak bachor, ale nikomu tak bardzo nie ufałem, jak jej. Wpuściła mnie, wysłuchała.
   Kiedy Ann przyszła pod jej drzwi, dała mi znak ręką, bym podszedł i porozmawiał z córką Ateny.
   Jedyne pytanie, jakie zadałem brzmiało: „Jak długo mnie zdradzasz?”.
   Nie otrzymałem odpowiedzi. Jedynie jakieś pomruki.
   Ann zaczęła tłumaczyć, że to uczucie wygasło, ale przyznała, że mnie kochała. Wierzyłem w to. Widziałem miłość w jej oczach podczas tych wszystkich lat.
   Skończyło się na tym, że wyprosiłem ją. Powiedziałem, że przyjdę po rzeczy następnego dnia i wyprowadzam się.
   Kiwnęła głową.
   Odeszła, mając spuszczoną głowę ze wstydu.
   A ja zaszyłem się w swoim starym pokoju i zalewałem się łzami. Mama starała mi się pomóc, ale ja nie chciałem niczego. Ani miłości. Ani opieki. Chciałem zostać sam.
   Podczas następnego roku dochodziłem do siebie. Zdałem sobie sprawę, jak krucha jest miłość. Wierzyłem jednak w jej potęgę. Podczas tego roku poprzypominałem sobie różne rzeczy, różne osoby. Kiedy zerknąłem na schody pożarowe, przypomniał mi się Nico, gdy przyszedł zjeść ciasto urodzinowe.
   Tak właśnie zacząłem intensywne myślenie o nim.
   Doszukiwałem się w jego gestach jakiejkolwiek wskazówki, co syn Hadesa może do mnie czuć. Niczego nie rozumiałem.
   Kiedy go spotkałem, dopiero wtedy do mnie wszystko dotarło. Jego spojrzenia, ignorowanie mnie... Zrozumiałem, kto jest mi pisany.
   Następne wspomnienia były związane z Nico, Jasonem, Piper... Z wszystkimi Herosami. Płakałem. Nieważne, że nie żyłem. Płakałem za nimi, za tym, że już nigdy ich nie zobaczę. Kiedy seans dobiegł końca, zostałem sprowadzony do Hadesu, w postaci duszy. Czy bałem się?
   Tak. Bałem się, że nie spotkam tam Nica.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
:') Cała sprawa z Ann wyjaśniona
Epilog pojawi się około 15 jednak.
Pozdrawiam i zachęcam do zostawienia komentarza :)

Rozdział 21 *-*

Zarozumiały ignorant


          * Percy Jackson *

         Nico złapał mnie za rękę i razem wbiegliśmy w cień. Pomimo wcześniejszych podróży cieniem, nadal było to dla mnie trudne do opanowania. Chciałem wymiotować, brzuch mnie bolał, kości zresztą też. Jednak przeżyłem. Znalazłem się na drugiej stronie, zupełnie nie wiedząc, gdzie jestem.
     – Jesteśmy w...? – zagadnąłem.
     – Asuncion.
   Wstałem i rozejrzałem się po okolicy. Pusto. Ciemno. Czarno. Chyba właśnie wkroczyliśmy na terytorium tego czegoś. Wydawało mi się, że widziałem potwora biegnącego przed siebie, niosącego w pysku jakieś kości. Śmieszne, nawet nas nie zauważył.
   Trzymałem Nico za rękę przez ten cały czas. Wiedziałem, że może zaraz zemdleć, ledwo trzymał się na nogach. Widać było, jak te podróże go niszczyły. Kiedy poszliśmy spać, on cały czas się budził, trząsł albo szeptał moje imię. Bał się. Ja bałem się o niego.
   Przytuliłem go nagle. Strach, że to może być ostatnie miejsce, które zobaczę, przyprawiała mnie o dreszcze. Zawsze wyobrażałem sobie swoją śmierć zgoła inaczej. Na łące, w spokoju i samotności. Odszedłbym, gdy osiągnąłbym wszystko, czego chciałem. Miałbym kochającego... męża, może rodzinę. Odszedłbym wiedząc, że wszystko, co zostawię po sobie, było coś warte. Uratowanie świata dwa razy. Przejście przez Tartar. To były naprawdę wielkie rzeczy.
   Jednak chciałem mieć osobę, która szczerze mnie kochała. Która byłaby w stanie oddać za mnie życie, ale także pogodzić się z moją śmiercią. Czy Nico był taką osobą?
   Na pewno oddałby za mnie życie, ale czy gdybym zginął, potrafiłby się otrząsnąć? Jego najlepszy przyjaciel umarł, ma tylko przyjaciółkę z Obozu, do której może nawet nie wrócić... Nie chciałem o tym myśleć. Ale z drugiej strony, jak nie teraz, bliski śmierci, to kiedy? W drodze do Elizjum? O ile jeszcze do niego trafię...
   Pocałowałem Nico w czoło i złapałem jego twarz w dłonie. Oczy wyróżniały się na tle jego bladej cery, lecz wydawały się czarne. Pomimo smętnego koloru, czułem od nich miłość. Pocałowałem Nico z taką namiętnością, na jaką było mnie w tej chwili stać. Jego wargi były takie zimne, pragnęły dotyku. Całował mnie z zachłannością, jakby wiedział, że mogą to być nasze ostatnie pocałunki. Nie chciałem ich kończyć.
   Miałem zamknięte oczy, wyobraziłem sobie piękną łąkę wokół nas. Nie chciałem otwierać oczu. Oznaczałoby to kontakt z rzeczywistością. Trzymałem Nico za szczękę, nie chcąc go puścić.
   Ale kiedyś musieliśmy.
   Oderwałem się od niego i popatrzyłem mu głęboko w oczy. Widziałem w nich miłość, wolę walki i nadzieję. Uśmiechnąłem się szeroko. Trzeba spróbować.

***

   Odgryzłem jednemu przeciwnikowi głowę i natychmiast zabrałem się za kolejnego potwora. Było ich ze sto. Każdy szedł w kierunku moim i Nico. Mój chłopak strzelał do nich z łuku, stał paręnaście metrów za mną. Dopiero teraz zauważyłem, że z mojej sierści jakby wydobywał się blask, który ranił potwory. Przy okazji ochraniał mnie i Nica.
   Syn Hadesa strzelał do potworów celnie, niektóre po jednej strzale zamieniały się w pył. Walczył. Ja nie pozostawałem w tyle, zabijałem wszystko, co nabijało się na moje zęby i pazury. Nie byłem w stanie zliczyć ile potworów już zabiłem.
   Po kilku minutach, Nico został zmuszony użyć miecza, ponieważ potwory zaczęły coraz bardziej na nas nacierać. Niektóre wydawały się mądrzejsze od innych. Unikały moich „ciosów”, atakowały bardziej rozważnie. Zostało jakieś sześćdziesiąt potworów. Ponad połowa. Wierzyłem, że damy radę.
   Broniłem Nico, jak tylko się dało. Rzucałem się na wszystkich, co chcieli go choćby tknąć – czyli po prostu na wszystkich. Miałem kilka ran, ale żadna z nich nie była bardzo poważna. Ochrona od Apolla działała, czułem się silny.
   Po zabiciu kolejnych dwudziestu potworów, powoli zaczynało mi brakować tchu. Chciałem wręcz krzyknąć: „Dajcie mi dziesięć minut i wracam do was, kochani!”. Niestety, nie mogłem tak zrobić. Ponieważ nie mogłem mówić. Oraz też dlatego, że po prostu nie wypadało.
   Rozszarpaliby mnie na strzępy podczas tej przerwy.
   W sumie, to nie wiedziałem z kim walczę. Zabijałem wszystko po kolei, pył częściowo przysłaniał mi oczy. Na początku walki na pewno rzuciłem się na harpię, ale czy teraz też walczyłem z tą rasą? Nie wydawało mi się. Każdy potwór się czymś wyróżniał. Jeden wyższy, drugi niższy z wielkimi ramionami, trzeci bez oczu. Na pewno zostały stworzone przez... ciemność?
   Może, kiedy wychodziły z Tartaru, ktoś... Pozamieniał parę rzeczy? To dziwne. Odrzuciłem te myśli i skupiłem się na walce.
   Zabiłem kolejnych dziesięciu przeciwników i zerknąłem na Nica. Krwawił z prawego boku. Trzymał się za niego, ale widziałem, jak cierpi. Szybko skoczyłem w jego kierunku i ryknąłem na potwory. Przez sekundę stały w bezruchu, jakby się mnie przestraszyły. Nie trwało to jednak długo, ponieważ otrząsnęły się i kolejny raz na nas zaszarżowały. Słyszałem, jak Nico szuka ostatniego batona, ale nie może go znaleźć. Przecież ostatniego zjedliśmy wczoraj!
   Warknąłem i wróciłem do zabijania potworów. Nico nadal szukał pokarmu Bogów, nadaremno. Mogliśmy umrzeć. Szanse na przetrwanie nagle zniknęły. Z wściekłości na samego siebie, Bogów, głupotę ludzką, zacząłem atakować z coraz większą siłą.
     – Oj, weź, bo się zaraz porzygam z tej miłości! ˜– usłyszałem nad sobą.
   Nie zerknąłem jednak w tamtym kierunku. Jakaś kobieta tylko chce odwrócić moją uwagę. Pewnie jakaś zapomniana bogini...
     – Tacy słodcy, zginiesz, ratując swojego ukochanego. Rzygam tym! Rzygam tą miłością!
   Ignorowałem ją. Warczałem i ryczałem, rzucałem się na wszystkich. Miałem jeden cel. Ocalić Nico. Słyszałem jego krzyki. Kazał mi do siebie wracać, chciał, żebym umarł z nim. Ja nie chciałem umierać. Nie widziało mi się takie zakończenie. Nie przez przypadek, kurwa, jestem Synem Posejdona, by umrzeć w taki sposób!
   Zabijałem najszybciej, jak mogłem. Potworów było coraz mniej, to dawało mi motywację. Gdy zostało ich już tylko kilka, Nico dołączył się do mnie. Walczyliśmy, osłaniając się. Ta kobieta nadal coś do nas krzyczała, ale ignorowaliśmy ją. Gdy zabiłem ostatniego potwora, zamieniłem się w człowieka.
   Otarłem krew cieknącą z mojego nosa i przyciągnąłem do siebie Nica. Całowałem go namiętnie, ta bogini krzyczała coś do nas, ale nie myślałem o niej. Udało się. Będziemy żyć.
     – Perseuszu Jacksonie... Ty zarozumiały, arogancki ignorancie! – usłyszałem na tyle głośno, że przerwałem pocałunek.
     – Chyba troszkę przesadziłaś – skwitowałem jej zachowanie.
   Popatrzyła na mnie, zaciskając dłonie w pięści. Była dość... mała. Miała około metra czterdziestu wzrostu, nie widziałem dokładnie. Stała kilkanaście metrów ode mnie, więc nie widziałem twarzy. Ubrana była w zwykłą, czarną, postrzępioną sukienkę do kostek.
     – Nienawidzę ciebie i tej twojej miłości! – krzyknęła.
     – Ktoś tu chyba cierpi na brak chłopaka... – mruknąłem. – A ja lubię miłość.
     – A ja nienawidzę! Nienawidzę wszystkiego i wszystkich!
  Zerknąłem na Nico. Wydawał się być równie zmieszany tą sytuacją co ja.
     – Nie ma chociaż jednej rzeczy, którą być lubiła? – spytał Nico.
   Zaczęła się do nas przybliżać. Miała strasznie długie paznokcie i krwiożerczy wzrok.
     – Lubię śmierć, Nico. Waszą śmierć.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witam! 
Tak naprawdę skończyłam rozdział w nocy... Ciii XD
Muszę wam powiedzieć, że to prawie koniec serii. Jeszcze jeden rozdział, epilog i kończymy! 
Nie martwcie się, nadal będę pisać <3 
Kace was xD
Te wszystkie podziękowania, blablabla pojawią się pod epilogiem. Mam nadzieję, że to tam wykażecie swoją aktywność :))
Pozdrawiam, kolejny rozdział około 12.
Epilog pojawi się w okolicach wieczoru :3 
Dzisiaj kończymy! 
Pozdrawiam i zachęcam wszystkich do komentowania i brania udziału w ankietach :3
Jeszcze raz pozdrawiam <3

niedziela, 3 stycznia 2016

Rozdział 20 *-*

Walka


          * Nico di Angelo *

   Nie wiem dlaczego, ale miałem głupie przeczucie, że niedługo zginę. A może nie wcale takie głupie?
   Wziąłem łuk zmarłego Willa i poszukałem wzrokiem jakichkolwiek strzał.
     – Tam są – powiedział Percy i wskazał na sąsiedni pokój. 
   Nie pytałem, skąd to wiedział. Uśmiechnąłem się leciutko w podzięce i ruszyłem do wskazanego miejsca. Rzeczywiście o ścianę oparty był kołczan z wieloma strzałami w środku. Wziąłem jedną z nich i obejrzałem w dłoni. Ostry grot, idealnie wyważone… na pewno prezent od Afrodyty wybierany z pomocą Aresa. 
   Wziąłem wszystko do jednego miejsca i położyłem dłonie na biodrach, zastanawiając się, co dalej zrobić. Może powinienem umyć się przed spotkaniem z harpią, by ta nie miała przygotowanej riposty na temat mojej schludności? A może, właśnie powinienem wymyślić na nią jakąś sensowną odpowiedz, bo już śmierdzielem śmiercią, bronią i krwią, a nie zdążę się już umyć? Co z tego, że myłem się dzisiaj. Robiłem to w brudnej wodzie, nie używając ani mydła ani gąbki. 
     – Zaraz zajdzie słońce – zauważył Percy. 
   Wyjrzałem przez okno i pokiwałem głową. 
     – Umrzemy? – spytałem cicho, domyślając się, jaka będzie odpowiedź. 
     – Są na to dość duże szanse – przytaknął Percy i złapał mnie za dłonie. – Nawet, jeśli mi się coś stanie, masz żyć, rozumiesz? – Patrzył mi w oczy, które nie zniosłyby sprzeciwu.
     – Nie – mruknąłem. 
   Percy oparł się swoim czołem o moje i powoli wypuszczał powietrze. Był zmęczony prawdopodobnie tak samo mocno jak ja i najchętniej poszedłby spać. 
     – Masz żyć – jęknął. 
   Przytuliłem go najmocniej jak potrafiłem, czując się bezpiecznie w jego ramionach. Tak bardzo nie chciałem walczyć z potworami. Chciałem pójść do szkoły i dostać po raz pierwszy jedynkę za nieodrobione zadanie domowe. 
   Marzenia. 
   Puściłem Percy'ego i popatrzyłem w jego zmieniające się oczy. Raz prosiły o pomoc, a chwilę później pałały nienawiścią.
     – Wypiłem ten eliksir – wyznał Syn Posejdona, jakby czytał mi w myślach. – Mam mały mętlik i to tyle.
   Pokiwałem wolno głową i położyłem dłoń na jego policzku.
     – Damy radę – oznajmiłem optymistycznie.
   Percy uśmiechnął się szeroko. 
     – No pewnie!


***

   Odparowałem kolejny cios harpii. Zaczęły irytować mnie jej skrzeki, najchętniej bym ją po prostu zabił. Ups. Właśnie to zrobiłem.
   Zostały do pokonania jeszcze trzy harpię i jeden niezidentyfikowany potwór, z którym walczył Percy pod postacią lwa. Przyznam, że wyglądał majestatycznie. Obracał się wokół przeciwnika, żeby następnie zaatakować z pełną mocą. Jego wróg był już naprawdę słaby, więc mieliśmy spore szanse na wygraną.
     – Głupie porzucone dziecko śmierci – usłyszałem nad sobą.
   Szybko cofnąłem się o kilka kroków i zamachnąłem mieczem. Łuku używałem wcześniej, kiedy jeszcze dzieliła mnie z harpiami odległość powyżej dziesięciu metrów. 
   Harpia została przecięta wpół, a jej pył trafił w moją twarz. Na szczęście, zdążyłem zamknąć oczy, więc nie było tak źle. Jeszcze tylko dwie harpie. 
   Pokonanie ich wydawało się być dość prostym poleceniem. Po prostu: podejdź, dziabnij, zabij i odejdź.
   W praktyce natomiast było to trochę trudniejsze. Już ominę fakt, że harpia ma spore szpony, które łatwo przechodzą przez skórę i zostawiają głębokie rany. Ona są po prostu bardzo denerwujące, co łatwo mnie dezorientuje. Wracając do ran, miałem ich już sporo w okolicy nóg oraz torsu. Starałem się nie zwracać na nie zbyt dużej uwagi, w czym doskonale pomagały mi potwory.
   Odepchnąłem harpię mieczem i szybko zaatakowałem drugą. Przez źle wymierzony miecz, tylko drasnąłem jej skórę na przedramieniu. Zakląłem w myślach. Miałem dość walki. Jak najprędzej odwróciłem się, wymachując przy tym mieczem. Trafiłem nim harpię, z której pozostał popiół. 
   Kiedy już miałem zaatakować ostatniego potwora, Percy złapał ją w psy i zmiażdżył. Oparłem się o miecz. 
   Przetrwaliśmy. O dziwo, nie było to aż takie trudne.
   Starałem się uspokoić oddech i otarłem pot z czoła. Zaczekałem na Percy'ego, który z powrotem zamienił się w człowieka. Miał na sobie to, co wcześniej, tylko strasznie pocięte od szponów potwora. Krew leciała mu z torsu, z ramienia, ledwo stał na nogach. Jak ja byłem w dobrym stanie, z Percy'm było strasznie. 
     – Gdzie mamy ambrozję? – spytałem i podszedłem do niego.
   Objął mnie ramieniem, a ja dodatkowo objąłem go w pasie. Schowałem miecz i skierowałem się w stronę opuszczonego budynku.
     – Chyba w twojej kurtce jest – mruknął Percy.
   Miałem wrażenie, jakby tracił przytomność. Prawie biegłem do pokoju, w którym zostawiłem swoją kurtkę i ambrozję. Położyłem Percy'ego przy ścianie i wyciągnąłem z kieszeni lek. Podałem Percy'emu połowę batonika. Ugryzł kawałek. Wyciągnąłem wodę i polałem nią jedną z głębszych ran na ciele syna Posejdona. Podarłem skrawek swej koszuli i zacisnąłem ramię zielonookiego, by krew tak bardzo się nie sączyła.
     – Powoli jest mi lepiej – szepnął Percy. – Nic mi nie będzie.
   Pokiwałem wolno głową. Miałem nadzieję, że tak właśnie będzie. 
     – Jak było w... – poszukałem odpowiedniego słowa ˜– w skórze lwa? 
   Syn Posejdona uśmiechnął się szeroko i popatrzył na mnie.
     – Na początku czułem się dość niekomfortowo, jakby nie w swoim ciele. Wiesz, jakby dusza nie do końca zgrała się z ciałem. – Przytaknąłem. – Ale później było idealnie, zgrałem się, przyzwyczaiłem i poczułem tę moc.
   Uśmiech wkradł się na mą twarz. Rzeczywiście, Percy potrafi mieć dużą moc, jeśli tylko zechce. 
     – Ta walka wydawała mi się być za prosta – wyznałem. – Zgaduję, że później będzie trudniej.
   Percy złapał mój podbródek i przypatrzył się mojej twarzy. Przyznam, było to jednocześnie podniecające i ogłupiające.
     – Zależy, dla kogo była za prosta, panie wszechmocny – zaśmiał się.
   Przybliżyłem się do niego i leciutko pocałowałem. Po walce, jakby wszystkie złe emocje opadły; smutek, złość, niepewność odeszły. Liczyło się tylko to, że przeżyliśmy. Nie myślałem o tym, co się stało, o Willu, tylko o tej chwili. Odsunąłem się od Percy'ego, będąc szczęśliwym choć przez chwilę. Popatrzyłem w jego oczy. Tak cudownie spokojne, kochające. Uśmiechnąłem się szeroko.
     – Trzeba iść spać, pani śpiochu – powiedziałem, głaszcząc go po włosach.
   Percy popatrzył na mnie zadowolony i ziewnął. Korzystając z okazji, też to zrobiłem. Taki dziwny odruch. 
     – Ja zostanę na warcie, a ty możesz spać – powiedziałem.
   Chłopak ściągnął wargi ku sobie i wydął usta.
     – Idziesz spać ze mną – postanowił.
   Popatrzyłem na niego, jak na idiotę.
     – Chcę przeżyć do jutra – odpyskowałem.
     – A ja chcę się do ciebie poprzytulać.
   Westchnąłem głośno. Kazałem Percy'emu gdzieś się rozłożyć, a sam przeszukałem teren. Nic podejrzanego, zwierząt tutaj nie było, potworów nie widziałem. Wróciłem do chłopaka, który za poduszkę wziął sobie moją kurtkę i czekał na mnie. 
   Ugryzłem ostatni kawałek batona, by moje rany sklepiły się przez noc i położyłem się obok syna Posejdona. On od razu objął mnie ramieniem i przyciągnął do siebie. Uśmiechnąłem się i postanowiłem odezwać:
     – Miłych snów, miły panie mój.
   Percy pocałował mnie w kark i mocniej otulił.
     – Dobranoc. Musisz być pełny sił, jutro znowu gdzieś trzeba się przeteleportować.
   Pokiwałem głową. Kolejna podróż cieniem. 
     – Dam radę. Nie jestem małym dzieckiem – zapewniłem.
     – Dla mnie zawsze będziesz tym siedmiolatkiem, którego poznałem za pierwszym razem.
   Uśmiechnąłem się.
     – Zjadłbym teraz niebieski tort urodzinowy.
   Śmiech Percy'ego dotarł do mych uszu, koił moje nerwy. 
     – Jeszcze go zjemy, zobaczysz. 
   Obiecałem sobie w myślach, że jeszcze kiedyś to zrobimy. 
     – Wtedy obsmaruję się niebieskim lukrem – zagroziłem żartobliwie.
     – Chętnie go zjem. Lubię niebieski.
     – Oj wiem, Percy... – Westchnąłem. – Oj, wiem.
  
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Kurde, spóźniłam się pół godziny ;-;
Nieważne xD
Ej, wymyśliłam już prolog do kolejnej części w kościele i w ogóle epilog... Czy coś jest ze mną nie tak? XD
Mam nadzieję, że sylwester był dla was udany, u mnie było... ciekawie (If you know what I mean) XD 
Już dzisiaj powinien pojawić się kolejny rozdział :3 Więc wyczekujcie! 
Pozdrawiam, zachęcam do komentowania i brania udziału w ankietach <3
Dobranoc, dzień dobry i takie tam xD
Jeszcze raz gorąco pozdrawiam :3