czwartek, 31 grudnia 2015

Rozdział 19 *-*

Nie sądziłem, że śmierć mnie kiedyś zaskoczy


          * Nico di Angelo *

      Nie sądziłem, że potrafię tak głośno krzyczeć.
   Gdy tylko zobaczyłem krew rozpryskującą się na ściany, mózg Willa w kawałkach... Szczerze, zachciało mi się rzygać. Myślałem, że zwymiotuję na podłogę, ale byłem zbyt przerażony, więc mój żołądek nic by z siebie nie wypuścił. Zacisnąłem mocno dłonie w piersi i kucnąłem podczas krzyku. Brakowało mi tlenu, ale nie przestawałem. Wolałem tkwić w takiej pozycji, niż pozwolić łzom płynąć po moich policzkach.
   Opadłem na ziemię z niemocą wyduszenia z siebie ani słowa.
   Słyszałem rozmowy Aresa i Afrodyty, ale nie wiedziałem, co z Percy'm. Może mu też się coś stało? Podniosłem głowę i spojrzałem w stronę, gdzie powinien znajdować się Syn Posejdona. Nie było go tam, jednak wzrokiem odnalazłem go szybko przy Willu.
     – Przepraszam za niego, Apollo – powiedział głośno Percy. – Hadesie, bądź dla niego łaskawy.
   Nie mogłem w to uwierzyć. Prosił o łaskę mojego ojca? Po tym, co Will dla niego zrobił? Przecież chciał go zabić, mierzył w niego bronią!
     – Możecie zrobić coś, by Will... spoczywał godnie? – spytał opanowanym głosem Afrodyty i Aresa.
   Bogowie spojrzeli po sobie, a następnie popatrzyli ze skruchą na Percy'ego. Afrodyta zrobiła ku niemu krok i złapała go za ramię.
     – Zrobię co w mojej mocy, by Will trafił do dobrego miejsca. On nie był zły, był... Zagubiony, chorobliwie zazdrosny – drugie zdanie szepnęła bardziej do siebie. – Nie wiem, czy uda wam się wypełnić misję bez niego. Ciemność tutaj w nocy jest...
     – Jest tutaj na tyle niebezpiecznie, że umrzecie na dziewięćdziesiąt procent bez światła, które zapewniał wam Will – dokończył twardo Ares.
   Wyjrzałem przez okno. Zbliżał się zachód słońca.
     – Jak sami wiecie, Will otrzymał miksturę, która może zamienić jednego was w zwierzę – zaczęła Afrodyta i podeszła do martwego Willa. Odwróciłem wzrok, kiedy wygrzebywała buteleczkę z jego spodni. – Możecie przeżyć kilka nocy, jeśli jeden z was będzie przemieniał się w lwa.
     – Dlaczego akurat w to zwierzę? – szybko spytał Percy.
     – Po pierwsze: Jest silne. – Zaczął krążyć po pokoju Ares. – Po drugie: Jest szybkie. Po trzecie: Jest związane z mitem o Lwie Nemejskim. I ostatnie oraz najważniejsze: Ten znak zodiaku jest twój, Percy, więc będziesz miał większą moc i zjednoczysz się z ciałem lwa.
   Percy pokiwał głową i zerknął na Afrodytę, która miała coś jeszcze do dodania.
     – Podczas przemieniania się w to zwierzę, módl się do Apolla. Powinien dać ci błogosławieństwo, nieważne, co się stało. Jest mała szansa, że uratujecie świat. Musisz być silny, Percy – ostatnie zdanie szepnęła tak, że prawie go nie słyszałem.
   Zaczęło mi się robić głupio. Podczas gdy Percy zachował się odpowiedzialnie, dorośnie, ja zalałem się łzami i zacząłem krzyczeć jak debil... oraz dzieciak.
     – Trzymaj – Ares podał Percy'emu tarczę, która wydawała się być idealnie do niego dopasowana.
     – Nico? Mam coś dla ciebie – powiedziała Afrodyta.
   Wstałem ze spuszczoną głową. Nie miałem siły stać po podróży cieniem, a nie było teraz mowy o odpoczynku. Dodatkowo mój żołądek wydawał się być jednocześnie wypchany i pusty, co wprawiało mnie w otępienie.
     – Wiem, że nie przepadasz za łukiem, ale myślę... – Afrodyta wyciągnęła broń Willa i podała mi ją. – Że ta przyda wam się dzisiejszej nocy.
   Niechętnie popatrzyłem na łuk. Był bardzo dopracowany, jednakże służył Willowi już od kilku dobrych lat. Wziąłem go w ręce i, choć był troszkę za ciężki, poczułem w sobie mały przypływ energii. Wykrzesałem z siebie mały uśmiech dla Afrodyty i spojrzałem w jej oczy.
     – Naprawdę dziękuję – ledwo poruszyłem wargami.
   Uśmiechnęła się promiennie i przytuliła mnie. Leciutko objąłem ją wolnym ramieniem i zamknąłem oczy. Nie wiem czemu, ale wyobraziłem sobie zamiast niej, moją zmarłą mamę. W zasadzie, Afrodyta momentami zachowywała się jak ona, ale to bezsensu. Otworzyłem oczy i puściłem boginię.
     – Uważajcie na siebie – zwróciła się Afrodyta do naszej dwójki.
   Pokiwaliśmy głowami.
     – Nie dajcie się zabić – powiedział ostro Ares.
   Następnie zniknęli.
   Nie miałem pojęcia, co powinienem teraz zrobić. Chciałem spróbować zająć się ciałem Willa, al.le, o dziwo, zniknęło. Przełknąłem głośno ślinę. Widziałem, jak Percy przeszywa mnie wzrokiem. Tak bardzo byłem mu wdzięczny...
     – Mam nadzieję, że nie obwiniasz mnie za śmierć Willa – mówił ze skruchą.
   Popatrzyłem na niego, w jego oczy. Były przepełnione żalem, smutkiem, rozpaczą. Nie chciałem, żeby tak było. Chciałem to zmienić tak bardzo. Ale nie mogłem.
     – Nie – szepnąłem. – Był zagubiony – zacytowałem Afrodytę. – Po tym, jak z nim zerwałem, chyba jeszcze bardziej cię znienawidził i...
   Percy wyszeptał ciche „ciii” w moim kierunku. Podszedł do mnie bliżej, ciągle patrząc mi w oczy.
     – Zerwałeś z nim? Dlaczego? – zapytał nieco zdezorientowany.
   Nawilżyłem usta i przegryzłem dolną wargę.
     – Przesadził. Rozumiem, że nienawidził cię, ale... rozdzielił nas, chciał, abym był tylko jego, nie zwrócił uwagi na moje uczucia. Kurwa, tak bardzo cię przepraszam – patrzyłem na niego z determinacją w oczach. – Byłem taki głupi, dałem się tak łatwo oszukać... Ja nawet nie wiem, czy on mnie kochał, może zrobił to po złości? – spytałem retorycznie.
     – Nico... – szepnął syn Posejdona i podszedł do mnie.
     – Tak bardzo chciał mnie skrzywdzić, wiedział, że kocham cię od tylu pierdolonych lat. Chyba widział, jaki byłem szczęśliwy, gdy byłem z tobą?! – krzyknąłem i rzuciłem łuk.
   Percy podszedł do mnie jeszcze bliżej, jego twarz była blisko mojej. Czułem jego oddech, jego ciepło... Zachciało mi się płakać.
     – Nadal mnie kochasz? – spytał.
   Łzy stanęły mi w oczach. Wiedziałem, że i tak niedługo możemy zginąć, dlatego chciałem mieć to za sobą.
     – Nigdy nie przestałem – szepnąłem, będąc pewnym, że mnie usłyszy.
   Percy popatrzył mi prosto w oczy i otarł łzę opuszkiem palca.
     – Nie płacz. Ja też cię kocham – szepnął. – Rozumiem cię, a poza tym... Ja ciebie potraktowałem podobnie, tylko, że z Annabeth, nie sądzisz?
   Pokiwałem leciutko głową po zastanowieniu. Co nie zmienia faktu, że nadal było mi cholernie głupio.
     – To była trochę inna sytuacja i dobrze o tym wiesz – zaprzeczyłem. – Ja zrobiłem to świadomie, zraniłem cię tak, że nie powinieneś mi wybaczyć.
   Czarnowłosy złapał moją twarz w dłonie.
     – Ale ja pragnę ci wybaczyć. A ty wybaczysz mi? – zapytał.
     – A co mam ci wybaczyć? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
     – Wszystko. Począwszy od naszego pierwszego spotkania, aż do teraz. – Uśmiechnął się lekko, choć w jego głosie słychać było powagę.
     – Tylko warunkiem, że ty mi też wszystko wybaczysz. – Zerknąłem na jego usta wykrzywiające się w uśmiech.
     – W takim razie, obydwoje mamy czyste karty – podsumował Percy i pogłaskał moje policzki.
   Zamknąłem oczy i spróbowałem się odprężyć. Wszystko od nowa? Zapomnieć o kłótniach? Było ich sporo, ale... szczerze mówiąc to i tak o większości zapomniałem.
     – Witaj, jestem Nico di Angelo – zażartowałem.
   Percy już nawet nie kłopotał się z odpowiedzią. Po prostu mnie pocałował. Delikatnie, jak to miał w zwyczaju. Nie chciał się śpieszyć, a ja nie chciałem mu przerywać,
   Jednak, śmierć zbliżała się w dość szybkim tempie.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Omg, wreszcie Percico :)) 
Wiem, późno dodaje rozdział i to na dodatek w Sylwestra XD
Dodam dzisiaj na pewno jeszcze jeden rozdział, ale o normalnej porze ;; 
Życzę wam Szczęśliwego Nowego Roku tak przy okazji <3
Kace was <3 XD
Pozdrawiam i zachęcam do komentowania i obserwowania bloga :3 

sobota, 26 grudnia 2015

Rozdział 18 *-*

Odnaleźć, co się zgubiło



          * Will Solace*

      Ruszyliśmy z Niciem w tę stronę, w którą poszedł wcześniej Percy. Miałem szczerą nadzieję, że szybko uda nam się go znaleźć, przeprosić i wszystko będzie po staremu. Oczywiście, odzyskam swym bohaterskim zachowaniem Nica i będziemy szczęśliwi.
   Nie wszyscy, ale dwie trzecie tak.
   Szukaliśmy jakąś godzinę. Przeszukaliśmy pobliski, mały las, kilka budynków oraz sklepów. Napotkaliśmy kilku ludzi, których pytaliśmy czy nie widzieli czarnowłosego chłopaka o zielonomorskich oczach. Nikt go nie widział, więc byliśmy zdani na siebie.
   Spotkaliśmy Percy'ego w piątym opuszczonym budynku. Był on najprzestronniejszy, największy oraz najbardziej zadbany ze wszystkich. Co jak co, ale gust to Jackson miał wyborowy. Ściany były koloru jasnego szarego, w niektórych miejscach popękał tynk. Nie znalazłem tu jednak żadnych napisów na ścianach, co graniczyło z cudem. W pomieszczeniach nie było nic, żadnego mebla. Tylko Percy siedział w jednym kącie i patrzył się w swoje ręce.
     – Percy – szepnął Nico i zaczął podchodzić do syna Posejdona. – Proszę, wróć do nas, wiesz, że cię potrzebujemy.
   Percy udawał, że to nie słucha albo naprawdę tego nie robił. Z tym infantylnym dzieckiem nigdy nic nie wiadomo. Wpatrywał się w swoje palce i nerwowo ruszał głową. Jednak nic nie robił sobie z naszej obecności.
     – Halo, Percy... – Postanowiłem zareagować. – Wiem, że zachowałem się jak cham, dlatego chciałem cię... – przełknąłem ślinę i zaczekałem, aż chłopak na mnie spojrzy – przeprosić.
   Dopiero wtedy rozejrzał się po otoczeniu i przestał bawić się dłońmi. Serio? Czekał na przeprosiny? W dodatku nieszczere?
     – Nic nie szkodzi – odparł, jakby rzeczywiście nie zachował się jak mała dziewczynka i nie poszedł sobie, strzelając „focha”.
   W myślach przewróciłem oczami i patrzyłem na niego z góry. Wydawał się takim marnym przeciwnikiem. Nic nie wartym, zepsutym...
     – Ja też cię przepraszam. – Nagle usłyszałem od strony Nica.
   Że co? Teraz on będzie przepraszał to rozkapryszone dziecko? Oparłem się plecami o ścianę i postanowiłem odczekać tę słodką scenkę. W międzyczasie Percy wstał i uścisnął dłoń z synem Hadesa. Rzygać mi się zachciało.
     – Willu... – usłyszałem typowo kobiecy głos.
     – Jacksonie – męski głos mnie lekko przestraszył.
   Zerknąłem, kto miał czelność nam przerywać (choć w głębi duszy się cieszyłem). Okazało się, że jest to...
     – Afrodyta? Ares? – palnął głupio Percy.
   Super. A było tak dobrze, jak nic nie mówił.
     – Miło, że mnie pamiętasz – powiedział Ares z szyderczym uśmiechem.
   Chociaż on jeden też nie lubił Percy'ego.
     – Oj, przestań! Chłopak jeszcze nie pozbierał się po rozstaniu z Annabeth, pobijecie się później – przerwała Afrodyta.
   Z opowieści usłyszych od Piper, Hazel oraz Annabeth wnioskowałem, że była... Typową nastolatką lubiącą sobie porozmawiać przy filiżance herbatki. Miło, że mogłem osobiście ją poznać.
     – Czego chcecie od Percy'ego i Willa? – zapytał nieśmiało Nico.
   Afrodyta uśmiechnęła się do niego promiennie, poprawiając swe długie blond włosy.
     – Ja oczekuje tylko rozmowy od Willa. – Oświadczyła. – To mój ukochany chce...
     – Pomóc temu szczeniakowi – dokończył Ares.
   Percy wytrzeszczył oczy i patrzył się tak na Aresa. Wiedziałem, że ich stosunki nie była za dobre, więc skąd nagle taka dobroć w Aresie? Nie miałem czasu nad tym rozmyślać. Bardziej zastanawiał mnie fakt, dlaczego to Afrodyta chce rozmawiać ze mną. Miałem problemy sercowe, ale żeby aż takie?
     – Chodź Willu. Napijemy się herbatki – odrzekła z uśmiechem, złapała mnie za rękę i pociągnęła do drugiego pomieszczenia.
   Byłem dość... zaintrygowany Afrodytą. Ubrana była w długą, różowawą sukienkę, na nogach miała szpilki. Jej ramiona okrywał sweterek, włosy idealnie wypadały z luźnego koczka. Wyglądała idealnie.
     – Chciałam z tobą porozmawiać na temat przysięgi – oznajmiła i wyczarowała dwa krzesła i stoliczek.
   Zasiadła na jednym końcu i zaczęła popijać herbatkę, która znikąd pojawiła się w jej dłoniach. Usiadłem na drugim krześle, nawet nie wiedząc do powiedzieć.
     – Willu, sądzę, że to naprawdę romantyczne posunięcie... Co ja gadam, przecież to jest strasznie romantyczne! – podekscytowała się. – Grozi wam śmierć, a ty, wyznajesz miłość osobie, która nie jest ci przeznaczona i próbujesz wszystko naprawić... To naprawdę słodkie i niewinne z twojej strony!
   Wytrzeszczyłem oczy i z wrażenia wziąłem łyka herbatki. Malinowa z odrobiną cukru. Idealnie załagodziła moje nerwy spowodowane słowami Afrodyty.
     – Że co? Nie jest mi przeznaczona? – powtórzyłem jej słowa.
   Afrodyta założyła nogę na nogę i wzięła kolejny łyk idealnego napoju.
     – Taka jest prawda, Willu. Słońce i ciemność... Jak sam dobrze wiesz, trudno jest się zdobyć do tego dziubaska – wiedziałem, że mówiła o Nicu – i, że trudno taką znajomość utrzymać. Po prostu... jakby ci to powiedzieć... – postukała kilka razy palcami. – On nigdy cię nie pokocha, bo nie może.
   Prawie wyplułem herbatę. Że co? To nie może być prawda.
     – Nie mogę być z Niciem, bo ktoś tam od przeznaczenia ma kaprys i tak sobie wymyślił? – spytałem retorycznie i prychnąłem.
   Słodki śmiech Afrodyty rozniósł się po pomieszczeniu.
     – Nie. Mój drogi, jego serce jest zajęte. Chłopaczyna zakochał się na zabój, oddałby życie za Jacksona – rozmarzyła się. – To jest przykład idealnej miłości. Kochał go przez ten cały czas, gdy był z tą... Annabeth. Nie było dnia, aby o nim nie pomyślał. To naprawdę rozkoszne i słodkie.
   Nie mogłem wytrzymać tej paplaniny. Myślałem, że zaraz wybuchnę i uderzę Afrodytę, żeby w końcu się zamknęła i przestała gadać takie bzdury. Nico był, jest i będzie mój.
     – Nic się nie da zmienić? – spytałem zdając się na miły ton.
     – Nic. Miłość nie wybiera, wiesz to doskonale. Mam nadzieję, że zostawisz tę parę zakochańców sobie. Pogódź się z rzeczywistością, a będzie ci łatwiej.
   Nie. Po prostu nie.
     – Widzę, jak się denerwujesz, jak się spinasz. Przestań. Pomyśl o nich, jak o normalnej parze, która chce po prostu się kochać, a przez kaprys osoby trzeciej, nie mogą. Pomyśl o tym w ten sposób Will, po prostu pomyśl! – starała się mnie wspierać.
   Nie wychodziło jej to. Byłem jeszcze bardziej poddenerwowany. Wstałem szybko od stołu i pobiegłem do pokoju, w którym była cała reszta. Widziałem, jak Ares pokazuje jakąś broń Percy'emu, a z kieszeni jego spodni wystaje pistolet. Niewiele myśląc, zabrałem go dość sprawnie i odsunąłem się kilka kroków.
     – Posłuchajcie mnie, kurwa, bo drugi raz nie powtórzę! – wydarłem się. – Nico jest MÓJ! Kurwa, MÓJ spierdoliny życiowe! Na zawsze mój!
     – Will, przestań – powiedział Nico i przysunął się o krok.
   Wycelowałem w niego bronią.
     – Nie! Jesteś mój, a nie Jacksona! To ja przysiągłem, że cię zdobędę, to ja starałem się te wszystkie lata o twoją miłość! Nikt mi cieie nie zabierze, a na pewno nie ten debil! – Wycelowałem lufę w Percy'ego.
   Stał wyprostowany, a obok niego był Ares, który nic nie robił sobie z mojej pogadanki.
     – Will, odłóż broń – powiedział Percy z zaciśniętymi zębami.
     – Nie – odpowiedziałem i strzeliłem sobie w głowę.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
:')
[*]
Mam nadzieję, że rozdział wam się spodobał :) 
Następny jutro. Postaram się napisać kilka rozdziałów jutro w pociągu :))
Niedługo kończę serię, będzie miała tak z 23 rozdziały, coś takiego B|
A później kolejna... :3
Pozdrawiam i zapraszam do komentowania i brania udziału w ankietach :D

piątek, 25 grudnia 2015

Rozdział 17 *-*

Odejście


          * Will Solace *

   Uniosłem głos na Nica po raz kolejny, tłumacząc mu, że zrobiłem to dla jego dobra. Nico nie potrafił zrozumieć faktu, iż tak bardzo go kochałem, że postanowiłem złożyć przysięgę i go zdobyć. Dla niego było to nienormalne i niemoralne. Cóż, jebie mnie to.
   Dodatkowo do naszej dyskusji dołączył się półnagi Percy. Co on sobie wyobraża? Paraduje sobie bez koszulki, ukazując swe mięśnie przed Niciem i uśmiecha się co jakiś czas. Nie, zaraz nie wytrzymam.
     – Mam w dupie to, że to było niemoralne! Mam w dupie to, że byłeś wtedy z Percy'm! Nienawidzę go i miałem w dupie, czy będzie mu przykro czy się powiesi czy coś sobie zrobi! Miałem to po prostu w dupie – wydarłem się na całe gardło.
   Nico popatrzył na mnie z pogardą, a Percy uśmiechał się pod nosem. Kurwa.
     – No proszę, proszę – odezwał się Percy i robił powolne kroki w moją stronę. – Skąd u ciebie taka nienawiść do mojej osoby, Willu Solace'ie?
   Prychnąłem na jego słowa. Nienawidziłem go, fakt, ale myślałem, że to oczywiste. Tylko Glonomóżdżek, jak to on, nie rozumiał sytuacji.
     – Naprawdę nie wiesz, Percy? Te dwie szare komórki mózgowe się przegrzały? Racja, nienawidzę cię i to cholernie. – Zaśmiał się na te słowa. – Najchętniej zabiłbym cię, nawet w tej chwili.
   Kolejny śmiech i uśmiech.
     – Proszę cię, nie jesteś jedyny. Gaja, Ares, Atena... – Zaczął wyliczać z uśmiechem. – Chodzi mi o to, co ja ci zrobiłem.
   Chciałem zetrzeć mu ten uśmieszek z twarzy raz na zawsze. Wkurwiał mnie. Nico siedział z tyłu i przyglądał się tej sytuacji raz z rozbawieniem, a raz ze śmiertelną powagą. Ten, to się umie dostosować do sytuacji.
     – Kochałeś Nica. To starczy.
     – Kocham. Czas teraźniejszy.
     – Nieważne. Zależało ci na nim.
     – Zależy. Teraźniejszość.
     – Chciałeś go mieć tylko dla siebie.
     – Nadal chcę.
     – Całowałeś go.
     – I chętnie bym to powtórzył, nawet teraz.
   Nie wytrzymałem. Zacisnąłem dłonie w pięści i przybliżyłem się do niego o krok.
     – Dlatego cię nienawidzę. Nico jest mój.
     – O ile mi wiadomo, Nico nie jest przedmiotem.
   Podszedłem jeszcze bliżej.
     – Jest mój.
     – Jest w takim wieku, że ma prawo sam o sobie decydować.
   Jeszcze bliżej. Percy już się nie uśmiechał, odłożył koszulkę i stał z zaciśniętymi pięściami.
     – Wybrał mnie – syknąłem.
   Percy zacisnął szczękę, ale odsunął się. Nie rozumiałem o co chodzi, przecież właśnie miałem go pokonać. Tchórz.
     – Racja.
   Zamurowało mnie, Nica także. Spojrzał na Percy'ego, jakby pełny obaw, co to oznacza.
      – Dla mnie liczy się szczęście Nica, nie wiem jak dla ciebie, Will. Skoro on chce być z taką osobą jak ty, to zaakceptuje to. Jednakże nie wytrzymam z tobą ani jednego dnia dłużej. – Ubrał koszulkę, sprawdził czy ma wszystkie potrzebne rzeczy i jakby na pożegnanie powiedział. – Miłej rozmowy.
   Nie wiedziałem co powiedzieć. Percy odchodził, po prostu sobie szedł nie wiadomo gdzie. Czy tego chciałem? Nie. Widziałem jego oddalającą się sylwetkę, musiałem coś zrobić, coś powiedzieć.
     – Wracaj tu, tchórzu! Nie uciekaj od problemów, one same się nie rozwiążą! – krzyknąłem.
   Percy zatrzymał się, obrócił i popatrzył na Nica. Nie widziałem dokładnie jakie uczucia mu przekazywał, ale nie wyglądał na szczęśliwego.
   Obrócił się znów i poszedł w kierunku miasta. My natomiast zostaliśmy za opuszczonym budynkiem, nie wiedząc, co zrobić.
     – To koniec – rzekł Nico.
   Przytaknąłem mu.
     – Bez niego nie uda nam się wypełnić misji.
   Spojrzałem mu w oczy.
     – Nie. To koniec naszego związku.
   Spuściłem głowę i jednocześnie zacisnąłem pięści. Znienawidziłem Percy'ego jeszcze bardziej, o ile to możliwe.
   Wszedłem do środka budynku, by się rozejrzeć i nie okazywać smutku przy... swoim byłym. Było tu dość ciepło, jak na opuszczony budynek zrobiony prawdopodobnie z cegieł. Ogólnie, budynek z zewnątrz nie prezentował się tak źle, a wewnątrz było nawet lepiej. W każdym pomieszczeniu były 3 łóżka szpitalne. Usiadłem na jednym z nich, żeby sprawdzić, czy jest wygodne i będziemy mogli na nich zasnąć.
   Może troszkę twardo i brudno, ale na pewno lepiej było na takim łóżku, niż na podłodze albo ziemi. Chciałem wrócić do domu, cały i zdrowy. Wiedziałem, że jest duże prawdopodobieństwo, że umrę na tej misji. Ale ta myśl wydawała się... straszna. Nie chciałem umrzeć. Nie wyobrażałem sobie zostawić wszystkich ludzi, których kochałem. Luna, Nico... choć ta druga osoba zapewne miała mnie i moje uczucia gdzieś.
   Ehh... chyba za bardzo się. Przecież Nico mi wybaczy, nie ma innej opcji. Zawsze przebaczał. Uśmiechnąłem się i postanowiłem do niego pójść. Tak. To dobry pomysł. Wstałem i popędziłem w kierunku Nica.
   Kiedy dotarłem na miejsce, nie zobaczyłem Nica. Pięknie. Wspaniale. Postanowiłem pójść nad jeziorko zobaczyć, czy może się kąpie bądź po prostu odpoczywa. To było dziwne. Zazwyczaj mówił, że gdzieś idzie, choć w tej sytuacji nie dziwię się, że tego nie zrobił. Byłem zły na siebie. Cholernie zły. Może i miałem Percy'ego w dupie, ale nie powinienem tego mówić przy nim. Teraz ma mnie za chama i prostaka. A przecież taki nie jestem.
   Usiadłem na brzegu jeziora i spróbowałem wypatrzeć Nica. Na ziemi znajdowały się jego ubrania, co oznaczało, że po prostu nurkował. W głowie od razu pojawiła mi się czarna myśl. A może on się topi?!
   Przeczekałem jakąś minutkę i, dzięki Bogu, Nico wypłynął, by nabrać świeżego powietrza. Odetchnąłem głęboko. Nie wiem, co bym zrobił, gdyby coś mu się stało.
     – Co ty tu robisz? – spytał prosto z mostu Nico, gdy do mnie podpłynął.
   Przełknąłem ślinę i spuściłem głowę.
     – Chciałem cię przeprosić – wyznałem.
   Prychnął na moje słowa i się zanurzył. Cóż, czyli jednak będę musiał się troszkę postarać, żeby mi wybaczył.
     – Naprawdę. Nie powinienem wybuchać złością, Percy mnie wkurzył – powiedziałem, kiedy wypłynął na powierzchnię.
   Popatrzył na mnie jak na debila.
     – Powiedział prawdę. Ty też powiedziałeś. Dzięki temu pokazałeś, jakim bezdusznym człowiekiem jesteś – wręcz wysyczał.
   Patrzyłem mu w oczy przez cały czas. Nie było w nich ani grama skruchy, miłości, tylko czysta wściekłość.
     – Przez ciebie straciłem osobę, która mnie kochała szczerze i chciała dla mnie jak najlepiej. Nigdy ci tego nie wybaczę – kontynuował. – Musimy wypełnić misję i go potrzebujemy. Więc zaraz idziemy go szukać, jasne? – Pokiwałem głową. – Albo go przeprosisz albo już nigdy się do ciebie nie odezwę, rozumiesz?
   Chciałem zaprzeczyć, ale w ostatniej chwili się powstrzymałem. Po prostu kolejny raz kiwnąłem głową.
     – Dobra.
   Nico wyszedł z wody i szybko się wysuszył oaz ubrał. Nawet na niego nie patrzyłem.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wiem, wiem, rozdział za późno dodany ;___:
Biorę się teraz za pisanie rozdziałów, niedługo skończy się ta seria
Nareszcie! XD 
0 komentarzy - 1 dzień
1 komentarz - 12 godzin
2 komentarze - 6 godzin 
3 komentarze - 3 godziny
4 komentarze - co godzinę
Tylko przypominam :) 
Pozdrawiam, Wesołych Świąt <3 

czwartek, 24 grudnia 2015

Rozdział 16 *-*

Prawda zawsze wychodzi na jaw


          * Percy Jackson *

    Następnym miejscem, do którego mieliśmy się udać, było Cachimbo, znajdujące się w środku Brazylii. Nie wiedziałem skąd Nico tak dokładnie zna każdą miejscowość w Brazylii, ale nic nie powiedziałem. Dosłownie. Nic.
   Nie chciałem z nimi rozmawiać, kiedy jestem w emocjonalnej rozsypce.
   Słyszałem, jak Will i Nico rozmawiają na rozmaite tematy, dotyczące Obozu, Luny, a także innych rzeczy związanych z ich przyjaźnią. Śmiali się, wygłupiali, a kiedy nadszedł czas na przeniesienie się cieniem do wyżej wymienionego miasta, opanowali się i życzyli sobie powodzenia.
   Teraz siedzieliśmy w ruinach szpitala na kompletnym zadupiu. Nico próbował resztkami sił szukać wraz ze mną i Willem jakiegoś pożywienia, ale widać, że chłopak był ledwo żywy. Upierał się i wyrywał Willowi, który chciał pomóc mu usiąść. Zachowywał się jak dziecko.
   Fakt, faktem, słodkie dziecko, ale ten epitet dodał mój mózg. Nie moja wina, że byłem zakochany po uszy w Nicu di Angelo. Że co? Potrząsnąłem głową. Przez ten jebany eliksir zacząłem w myślach komentować wszystko i wszystkich. Skupiłem się na wyznaczonym zadaniu, a mianowicie na poszukaniu czegoś do zjedzenia. 
   Udało mi się znaleźć jakiś krzaczek z owocami, które nie wyglądały na trujące. Wziąłem ich tyle, ile zmieściłem w kieszeniach i cofnąłem się do Willa, usypiającego Nica. Rzygać mi się chciało na ich widok razem. 
     – Jak wstaniesz, dostaniesz jedzenie, żebyś miał baaardzo dużo siły, kochanie – mówił, głaszcząc Nica po włosach. 
   Nico był wyraźnie za zmęczony, żeby mu się wyrwać lub odpyskować. Godził się na wszystko, miał zamknięte oczy i domyślam się, że naprawdę chciał zasnąć, tylko ten zjeb mu przeszkadzał. 
     – Percy? – usłyszałem. 
   Popatrzyłem na Nica, który spod przymrużonych oczu, wlepiał we mnie swój wzrok. Usiadłem obok niego i dałem znak Willowi, by sobie poszedł. Na szczęście zrozumiał aluzję i nie musiałem nic mówić. Odszedł w poszukiwaniu jedzenia.
     – Przepraszam, Percy – szepnął Nico, jakby powstrzymując się od łez. 
   Spuściłem głowę. Nie chciałem na niego patrzeć w takim stanie. Nie teraz, gdy jestem taki uczuciowy. Czułem się jak wulkan, który wybuchnie i zaleje wszystkich uczuciami. 
     – Nie chciałem, żeby tak to się skończyło. Przepraszam za mój wybuch złości, po prostu… – Zacisnął wargi w wąską linię. – Miałem wrażenie, że jesteś strasznie zazdrosny o Willa, a on nic takiego nie zrobił. 
   Tym razem zacisnąłem pięści. Chyba powoli wracała mi świadomość tego, kim jestem. Kim naprawdę jestem. 
     – Nic nie zrobił? – powiedziałem przez zaciśnięte zęby. 
   Nie sądziłem, że moje pierwsze słowa będą napełnione jadem i nienawiścią. Bardziej spodziewałem się czegoś… milszego. Jakiegoś wyznania miłości czy takich pierdół. 
     – On się tylko we mnie zauroczył, przecież to nie jest…
     – Przysiągł na Styks, że cię zdobędzie, kiedy byliśmy razem. – Nie wiedziałem, czy Will powiedział o tym Nicowi. 
   Raczej nie, ponieważ ten zbladł i spróbował usiąść. 
     – Że co? Skąd wiesz? – zapytał nerwowo. 
     – Powiedział mi, kiedy ty wyszedłeś na spacer. Dlatego ci wtedy powiedziałem, żebyś na niego uważał. Po prostu bałem się tego, co właśnie nastąpiło. – Jebany eliksir.
   Nico otworzył buzię ze zdziwienia. Cóż, będzie miał chyba z Willem do pogadania. Czy cieszył mnie ten fakt? Chyba bardziej niż powinien. Kiedy już chciałem odejść, Nico mnie zatrzymał.
     – Percy... nadal coś do mnie czujesz? – zapytał prosto z mostu.
   Tak bardzo chciałem skłamać, że mam go w dupie, że mi na nim nie zależy. Ale nie potrafiłem.
     – Tak. I nie sądzę, żebym przestał. – Drugie zdanie powiedziałem bardziej do siebie.
   Nico spuścił głowę po raz kolejny. Miło. Nie miałem siły na rozmowę o moich uczuciach, których nie rozumiałem. Chciałem jak najszybciej skończyć tę misję i odejść, dać wszystkim spokój. Może dlatego Annabeth mnie zdradzała?
   Na jej wspomnienie zrobiło mi się niedobrze i słabo.
   Naprawdę ją kochałem, tyle razem przeżyliśmy... Stop. Nie mogę o niej rozmyślać w takich chwilach. Przez te lata udawało mi się tego nie robić aż za dobrze, więc teraz też nie muszę o niej myśleć. Nigdy nie musiałem, dodałem w myślach.
   Minąłem się z Willem, który zmierzał ku Nicowi. Miał złowrogie spojrzenie. Ja natomiast obojętne, nie chciałem chcieć go zabić na każdym kroku. Ups, już tego chciałem.
   Jako drużyna powinniśmy się szanować i sobie ufać. W naszej grupie tego nie było. Nico lubił (to słowo zdecydowanie tutaj nie pasuje) naszą dwójkę, a my nienawidziliśmy siebie nawzajem. Jak to się mówi – Bywa. 
   Postanowiłem poszukać jakiegoś jeziorka i popływać. To powinno mi pomóc, dodać sił. Zawsze kontakt z wodą mnie uspokajał, dzięki niemu pozbywałem się problemów choć na moment. Znalazłem je w dość szybkim tempie.
   Jeziorko było w miarę czyste, raczej nikt się tu nie kąpał. Nie dostrzegłem żadnych ryb, co było przykre. Nie miałem z kim pogadać. Nie myśląc zbyt długo, zdjąłem koszulkę i odłożyłem ją na brzeg. Później spodnie i skarpetki. Zostawiłem sobie tylko bokserki, które i tak będą suche, jak ja. Ubrania zdjąłem tylko po to, żeby nie przeszkadzały mi przy pływaniu.
   Zrobiłem jeden krok w kierunku wody. Umiarkowana. Dno z początku kamieniste, przemieniało się w piaszczyste. Gdy wszedłem na tyle głęboko, że woda dosięgała brzucha, zanurzyłem się i wziąłem głęboki oddech w wodzie. Upewniłem się dzięki temu, że nie straciłem tej umiejętności, która była dla mnie niezmiernie cenna.
   Nie widziałem sensu wynurzania się z powrotem, dlatego zanurkowałem głębiej w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Tak jak myślałem, nie było tu żadnych ryb, tylko cisza i spokój. Zasiadłem na kamieniu i popatrzyłem się wgłąb jeziora. Mój wzrok był zdecydowanie lepszy pod wodą niż jeszcze kilka lat temu. Rozmawiałem z tatą i poprosiłem go o taki „bonusik”. Dzięki niemu już kilka razy uszedłem z życiem,
   Położyłem się i zamknąłem oczy. Moje włosy falowały przez wodę, bokserki także. Czułem się tu o wiele lepiej niż na lądzie. Tylko troszkę... samotnie? Mało jest dzieci Posejdona, właściwie, żadnego nie powinno być. Byłem skazany na rozmowę z rybami, których, kurwa, tutaj nie było!
   Uspokoiłem się znów. Zaraz musiałem wracać na powierzchnię, nie wiedziałem nawet, która jest godzina. Przetarłem rękami całe ciało, udając mycie i wyszedłem z wody. Tlen był zdecydowanie inny od wody, przeszło mi przez myśl. Gdy wyszedłem, nie byłem mokry, więc ubrałem szybko spodnie i zerknąłem w kierunku Willa i Nica. Kłócili się.
   Nie zastanawiając się zbyt długo, poszedłem w ich kierunku, z gołą klatą, trzymając swój podkoszulek w lewej dłoni.
   
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witam! Myślałam, że nie zdążę napisać tego rozdziału, ale się udało! 
Będzie ich około 15, czy coś takiego, od przyszłego roku (albo jeszcze od tego - zależy od was) ruszam z nową serią, kontynuacją tej.
Każdy rozdział będzie mieć około 1000 słów tylko. 
Nie będzie notek pod kolejnymi rozdziałami, bo nie chcę tracić czasu. Będzie tylko ta informacja:
0 komentarzy - 1 dzień
1 komentarz - 12 godzin
2 komentarze - 6 godzin 
3 komentarze - 3 godziny
4 komentarze - co godzinę
Ona tyczy się każdego rozdziału. Przez godzinę będę sprawdzać (albo co dwie, zależy) ile jest komentarzy i kiedy dodam rozdział. Ale, im więcej komentarzy, tym szybciej mogę go dodać... Jestem kobietą, halo! XD 
Pozdrawiam i życzę Wesołych Świąt <3 

piątek, 18 grudnia 2015

One - Shot #5.8

Kolejna czenść Łan Szota (5)



Po tym zjebanym śnie postanowiłem się przewietrzyć. W domku pachniało dżojntami i nie mogłem oddychać. Nicusia też nigdzie nie widziałem i nie wiedziałem, co mógłbym wogle zrobić...
Postanowiłem pójść nad jezioro dla nudystów. Lecz kiedy zobaczyłem wiszące cycki Annabeth do kolan, zawróciłem z krzykiem, a krzyczałem:
- NIIIIIICO!!! POKAŻ PRĘCIAKA, PRZEŻYŁEM KOSZMAR
Jak z ziemi (dosłownie) wyskoczył Nico. Przytuliłem go i swoim ciężarem, wręcz zmiażdżyłem. Ważne, że czułem jego sisiorka pomiędzy udami.
- JEJKU, JAK JA CIĘ KACE KOTKU - pocałowałem go.
Namiętnie. Przy wszystkich. Naprawdę jestem zjebany.
- A CO TU SIĘ ODPIERDALA?! - krzyknęła Anabycz - ZAKAZ PEDAŁOWANIA!
Poszedłem z Nicusiem do mojego domku. On był taki słodziaśny, kiedy chciał zabić Annabeth.
- Kacete kotku - szepnął, najsłodszym głosem na świecie.
- BARABARABARA RIKITIKITAK JEŚLI CHCESZ SIĘ RUCHAĆ, DAJ MI JAKIŚ ZNAK - krzyknąłem mu do uszka.
Chyba mu zwiędło.
- Jasne, że chcę się ruchać, kochanie. Przecież ja cię kace i ty mnie kace więc czemu nie?
Zaśmiałem się. Ojezu, jak ja go kace. Był ideałem. Chuj, że ideały nie istnieją. On ideałem był i będzie.
Położyłem go na łóżku i przyssałem się do szyi. Byłem niczym pijawka. Pijawka stworzona do zabijania. Zrobiłem mu megga dużą malinkę, wyglądał z nią szekszownie.
- Zajebie cię kiedyś - usłyszałem.
- Też cię kocham.




~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Nie pytajcie, jak powstał ten szot. Ja sama nie wiem xDDD
Ale napisałam go po to, aby o coś poprosić! 
Z boku jest kolejna ankieta (wiem, wiem, jest ich fhuj, ale proszę, abyście każdą wypełnili!) i zależy mi, byście oddali głos. Już, widząc te początkowe głosy, zaczynam przygotowywać się do napisania rozdziałów (a napiszę ich sama nie wiem - dopóki się nie skończy seria).
Jeżeli chodzi o to, co ile będzie się pojawiał rozdział, taki jest plan:
0 komentarzy - 1 dzień
1 komentarz - 12 godzin
2 komentarze - 6 godzin 
3 komentarze - 3 godziny
4 komentarze - co godzinę.
Mam nadzieję, że zrozumieliście. Im więcej będzie komentarzy, tym szybciej pojawi się kolejny rozdział. Maraton rozpocznę 24 grudnia, o godzinie 12.
Pozdrawiam! 


poniedziałek, 30 listopada 2015

One - Shot! PERCICO! 3/4

Trening


   Wchodzę do szatni i szybko kładę torbę na ławkę. Jestem spóźniony na trening z Percy'm, miałem zacząć ćwiczyć jakieś piętnaście minut temu. Ściągam górną część garderoby i zaczynam grzebać w torbie w poszukiwaniu nowej, przeznaczonej do ćwiczeń, koszulki. Gdy już myślę, że jej zapomniałem, znajduję ją na samym dole, tuż pod białym ręcznikiem oraz wodą mineralną. Przebieram się, zabieram wszystkie potrzebne przedmioty i wychodzę z szatni.
   Słyszę, jak Percy kozłuje piłką do koszykówki. Przekraczam próg sali gimnastycznej i od razu nawiązuję kontakt wzrokowy z Percy'm.
     – Spóźniłeś się – oznajmia błyskotliwie Percy. – Mam poważną sprawę do obgadania z Tobą o Sam Wiesz Kim i o jego Sam Wiesz Jakim nałogu.
   Przewracam oczami i odkładam wodę mineralną oraz ręczniki. Następnie zdejmuję naszyjnik, którego zapomniałem ściągnąć wcześniej i podchodzę do Percy'ego, chwytając wcześniej za piłkę.
     – Jaka to poważna sprawa? – pytam, kozłując piłkę w prawej ręce.
   Uznałem rozgrzewkę za zbędną, już i tak biegłem na autobus.
     – Rozmawiałeś z Jasonem o jego papierosie?
     – Tak. Wczoraj wieczorem, jak się z nim spotkałem.
     – I właśnie o to chodzi. – Zaciekawia mnie Percy. Rzuca piłkę do kosza z odległości, gdzie zdobyłby dwa punkty. - Dzisiaj rano rozmawiał o tym ze mną i próbował mnie przekonać, że on nie jest uzależniony i potrzebuje tej fajki do normalnego funkcjonowania.
   Zaciskam szczękę i rzucam do kosza, jak to wcześniej zrobił Percy. Niestety, piłka odbija się od krawędzi.
     – Co my tak właściwie możemy jeszcze zrobić? – Zagaduję w drodze po piłkę. – On nas nie słucha, jest zaślepiony nałogiem. – Robię krótką przerwę. ˜– Chyba będziemy zmuszeni powiedzieć to jego matce, nie sądzisz?
   Percy z przypływu gniewu kolejny raz rzuca do kosza. Oczywiście trafia.
     – Wolałbym tego uniknąć. Sam wiesz, jaka jest jego matka. – Doskonale wiem, o co mu chodzi. – Może powinniśmy zapisać go do psychologa? Chociaż nie, do tego potrzebni są chyba rodzice...
   Łapię się za głowę i zastanawiam, co my możemy zrobić. Jesteśmy bezbronni.
     – Może udałoby nam się znaleźć jakieś tabletki do rzucania palenia albo plastry. Ludzie takich używają, jak są za nerwowi, gdy rzucają palenie. – proponuję.
   Percy patrzy na mnie nieprzekonany, ale parę sekund później kiwa głową i podchodzi do mnie.
     – Ja to załatwię. Musimy jeszcze namówić Jasona, żeby je brał. Masz na to jakiś pomysł? Przypomnę, że normalna rozmowa nie pomaga...
     – Mam! – wykrzykuję. – Wiesz, kogo słucha bezgranicznie?
     – Piper! – krzyczymy w tym samym momencie.

***

     – On nie skończył palić?! – unosi głos w nerwach Piper. 
   Obydwoje kręcimy niechętnie głowami i zerkamy na wkurzoną, ale i jednocześnie smutną, dziewczynę Jasona. Stoimy na sali gimnastycznej, już po treningu. Opieram się o zimną ścianę, trzymając piłkę w dłoniach i wyobrażając sobie zamiast niej Jasona. To się chyba zaczyna robić psychiczne.
     – Właśnie chcemy cię poprosić, byś spróbowała mu przemówić do rozumu. My już z nim rozmawialiśmy, ale on uparcie sądzi, że nie przeżyje kolejnego dnia bez tej pieprzonej fajeczki! 
     – Stał się agresywny – dodaję po cichu. 
     – Co ty powiedziałeś? – zapytał Percy, mierząc mnie wzrokiem.
   Biorę głęboki oddech i wyjaśniam ze stoickim spokojem w głosie:
     – Zaczął mnie wyzywać, gdy się wkurzy, krzyczał, że mnie nienawidzi i, że zniszczyłem mu życie. Kilka razy mnie popchnął, a raz chciał podbić oko. To wszystko wydarzyło się w przeciągu jednego, dzisiejszego dnia.
   Percy zerka na Piper z miną zbitego szczeniaka. Widać, że jest bezradny i nie chce, żeby coś mi się stało. A co najważniejsze, chce chronić przyjaciela.
     – Muszę z nim porozmawiać, zrobię to jeszcze dzisiaj, obiecuję – wyznaje Piper po minucie ciszy. – Nic ci poważnego nie zrobił?
   Wiem, że pytanie jest skierowane do mnie, choć nie patrzę na dziewczynę. Całą swoją uwagę skupiam na piłce.
     – Nie. Udało mi się wyślizgnąć. Jak sama wiesz, nie raz mnie zaczepiali w szkole i musiałem się jakoś bronić lub uciekać. W przypadku Jasona wystarczył szybki unik i krzyk.
   Piper chowa twarz w dłoniach na moje słowa. Całej naszej trójce zależy na zdrowiu i szczęściu tylko jednej osoby, która nie chce od nas przyjąć pomocy.
     – Dobra, ja idę do niego, bo nie wytrzymam. Miłego dnia chłopaki, dziękuję za wszystko. Postaram się postawić tego upartego jak osioł Jasona do pionu. – Nagle Piper podchodzi do mnie. – Uważaj na siebie. Jesteś dla mnie jak brat, pamiętaj.
   Rzucam piłkę na ziemię i przytulam Piper, która, jak na złość, jest ode mnie troszkę wyższa. Puszczam ją i uśmiecham się w jej stronę, by dodać jej otuchy.
     – Do zobaczenia jutro! – rzuca na pożegnanie i wychodzi z sali.
   Zerkam na Percy'ego. Uśmiecha się, choć dostrzegam w jego spojrzeniu nie tylko radość i ulgę. Jest tam też... zazdrość?
     – Mam nadzieję, że jesteś gejem, a nie biseksualistą – mówi cicho i podchodzi do mnie.
   Dwa dni temu byłem z nim w restauracji, wczoraj natomiast spędziłem większość czasu z Jasonem poza szkołą, jak i w szkole. Dopiero teraz widzę się z Percy'm... na żywo.
     – Jestem tylko i wyłącznie gejem – oznajmiam i podchodzę krok bliżej.
   Percy patrzy na mnie z góry i uśmiecha się pod nosem. Wyciąga ramiona przed siebie i przytula mnie oraz całuje w czoło.
     – Jesteś taki malutki, wiesz o tym?
   Leciutko uderzam go w tył pleców i mocniej przytulam.
     – Tak, wiem o tym. Nie wnerwiaj mnie nawet – ostrzegam.
   Śmiech Percy'ego roznosi się po sali gimnastycznej. To taki cudowny dźwięk.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wiiiitajcie! Może troszkę krótko, ale lepszy rydz niż nic xD 
OBEJRZAŁAM TEEN WOLF I WRACAM DO ŻYCIA <3
Tak btw. macie jakieś seriale do polecenia? XD
Mam zamiar obejrzeć kiedyś Supernatural, a tak to nie wiem. 
Chcę też ogłosić, że mam cięższy okres w życiu i w ogóle, będę miała kolejny raz psychologa, jak nie gorzej i w ogóle ;-; Więc BARDZO przepraszam za nieobecność! 
Po raz pierwszy od 2 tygodniu udało mi się coś napisać, serio. Przepraszam :c
Ale koniec smutasków i koniec notki xD 
Pozdrawiam wszystkich i chcę podziękować za 10 obserwatorów bloga <3 Zapraszam do obserwowania tak przy okazji. Do komentowania również. Oraz do brania udziału w ankietach :3 
Dobra, kończę, papaa xD 


(Sterek to najlepszy Pairing w Teen Wolf <3)

czwartek, 12 listopada 2015

One - Shot! PERCICO! 2/4

        Wspólny „przyjaciel”


   Zdejmuję pilotkę i kładę ją obok siebie. Percy siedzi na przeciwko mnie i również zdejmuje z siebie zbędne ubrania. W następnej chwili po prostu zabiera z mojego siedzenia kurtkę i odwiesza na wieszaku, znajdującym się obok drzwi wejściowych. Jestem mile zaskoczony jego zachowaniem.
   Mam wrażenie, jakby Percy przyprowadził mnie do restauracji, niżeli do kawiarni. Czuję się dziwnie będąc z nim w tak… romantycznym miejscu. 
   W ciemnobrązowych deskach są zamontowane czerwone diody. Rzucają one delikatne światło na stolik. Percy nagle zabiera moją kurtkę i idzie ją odwiesić. Choć wydaje mi się to z lekka dziwne, to jest to uprzejme i miłe z jego strony. Tylko czemu tak się stara? 
   Odrzucam od siebie to pytanie. Po co mam sobie psuć dzień i humor? Biorę do rąk menu i przeglądam. Prycham, gdy widzę, ile normalnych dań mam do wyboru. Percy naprawdę zabrał mnie do restauracji, a nie do zwykłej kawiarni!
   Wzdycham ciężko, myśląc o tym, ile pieniędzy tu wydam. Mam przy sobie około dwadzieścia złotych, więc raczej nic tutaj nie zjem... 
     – Bu! - próbuje wystraszyć mnie Percy. 
   Ja machinalnie próbuję się bronić. Łapię Percy'ego za skrawek jego koszulki i nieświadomy rzucam nim o swoje nogi (gdzie, jakbym stał, byłaby podłoga) i twarz Percy'ego ląduje pomiędzy moimi udami. 
   Jestem cały zawstydzony, szybko próbuje go podnieść, by jak najkrócej był ze mną w bliższym kontakcie. Kiedy nareszcie twarz Percy'ego jest na równi z moją, staram się nie okazywać zmieszania, które czułem w środku. 
     – Przepraszam, przepraszam, przestraszyłem się i tak jakoś wysz… – W tym momencie zauważam, jak Percy się śmieje. 
   Nie wiem, co o tym myśleć. Może też powinienem się zacząć śmiać? Uśmiecham się lekko, gdy widzę, jak Percy patrzy mi w oczy. Nadal trzymam jego koszulkę i zaczynam przybliżać go do siebie. Jednoczenie nie chcę tego, a z drugiej pragnę. Wcześniej miałem jeden związek z chłopakiem, jednak zakończył się fiaskiem. Jestem ciekaw czy z Percy'm byłoby inaczej…
     – Wybaczam ci - nagle mówi Percy i cmoka mnie w nosek. – Wiem, że to osobiste pytanie, ale… ty też jesteś gejem?
   Przełykam ślinę i uśmiecham się szeroko, na co Percy wytrzeszcza oczy. Po raz pierwszy chyba widzi mnie tak radosnego. Puszczam jego koszulkę, następnie przesuwam się w lewo, by Percy mógł usiąść obok mnie. On robi to nadal oszołomiony, a ja tylko leciutko się uśmiecham.
     – Tak, jestem nim – zaczynam – od jakichś dwóch czy trzech lat.
   Percy patrzy na mnie miłe zaskoczony, ale też zaintrygowany. Widzę w jego oczach, że ta informacja go zadziwiła.
     – Witaj w klubie w takim razie – uśmiecha się do mnie.
   Cicho śmieję się z tego i próbuję odwrócić swoją uwagę od jego cudnych oczu. Wyciągam telefon i sprawdzam godzinę. Trzydzieści pięć minut po trzynastej. Chowam z powrotem telefon do prawej kieszeni spodni i zerkam na Percy'ego. Patrzy na mnie z lekkim uśmiechem, ale mam wrażenie, że myślami jest gdzie indziej. Pstrykam palcami centralnie przed jego twarzą, by go wybudzić.
   Chłopak potrząsa głową i mruga oczami parę razy. Patrzy na mnie czule. Kolejny raz mam wrażenie, że myśli o kimś innym.
     – Bardzo przypominasz mi mojego byłego. – Nagle cała sprawa się wyjaśnia. – Ubierał się podobnie do ciebie, miał specyficzne poczucie humoru, rzadko się uśmiechał...
   Coś mi w tym nie pasuje. Marszczę brwi w zastanowieniu.
     – Jak miał na imię twój były? – pytam.
   Percy stara ukryć swoje zażenowanie i wymawia jego imię:
     – Marcus. – Po chwili ciszy dodaje – A co?
   Wyciągam kolejny raz szybko telefon mając nadzieję, że to tylko zbieżność imion. To niemożliwe, to znaczy, możliwe, ale nieprawdopodobne... Znajduję szybko zdjęcie mojego byłego i pokazuje je Percy'emu.
     – To on? – pytam.
   Percy kiwa głową, a ja prycham rozśmieszony i wkurzony tą sytuacją.
     – To również mój były – wyjaśniam, chowając telefon. – On mnie zdradzał z tobą, oraz ciebie ze mną, tak zgaduję.
   Percy łapie się za głowę, najwidoczniej nic nie rozumie albo układa wszystko w głowie.
     – Kiedy zerwaliście? – pyta po chwili zastanowienia.
     – Jakieś trzy miesiące temu – odpowiadam.
   Percy opiera się o kanapę i zamyka oczy. Widzę, jak zaciska mocno zarysowaną szczękę, jest wściekły. Czyli najwidoczniej i on zerwał z nim jakieś trzy miesiące temu.
     – Widziałem cię, jak się z nim całowałeś jakiś miesiąc przed rozstaniem. Dałem mu ostatnią szansę. – Robi chwilę przerwy. – Ty też mnie z nim widziałeś?
   Odwraca głowę w moją stronę. Zaprzeczam i chowam twarz w dłoniach. Wszystkie wspomnienia do mnie powróciły. Jak on mnie błagał o przebaczenie za każde drobne przewinienie. Kupował mi prezenty, dbał o mnie, przychodził codziennie... To był najpiękniejszy okres w moim życiu.
     – Zerwałem z nim, bo zobaczyłem, jak pieprzy się z jeszcze innym człowiekiem – szepczę.
   Czuję na swoim ramieniu dłoń Percy'ego. Jest taka ciepła...
     – Chodź, przytul się. Nie warto rozpaczać po takim debilu. – Podnosi mnie i przytula.
   Na początku dziwnie czuję się w jego objęciach. Przyzwyczaiłem się do drobnego ciałka mego byłego, jednak ciało Percy'ego wydaje się być mi o wiele bliższe. Chowam twarz w jego obojczyku i patrzę na jego szyję, nawet dotykam jej nosem. Kusi mnie do zrobienia jednej głupiej rzeczy.
     – Kusisz. – Śmieję się cicho. – Jeszcze chwila, a będziesz mieć malinkę na szyi, więc mnie puść.
   Percy podśmiewa się cichutko i leciutko popuszcza uścisk. Niespodziewanie łapie moją twarz za policzki i przejeżdża po nich delikatnie palcami. Delikatne ciarki przechodzą mi po plecach, patrzę Percy'emu prosto w oczy. Są tak przepięknie zielone, idealne, nie mogę oderwać od nich wzroku.
   Ku swojemu zdziwieniu udaję mi się to po chwili. Gdy Percy zaczyna palcami jeździć po moich ustach, zaczynam wpatrywać się w jego wargi. Leciutko rozwarte, o malinowym odcieniu wydają się być idealne, jak cały Percy. Zaczynam powolutku przybliżać się do Percy'ego. Okazuje się, że jest to niepotrzebne, Percy przejmuje całą inicjatywę.
   Wpija się w moje usta delikatnie, subtelnie. Gdy natychmiastowo oddaje pocałunek, Percy zaczyna go pogłębiać. Łapię go za szyję i przyciągam do siebie. Pragnę go. Jego usta idealnie pasują do moich... Przypadek? Nie sądzę.
   Po skończonym pocałunku stykamy się nosami i patrzymy na siebie, niezaspokojeni. Uśmiecham się.
     – Nawet nie wiesz, od jak długiego czasu chciałem to zrobić – wyjawia.
   Marszczę brwi, a kąciki ust unoszą się.
     – Czyli ta akcja z pomocnikiem to pretekst? – pytam.
   Percy śmieje się i całuje mnie jeszcze raz.
     – Dokładnie tak.
   Śmiejemy się obydwoje, a następnie przytulamy. Zaczynam go łaskotać, że w taki sposób chciał mnie „zdobyć”. Percy wyrywa się, ale nie ma szans na ucieczkę. Co, jak co, ale łaskotać to ja umiem!
   Przestaję dopiero, gdy pani przynosi zamówienie, którego de facto nie zamówiłem. Pani przyniosła przepysznie wyglądającą lasagne dla mnie oraz spaghetti dla Percy'ego. Zacząłem dziękować Percy'emu za to, że uwielbia kuchnie włoską, tak jak ja.
   Dziękujemy kelnerce za zamówienia, a ona oznajmia, że zaraz przyniesie nam coś do picia. Kiwamy głowami, a gdy Pani odchodzi, całuję Percy'ego w biorę w ręce nóż.
     – Jason mi kiedyś wspominał, że kochasz kuchnię włoską, zupełnie jak ja – wyjaśnia Percy. – Więc zamówiłem coś, co cię utuczy.
   Unoszę brwi i z pełną buzią patrzę na Percy'ego, jak na dziwaka. Utuczy? Szybko przeżuwam i połykam pyszną lasagne i oświadczam:
     – Nie jestem wychudzony, żeby trzeba było mnie utuczać.
   Percy parska śmiechem i prawie wypluwa makaron, który ma w buzi. Przychodzi kelnerka, stawia nam szklanki z colą i odchodzi z uśmiechem. Chłopak popija wcześniej spożyty pokarm i zaczyna tłumaczyć mi moją anoreksję. Jego paplanina skutkuje moją głupawką, przez którą nie mogę zjeść kolejnego kawałka lasagne'i.
   Dopiero za trzecim razem mi się to udaje.

***

   O siedemnastej idę do swojego domu, Percy musi iść na trening. Pod koniec spotkania rozmawiałem z nim poważnie i stwierdziliśmy, że jest za wcześnie na związek. Niech to będzie... eksperyment. Uśmiecham się. Taki układ jak najbardziej mi pasuje, choć w głębi duszy czuję, że już niedługo będę mówił na Percy'ego per. Chłopak.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witam wszystkich po długiej przerwie, spowodowanej... Eeee... Sama nie wiem ;---; 
Jako iż dzisiaj siedzę w domu, to postanowiłam coś tutaj nabazgrać. Mam nadzieję, że kolejna część Shota wam się spodobała <3 
Zachęcam was do brania udziału we wszystkich ankietach, to jeden z lepszych sposobów, bym dowiedziała się, co chcecie czytać i czy w ogóle ktoś to czyta xD Choć wiem, że tak :3
Jeżeli czytasz to Night Shadow to... mam nadzieję, że wrócisz do blogosfery :c Brakuję mi Twoich rozdziałów, jednak to nie jest dobre miejsce na pisanie takich rzeczy.
Kończąc, mam nadzieję, że wam się spodobało, może zabiorę się za Jasico, ale mam tyle opowiadań na głowie, że nie mam się za co zabrać ;-; 
Pozdrawiam i kofffam was <3 

Ps. Mam nadzieję, że półpauzy stosowane w dialogach przypadną wam do gustu ;-; Postanowiłam pisać bardziej profeszjonal i tak wyszło XD